W hotelu upływa
nam cały tydzień. Zmywamy, szorujemy, przenosimy rzeczy z miejsca na miejsce, a
w zamian mieszkamy w luksusowych warunkach. Przynajmniej dla nam były one
takie. Ani ja, ani Adaś nigdy wcześniej
nie byliśmy gośćmi hotelu „wyżej gwiazdkowego” jak ten w L’Alcudii właśnie.
Podczas tych kilku dni zostajemy również wysłani w miejsce, które Carmen
nazywała działką, a które dla nam wyglądało jak mała plantacja. Naszym zadaniem
było pozbierać dynie, ale nie one były tam najbardziej fascynujące.
Drzewa dookoła
uginały się pod ciężarem soczystych pomarańczy, niedojrzałych mandarynek i
miękkich kaki. Pomarańcze w Hiszpanii mają zupełnie inny smak. To znaczy –
jeśli zakupimy te owoce w sklepie to nie odczujemy różnicy. Może i ona jest,
ale znikoma. Natomiast gdy sami zerwiemy sobie go z drzewa... Możemy nagle
odkryć w sobie naturę poety, bo o tym smaku można pisać jedynie poematy, które
sobie daruję ;)
Mandarynki były
niedojrzałe. Przynajmniej tak mówił mąż Carmen.
W naszym pojęciu jednak wyglądały na gotowe do zbierania, więc
zaryzykowaliśmy i zerwaliśmy po jednej sztuce. I powiem jedynie tyle, że jeśli
tamte wtedy nie były dojrzałe, to bardzo chciałabym spróbować dojrzałych.
Oznaczałoby to totalną rozkosz dla podniebienia i kubków smakowych. A! I co do
spostrzeżeń – jeśli wierzyć w to, co mówił właściciel hotelu i tamte mandarynki
potrzebowały jeszcze trochę czasu, to naszym zdaniem do Polski owoce te
trafiają jeszcze zielone. Te z drzewa były słodsze niż te, które kupuję zimą w
warzywniaku.