Jak pisałam w poprzednim wpisie - drogi na Ukrainie są przekleństwem dla podróżujących po nich. Kraj jest piękny, ale jeździć nie ma po czym. W takich okolicznościach trudno o zawrotną prędkość w przemieszczaniu się z jednego punktu do drugiego. Tarabaniliśmy się więc od rana do wieczora, ale pokonaliśmy bardzo nieznaczną ilość kilometrów. Czasem nie było drogi, a czasami samochodów. Czasem musieliśmy iść bardzo długo przez las, a czasem po polu by dotrzeć do jakiejkolwiek cywilizacji. Do jednego miasteczka dojechaliśmy na pace busa. Dookoła nas walały się różnego rodzaju sprzęty, po których można było wywnioskować, że nas kierowca jest rolnikiem. Niestety - mogliśmy zapomnieć o rozmowie przez najbliższą godzinę. Auto co chwilę podskakiwało na wybojach. Wszystko w środku obijało się o siebie i tworzyło niemożliwy do wytrzymania huk.