Wysiedliśmy w
miejscu, w którym nie istniał żaden rodzaj ruchu. Do wyboru mieliśmy trzy
drogi. Jedna prowadziła do miasteczka osadzonego na górze – ta opcja nie
wchodziła w rachubę ponieważ z owego miasta była tylko jedna droga wyjazdowa –
prowadząc do miejsca, w którym wtedy się
znajdowaliśmy. Była jeszcze droga wiodąca do wsi kilka kilometrów dalej, ale to
również był ślepy zaułek. Ostatnią możliwością było iść w górę. Przeszliśmy
około kilometra i usłyszeliśmy dźwięk silnika. Mieliśmy, szczęście, że się
zatrzymał. Przez kolejne pół godziny jechaliśmy w górę i nie minęliśmy ani
jednego domostwa, nie przejechało obok nas nas żadne auto.
Gość zwalniał
co chwilę na zakrętach i trąbił w celu sprawdzenia czy nikt nie jedzie z
przodu. Droga, a właściwie dróżka była tak wąska, że dwa samochody obok siebie
nie zmieściłyby się za żadne skarby. Dodatkowo była bardzo kręta. Widoczność
ograniczała się do jednego metra. Wysiadamy na rozwidleniu dróg. Wciąż
znajdujemy się pośrodku głuszy, ale tym razem dostrzegamy w dali jakieś miasto.
Jest jakieś 6-7 kilometrów dalej, ale przynajmniej jest. To było wielkie
szczęście w porównaniu z 30 kilometrami w górę nie wiodącymi do żądnej
cywilizacji, które właśnie przejechaliśmy.
W końcu udaje
nam się dotrzeć do miasta. Postanawiamy, że poczekam z plecakami, a Adaś zrobi
obchód po mieście i rozejrzy się za jakimiś hostelami.
