Gdy dojechaliśmy do Asilah od razu skierowaliśmy się do pensjonatu, w którym spaliśmy dwa tygodnie wcześniej. W recepcji zastaliśmy tego samego - jedynego z resztą - pracownika. Ucieszył się na nasz widok, ale nie był nim zaskoczony. Usiadł w fotelu i wspomagając się fajką zaczął wypytywać nas o to co widzieliśmy w Maroko. Podczas gdy my wymienialiśmy kolejne miasta i odwiedzone przez nas miejsca on coraz bardziej pogrążał się stanie jaki wywoływało u niego palenie haszyszu. Milknął, chwile potem rozbrzmiewał śmiechem i tak na zmianę.
Tym razem jednak nie udało się mu namówić nas na wynajęcie pokoju. Zaoszczędziliśmy całe 4 euro na tym, że zamiast łóżka dostaliśmy dwa materace, które rozłożyliśmy na dachu pensjonatu.

Wyszliśmy na spacer, który zaowocować miał zdjęciami, o których wspominałam w poprzednim wpisie. Choć wolelibyśmy oboje żeby nie było co uwieczniać - śmietnisko jakim były tamtejsze ulice uwiecznienia wymagały. Problem, bądź też jego brak - w tym wypadku wszystko zależy od punktu widzenia - polegał na tym, że w mieście wcale nie było brudno. Przynajmniej w porównaniu z tym jak wyglądało ono podczas naszej ostatniej wizyty.
Wiecie jakie to dziwne uczucie gdy będąc w jednym z miast znajdujących się na terenie Afryki nie musicie pytać nikogo o drogę bo wiecie gdzie iść? Takiego właśnie uczucia doświadczyliśmy w Asilah. Po prostu znaliśmy to miejsce na tyle by nie mieć problemów z poruszaniem się po nim. Poszliśmy więc w kierunku mediny i rozglądaliśmy się w poszukiwaniu tego co widzieliśmy tutaj poprzednim razem.