Dojeżdżamy na miejsce i...
...odkrywamy jak wielkie nieporozumienie zaszło!
Mieliśmy świadomość, że niczego już nie odkręcimy, więc zwyczajnie podziękowaliśmy strażakowi nie dając po sobie nic poznać. Pożegnaliśmy się, gość odjechał, a my usiedliśmy na krawężniku, połapaliśmy się za głowy i na prawdę – nie mieliśmy pomysłu co dalej...
Miejsce, w które nas zawiózł swoją klasą graniczyło niemalże z Beverly Hills! Większość budynków na tamtym osiedlu stanowiły hotele, których gwiazdek nie sposób było zliczyć. Co tu dużo mówić... równo przystrzyżona trawka, kolorowe klomby i rzeźby na każdym kroku. Nie wspominając już o policji patrolującej to miejsce co pół godziny.
Dostaliśmy cośmy chcieli. Było za miastem i z dala od trwającej fiesty. Było nad morzem i dzięki patrolom policyjnym – było bezpiecznie. Żyć, nie umierać!
Zarówno mi jak i Adasiowi chce się spać. Wypatrujemy w miarę osłonięty skrawek ziemi obok jakiegoś dużego agregatu. Uznajemy go za najlepsze z możliwych miejsc i bierzemy się za rozstawianie naszego domu.
