Od razu warto
zaznaczyć, że squat, w którym przyszło nam spędzić noc był niezwykle ładnie
urządzony. Tych, którzy utożsamiają takie miejsca z wszechobecnym bałaganem i
puszkami po piwie walającymi się po kątach – muszę rozczarować. Było czysto,
schludnie i przyjemnie.
Squattersi byli niezwykle pomysłowi w kwestii wystroju
wnętrza. Nad łóżkiem, które przypadło nam wisiał wielki znak drogowy z nazwą
miejscowości „La Dynamitte” – leżącej niepodal Marsylii.
Właściwie poza
tym, że w grubych murach starego domu było naprawdę zimno i nie było ciepłej
wody pod prysznicem – nie było na co narzekać. Zostaliśmy ugoszczeni makaronem
z pesto i piwem. Resztę wieczoru spędziliśmy paląc papierosy i słuchając
opowieści –UWAGA – o Polsce! Tak! Jedna z Francuzek była kiedyś u przyjaciela w
Gdańsku. Najbardziej w pamięć zapadły jej zapiekanki, których nie serwuje się we
Francji. Cóż... Nie sądziłam, że można aż tak bardzo zachwycić się tym średniej
klasy pieczywem ze starymi pieczarkami i zeschniętym serem, ale – w końcu ja
mam to na co dzień.
Wypytujemy o to
jak najszybciej wydostać się z Marsylii w kierunku Włoch. Po uzyskaniu
odpowiedzi i po bardzo zimnym prysznicu idziemy spać.
Zrywamy się
dość wcześnie. Dziękujemy, tym którzy nie śpią za gościnę i opuszczamy dom.
