Pokazywanie postów oznaczonych etykietą backpacking. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą backpacking. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 września 2014

Jak ograniczyć koszta połączeń na Ukrainie?

Nie powiem Wam gdzie tanio spać we Lwowie. Nie spaliśmy zbyt tanio. W tym samym czasie kiedy
zjechaliśmy do Lwowa my, był tam również ojciec żeńskiej części naszej załogi. Razem z moją babcią przyjechali do Lwowa, ale głównym ich celem była wieś leżąca w pobliżu, w której na świat przyszła moja babcia. Dziś ma ponad siedemdziesiąt lat, a rok temu była tam po raz pierwszy. Oczywiście w sensie możliwości zapamiętania czegokolwiek.


Mojemu ojcu bardzo zależało na tym, żeby
zobaczyć się z nami. Nie dziwne, przecież od kilku miesięcy mieliśmy bardzo szczątkowy kontakt. Miałam drobny plan w związku z rodziną we Lwowie. Musieli przyjechać tutaj samochodem, więc uknułam plan dotyczący naszego noclegu. W samochodzie bowiem jeszcze nie spaliśmy nigdy! Nie skupiliśmy się więc zupełnie na szukaniu lokum. Poza lokum mojego ojca oczywiście.

piątek, 5 września 2014

Tu gdzie droga się kończy

Całą noc dygocemy z zimna. Ogrzewanie w tamtym miejscu było jedynie naszym marzeniem, które nigdy się
nie spełniło. Podobnie było z ciepłą wodą pod prysznicem. Bojler chodził co prawda całą noc, a wcześniej cały wieczór, ale woda nabrała temperatury jedynie na tyle żeby nie strach było umyć sobie plecy. Gorący, rozgrzewający prysznic był jedynie tym, o czym mogliśmy sobie pomarzyć.



Na szczęście przy pomocy koców, które
pozbieraliśmy z łóżek dookoła udało nam się nie zamarznąć. Ubieramy się, pakujemy drobiazgi, których nie spakowaliśmy wcześniej i wychodzimy zostawiając klucz do pokoju w drzwiach zgodnie z poleceniem właściciela dobytku. Kierujemy się do Lwowa. Jednak przed wyjściem na wylotówkę postanawiamy coś przegryźć. Wchodzimy do maleńkiego sklepiku z kratami w oknach. Na wywieszce przed nim przeczytaliśmy coś o wielkich bagietkach na ciepło za dziesięć hrywien. To około 2 zł i 50 gr w przeliczeniu na złotówki. Zamawiamy dwie bułki i czekamy aż zagrzeją się w mikrofalówce. Wtedy w lodówce zauważamy butelkę pepsi-coli! Nie coca-coli i nie pepsi! Pepsi-cola z etykietą pisaną cyrylicą. Kosztowała grosze, a my nie mogliśmy się opanować. Odebraliśmy wielgachne bagietki i podaliśmy napój sprzedawcy. Zaczęliśmy liczyć kopiejki, które nam zostały, a wtedy gość krzyknął z entuzjazmem:

- Ja Wam podaruje! Przecież nie zbiednieje!

Butelka po tym napoju do dziś ozdabia jedną z półek z pamiątkami w moim pokoju. Podziękowaliśmy, zjedliśmy i napiliśmy się, a następnie ruszyliśmy w kierunku Lwowa.

Mukaczewo nie jest małą mieściną, ale swoim wyglądem nie przypomina miasta. Ulice przyozdobione są w rozpadające się niekiedy chaty, a podwórka zasłaniają płoty wykonane ze wszystkiego. W połowie z siatki, a w drugiej połowie z jakiegoś innego - zupełnie nie pasującego na materiał na płot - materiału. Ulice nie są nawet z "kocich łbów". O asfalcie można zapomnieć. Piach i błoto.

sobota, 30 sierpnia 2014

Takie właśnie są Węgry!

Poranek był równie ponury jak noc w miejscu, które wydawało się nam być lekko przerażające. Mgła
otoczyła nas z każdej strony. Była tak gęsta, że widoczność ograniczała się do jednego metra. Nie było zimno, za to było tak wilgotno, że założone na siebie ubrania po chwili stawały się mokre. Wygrzebaliśmy się z namiotu. Usiedliśmy na pniaku przed nim i opaliliśmy papierosy. Wszystko w totalnej ciszy. Oboje spoglądaliśmy na przekopany prostokątny fragment ziemi. Nie, nie chcieliśmy wiedzieć, ale nasza podświadomość sama sugerowała nam rzeczy takie, że strach się bać.

Po chwili w polną drogę, na której obozowaliśmy wjeżdża samochód. Niby nic dziwnego. Przecież nie tylko my mamy prawo i słuszność by tam przebywać, ale i tak gapimy się w jego stronę jakby był przynajmniej bardzo dziwnym eksponatem muzealnym. I działa to na dodatek również w drugą stronę - kierowca również wybałusza oczy w naszym kierunku tak jakbyśmy byli przybyszami z innej planety.

wtorek, 26 sierpnia 2014

Polak, Węgier - dwa bratanki!

To w zasadzie całkiem dziwaczne uczucie kiedy kupując w sklepie dwa piwa pozostawia się po sobie ślad
w postaci pięciuset jednostek pieniężnych. Pięćset złotych dla niektórych Polaków to niemalże połowa wypłaty, a 500 forintów na Węgrzech to jedynie dwa średniej klasy piwa. W przeliczeniu jest to około sześciu złotych... Przeliczanie nie należy więc do rzeczy, które łatwo jest przyswoić Ines. Bo gdzie 500, a gdzie 6?!

Przyznaję się, że kupienie czegokolwiek na
Węgrzech było dla mnie drogą przez mękę. Nie mogłam się połapać. Złościłam się na to, że nie rozumiem, albo na to, że to nie logiczne. W Polsce też kiedyś mieliśmy tak - nie do końca wiem jak to nazwać - dużą (?) walutę... Ja tego jednak nie pamiętam, a słowo "forint" wywołuje u mnie dreszcze...

piątek, 22 sierpnia 2014

Czym prędzej do Wiednia!

Stopowanie szło nam naprawdę całkiem nieźle. Postanowiliśmy spróbować dojechać jeszcze tego samego
dnia do Wiednia.  Rok wcześniej już jechaliśmy tą trasą więc nawet nie musieliśmy patrzeć na mapę by znać swój kierunek. Różnica była jedynie taka, że rok wstecz unikaliśmy autostrad w Austrii jak ognia piekielnego, a za drugim razem wręcz przeciwnie. Autostrada wiodąca do austriackiej stolicy była niemalże gwarancją dotarcia do niej jeszcze tego samego dnia.

Spieszyliśmy się bardzo. Prawie biegliśmy na wylot...kiedy nagle... poczuliśmy woń kurczaka z rożna!

Głodni jak wilki weszliśmy do baru. Ślina prawie kapała na podłogę z naszych rozdziawionych gęb.  Nie jedliśmy nic konkretnego od dłuższego czasu. Zdrowe zachodnioeuropejskie żarcie znacznie nas odchudziło, więc ten kurczak wyglądał i pachniał o sto razy apetyczniej niż robiłby to w normalnych warunkach.

środa, 20 sierpnia 2014

Słowenia czyli Piękna Jesień

Rozkładamy śpiwory w jednym z pomieszczeń na budowie. Wcześniej odrobinę zamiatamy podłogę wierząc w to, że uchroni nas to od wszechobecnego wapna, pyłów i kurzu. Na dworze jest zimno, a w pomieszczeniu zamiast okna jest mocno przymocowana folia. Całą noc więc dręczył nas zimny wiatr, który wdzierał się wszystkimi możliwymi szparami do środka.

Nad ranem jeden z robotników przyszedł nas obudzić. Zebraliśmy swoje rzeczy i wyszliśmy na zewnątrz. Padało o wiele mniej niż na początku ulewy, ale wciąż padało. I nie był to rodzaj drobnego deszczu, pieszczotliwie zwanego kapuśniaczkiem.

Pożegnaliśmy się z ekipą i podziękowaliśmy za pomoc. Ruszyliśmy przed siebie. Było przed szóstą rano. Na dworze było ciemno jak w czterech literach. A pierwsze promienie słońca pojawić zamierzały się dopiero przed ósmą. Podjęliśmy próby łapania stopa, ale ciemnica nam nie sprzyjała, a deszcz de-motywował. Postanowiliśmy przeczekać do poranka w budce od przystanku autobusowego.

środa, 13 sierpnia 2014

W drodze do Wenecji!

Być może na południu Włoch uchowały się resztki typowego dla tego kraju klimatu, ale tam gdzie byliśmy my – było zimno. Dopiero w okolicach południa zaczynało się choć trochę odczuwać temperaturę promieni słonecznych. Najwięcej problemu sprawiało spanie w namiocie podczas gdy na zewnątrz bywało po kilka stopni powyżej zera.  Kiedy się śpi spada temperatura ciała i wydaje się, że jest jeszcze zimniej niż jest w rzeczywistości.

Podobno by nie zmarznąć w takich przypadkach wystarczy założyć chustkę na głowę i nie powinno się zakładać na siebie tysiąca rzeczy (swetrów, rajstop, kurtek itp.). Inna z teorii na ten temat głosi wręcz przeciwnie – im więcej ciepłych ubrań tym lepiej. Ja natomiast uważam, że nie ma żadnej reguły. Podczas tych kilku dni we Włoszech wypróbowaliśmy oba sposoby i praktycznie za każdym razem pozamarzało nam wszystko co mogło, a nasze trzęsienie się z zimna w nocy przypominało atak padaczki.

sobota, 9 sierpnia 2014

Włochy po raz pierwszy

Wstajemy skoro świt. Razem z nami budzi się nasz „współlokator”. Wychodzimy na wspólnego papierosa. Chwile prowadzimy rozmowę w trójkę, ale po chwili zaczynamy z Adasiem ustalać co będziemy dalej robić. Gość jednak jest bardzo uparty i nie zamierza dać się zbyt szybko zbyć. Ciągle wtrąca swoje przysłowiowe "trzy grosze" do naszego dialogu. Rezultat jest taki, że dajemy mu się całkowicie zmanipulować i tym samym odprowadzić na pociąg. Dziwnym trafem okazuje się, że on również tego dnia zamierzał jechać do Włoch. Mimo usilnego namawiania nas na jazdę na gapę postanawiamy wydać te parę euro na bilet. Choć w przyszłości okazuje się, że wcale go nie potrzebowaliśmy – na tamtym odcinku bardzo rzadko zdarzają się kontrole.

Na pociąg oczekujemy dobrą godzinę. W tym czasie nasz nowy znajomy daje upust swojej potrzebie mówienia. Z jego ust wysypują się niezliczone ilości słów. Najwidoczniej dawno nie miał z kim pogadać. Tak więc wysłuchujemy całej, bardzo dokładnej historii jego życia. Zawsze wychodziłam z założenia, że każdy człowiek to indywidualna i ciekawa historia więc nie buntuje się specjalnie i słucham go. Niestety – facet gdy dostrzega drobne zainteresowanie z naszej strony traci wszelkie granice. Przez następnych kilka godzin wysłuchujemy bogatych w szczegóły historii o mordowaniu i gwałceniu bezdomnych w Paryżu i działaniach włoskiej mafii... Oszczędzę Wam tych bzdur wyssanych z palca, które aż opływały krwią i tonęły w wyprutych z człowieka wnętrznościach.

środa, 6 sierpnia 2014

Ostatnia noc we Francji

Było zimno. Październik naprawdę dawał o sobie mocno znać. Nie twierdzę, że spanie pod namiotem byłoby niemożliwe, ale uważam, że cztery ściany były o wiele bardziej interesujące od temperatury panującej na zewnątrz. Wylegiwanie się w hotelowych łóżkach zupełnie nie wchodziło w rachubę, ale za to dworzec zdawał się być całkiem niezłym rozwiązaniem. Odszukaliśmy go. Ogrzewany wewnątrz, czysty budyneczek, który – niestety – zamykany jest o północy. Nie mniej – do północy mieliśmy jeszcze trochę czasu, zatem dalsze zastanawianie się nad tym gdzie spędzimy noc postanowiliśmy kontynuować przy kaloryferze.

Na dworze zrywa się wichura, a dzięki niej robi się jeszcze zimniej. To ostatecznie niweczy plany spania w namiocie. Jest na to za zimno, Adaś nie ma karimaty – cały stos argumentów przeciw po prostu!

Gdy przyglądamy się mapie miasta do rozmowy włącza się starsza Francuzka. Czeka na pociąg i nudzi się jej. Postanowiła zatem zagaić do nas aby ową nudę zabić. Pyta o to o czym tak intensywnie rozmawiamy. Mówimy zatem caluteńką prawdę.  Rzecz jasna zostajemy z marszu skierowani do hostelu.  Potem grono rozmówców zaczyna się powiększać. Jakiś młody mężczyzna zdradza nam, że jeśli pójdziemy bokiem torów kolejowych i zejdziemy na starą ich część to trafimy na tunel, w którym stoi stary, odkryty wagon. Twierdzi, że miejsce powinno osłonić nas od wiatru. Dopytujemy jeszcze o szczegóły i idziemy na zwiad.

wtorek, 15 lipca 2014

Andaluzyjski horror autostopowy

Nawet nie potraficie sobie wyobrazić jak bardzo można cieszyć się z pary czystych majtek.
Wszystkie nasze ciuchy pachniały płynem do płukania tkanin, a nie potem i wilgocią - mieliśmy więc powody do uciechy. Nie był to jednak ich koniec. Oprócz tego czekało na nas miękkie łóżko i gorący prysznic. Spakowaliśmy więc swoje plecaki tak żeby rano móc je jedynie założyć i pogrążyliśmy się we śnie.

Czy zaspaliśmy? No ba! Budzik prowadził z nami wojnę od 6.00 rano, ale my byliśmy nieugięci. Nie było na nas siły. Spaliśmy jak zabici. Zwlekliśmy się z łóżka dopiero grubo po 9.00. Mieliśmy więc bardzo mało czasu na to by się wymeldować.

Dopakowujemy resztę rzeczy i biegniemy pod prysznic. Bo jest. Bo możemy. A tak naprawdę jest to wynikiem dziwacznego przeświadczenia o tym, że w podróży można pewne rzeczy zrobić na zapas. Na zapas się więc je - co skutkuje co najwyżej bólem brzucha, a głód i tak przychodzi mniej więcej wtedy co przyszedłby normalnie. Na zapas zdarza się też kąpać jeśli jest ku temu okazja. Brudnym jest się w tym samym czasie, ale... jakoś... nikt o tym nie myśli.

wtorek, 1 lipca 2014

Noc w europejskim Marrakeszu

Jak już wspomniałam w poprzednim poście gdy opuściliśmy prom na zewnątrz panował już półmrok.
Algeciras jest miastem portowym więc dzikie plaże odpadają na samym starcie. To znaczy - na pewno znalazłby się jakiś skrawek dzikiej przyrody, ale istniało prawdopodobieństwo, że zanim byśmy je znaleźli zaczęło by już świtać. Przez myśl przeszło nam również aby rozbić się w krzakach, na którymś z rond w mieście. Hiszpanie i Francuzi mają tendencję do gospodarowania powierzchni na rondach w taki sposób aby przypominały one mini parki. Z resztą - sprawa jest świetna. Wybiliśmy sobie to z głowy jednak bo zauważyliśmy, że Algeciras oblegane jest przez ludzi o drobinę ciemniejszym kolorze skóry niż nasz, którzy już od wyjścia z portu oferowali nam haszysz i inne przyjemności będące na bakier z prawem.

Nie przemawia tu przeze mnie żaden rasizm. Nie ma na świecie człowieka, do którego pałałabym
nienawiścią za fakt jakiego koloru ma skórę bądź w jakim rejonie świata się urodził. Są jednak utarte stereotypy, które zmuszają nas do myślenia w konkretny sposób. Nie zakładając przy tym, że dany człowiek jest jakimś bo urodził się w Maroko, a zakładając, że jakimś może być bo jest Marokańczykiem. Czysta profilaktyka. Wierzcie mi, że za każdym razem kiedy jesteśmy zmuszeni kierować się stereotypami modlę się by ich przedstawiciel był ich całkowitym zaprzeczeniem.

wtorek, 24 czerwca 2014

Hasz-auto do Tanger

Wyjeżdżamy z Larache. Stopa nie musieliśmy zbyt długo łapać. Zatrzymał się dla nas mężczyzna, który w
połowie był Marokańczykiem, a w połowie Hiszpanem. Na co dzień mieszka i pracuje na Gibraltarze, a do swojej pół-ojczyzny przyjechał na wakacje. Podobnie jak my jechał do Tanger by spędzić w nim swój ostatni dzień pobytu w Maroko. Samochód był szczelnie zamknięty. Kierowca nawet nie pomyślał o tym żeby otworzyć choćby na chwilę okna. Zamiast tego stworzył w nim hasz komorę. Całkiem dosłownie. Palił skręty z haszyszem dodatkowo inhalując się jego oparami, które nie miały szansy uciec.

Siedziałam po jego prawej stronie i raz po raz zmuszona byłam wdychać kłęby dymu. I jedno wiem na pewno - jeśli same opary sprawiały, że świat dla mnie stawał się nie do ogarnięcia to baję się choćby pomyśleć co by było gdybym zapaliła to dziadostwo. Po namyśle - nie żałuje ani trochę, że nie skosztowaliśmy "marokańskiej czekolady".

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Asilah po raz drugi

Gdy dojechaliśmy do Asilah od razu skierowaliśmy się do pensjonatu, w którym spaliśmy dwa tygodnie wcześniej. W recepcji zastaliśmy tego samego - jedynego z resztą - pracownika. Ucieszył się na nasz widok, ale nie był nim zaskoczony. Usiadł w fotelu i wspomagając się fajką zaczął wypytywać nas o to co widzieliśmy w Maroko. Podczas gdy my wymienialiśmy kolejne miasta i odwiedzone przez nas miejsca on coraz bardziej pogrążał się stanie jaki wywoływało u niego palenie haszyszu. Milknął, chwile potem rozbrzmiewał śmiechem i tak na zmianę.

Tym razem jednak nie udało się mu namówić nas na wynajęcie pokoju. Zaoszczędziliśmy całe 4 euro na tym, że zamiast łóżka dostaliśmy dwa materace, które rozłożyliśmy na dachu pensjonatu. 

Wyszliśmy na spacer, który zaowocować miał zdjęciami, o których wspominałam w poprzednim wpisie. Choć wolelibyśmy oboje żeby nie było co uwieczniać - śmietnisko jakim były tamtejsze ulice uwiecznienia wymagały. Problem, bądź też jego brak - w tym wypadku wszystko zależy od punktu widzenia - polegał na tym, że w mieście wcale nie było brudno. Przynajmniej w porównaniu z tym jak wyglądało ono podczas naszej ostatniej wizyty.

Wiecie jakie to dziwne uczucie gdy będąc w jednym z miast znajdujących się na terenie Afryki nie musicie pytać nikogo o drogę bo wiecie gdzie iść? Takiego właśnie uczucia doświadczyliśmy w Asilah. Po prostu znaliśmy to miejsce na tyle by nie mieć problemów z poruszaniem się po nim. Poszliśmy więc w kierunku mediny i rozglądaliśmy się w poszukiwaniu tego co widzieliśmy tutaj poprzednim razem.

piątek, 6 czerwca 2014

Powrót do Asilah

W czasie całych trzech tygodni spędzonych w Maroko tylko raz nasze żołądki zostały wystawione na próbę. I to nie za sprawą ani wody, ani jedzenia sprzedawanego na straganach, którego przygotowanie nie spełnia zapewne żadnego z wymogów sanepidu. Owe zatrucie pokarmowe wywołane było głównie poprzez łakomstwo. Otóż gdy już zrzuciliśmy plecaki i zostawiliśmy je zamknięte na klucz w hotelowym pokoju ruszyliśmy do miasta. Kac już dawno przeminął więc jego miejsce zastąpił wilczy głód. Pizza okazała się być idealnym pomysłem. Co prawda podczas pałaszowania oblegani byliśmy przez całą zgraję głodnych kotów, z którymi nie byliśmy w stanie nie podzielić się posiłkiem.

Tanio, w miarę smacznie i syto. Czyli wszystko czego wtedy potrzebowaliśmy zostało zaspokojone. Gdy kończymy jedzenie idziemy przejść się po bazarze w poszukiwaniu majtek, które niestety, ale podarły się nam na tyłkach. Kupić różowe gacie w panterkę w Maroko - bezcenne, wierzcie mi. Po udanym zakupie wpadamy w macki łakomstwa. A konkretnie stoiska pełnego słodyczy. Karmelowe bloki z orzechami, ciastka z kremem i inne cudeńka, których smaku nie uświadczy się w Polsce uśmiechają się do nas, a sprzedający je wygląda prawie jak kukiełka powtarzająca bez liku: "Kup mnie, smaczne jestem!". Ulegamy pokusie. Sprzedawca twarde i słodkie bloki kroi nożem... a może nawet maczetą, zamachuje się i uderza uzyskując mniejsze kawałki, które pakuje nam do woreczka. Płacimy za te dobroci grosze - przynajmniej jeśli chodzi o pieniądze.

wtorek, 3 czerwca 2014

Afryka po hiszpańsku

Kolejnego poranka postanawiamy opuścić miasto. Definitywnie. Jesteśmy już tak bardzo przestraszeni tymi
wszystkimi sytuacjami, że nawet sam Pan Bóg nie zdołał by nas zatrzymać w Tetuanie. Pakujemy się więc czym prędzej i schodzimy na dół. Nordin już wrócił więc udaje nam się z nim pożegnać osobiście. Wrzeszczy znów na przemian "Brawo! Saha!" i odchodzi od nas do swojej kanciapki celem zapalenia swojego ulubionego zielska. Mustafa wydaje się być bardzo niezadowolony z naszego wyjazdu. To znaczy - wyjazd Adasia mógłby go nawet satysfakcjonować, ale moja osoba opuszczająca hotel już niekoniecznie. Robi więc wszystko po to by nas jednak przekonać do zostania. Pada nawet kilka słów o tym, że hotel Africa to jest nasz dom, a Nordin wraz z nim są niczym nasza rodzina i że gdybyśmy chcieli zostać to nikt nie weźmie od nas dużo pieniędzy. Nasze zniesmaczenie jednak ostatecznie wygrywa walkę z materializmem, który odziedziczyliśmy w genach i pozostajemy nieugięci. Dziękujemy za gościnę i upuszczamy noclegownie oraz Mustafę ze łzami w oczach.

Po dziś dzień nie jestem pewna tego czy Mustafa zabiegałby o mnie podobnie gdybym nie miała
europejskiego paszportu i nie byłabym przepustką do naszego zwariowanego kontynentu. Wszakże bez przesadnej skromności - w podróży nie przypominam ani trochę kobiety, a już na pewno nie wyglądam na kobietę, w której można by było się zakochać. Natomiast moje obywatelstwo nie zmienia się nigdy...

Tak bardzo nam spieszno do wydostania się za miasto, że nie szukamy nawet wylotówki i od razu kierujemy się na dworzec autobusowy. Rzecz jasna los śmieje się z nas i uniemożliwia szybkie dostanie się na niego. Błądzimy więc ulicami Tetuanu dobre dwie godziny. Ale spokojnie - w końcu trafiamy na dworzec. Ale nie taki zwyczajny całkiem. Naganiaczy również i tam nie brak. Zamiast wyraźnej rozpiski, który autobus skąd odjeżdża przy każdym z peronów stoi mężczyzna drący się na cały regulator:

- Tanger! Tanger! Tanger!
- Asilah! Asilah! Asilah!
- Marrakech! Marrakech! Marrakech!
- Casablanca! Casablanca! Casablanca!

...

I tak przekrzykują się wzajemnie informując skąd odjeżdża, który pojazd. My idziemy za głosem faceta, który już go prawie traci wrzeszcząc:

- Fnideq! Fnideq! Fnideq!

niedziela, 4 maja 2014

Mafia z Mcdonald'sa i naciągacze z Fez

Przyjmujemy więc dar od naszego kierowcy i ruszamy celem poszukiwań hotelu. Planujemy zostawić w nim wszystkie rzeczy i wtedy na spokojnie rozpocząć zwiedzanie tego odradzanego nam miejsca. Rozglądamy się na prawo i lewo wszędzie rzecz jasna widząc te mafie, złodziei i porywaczy. Nie wiadomo dlaczego mówimy do siebie szeptem, a każdy wyższy dźwięk ulicy wywołuje na naszej skórze dreszcze. Jest tak przynajmniej do chwili kiedy za rogiem nagle przed naszymi oczami wyrasta wielka galeria handlowa, Mcdonald's i Pizza Hut. Kawałek dalej świecą neonowe lampy na bilbordzie od Burger Kinga i KFC. Na upartego można się tam też ubrać w coś zupełnie innego niż tradycyjne marokańskie stroje. Szczególnie kobiety muszą być tutaj zadowolone ze względu na to jak sieciówki New Yorker i House dbają o podkreślenie ich figury. Żyć nie umierać!
Stajemy jak wryci na środku ulicy i gapimy się na to centrum handlowe jakbyśmy po raz pierwszy w życiu coś podobnego widzieli. Właściwie to ono w tamtej chwili skupiło naszą całą uwagę. W końcu byliśmy w tym kraju wtedy dobre dwa tygodnie i wcześniej nigdzie owego nie było.

Jakoś tak wyszło, że przez to całe zamieszanie związane z amerykańskim żarciem na afrykańskiej ziemi...
przestaliśmy na każdym roku wypatrywać mafii. Z cieknącą ślinką idziemy po niezdrowe jedzenie do Mcdonald'sa i kiedy już jesteśmy w trakcie wypowiadania magicznego słowa "hamburger" nagle nasz entuzjazm osiąga poziom zerowy. Ani ja ani Adaś nie mamy już ochoty kończyć swojej wypowiedzi. Dlaczego? Bo zobaczyliśmy cenę. Nie pamiętam jaka była ona konkretnie. Pamiętam natomiast, że była wyższa niż we Francji. A tam już była tak wysoka, że człowiekowi zamiast jeść zachciewało się wymiotować. W związku z powyższym na powrót zaczęliśmy wierzyć w działalność jakiejś zorganizowanej grupy przestępczej w tym mieście!

wtorek, 29 kwietnia 2014

Kobieta w marokańskim barze

Jak już wspominałam byliśmy bardzo głodni. Przemierzaliśmy więc całe miasto niczym dwa wygłodniałe zombie w poszukiwaniu jakiejkolwiek strawy. No może troszkę przesadzam. Z naszego menu wykluczyliśmy mięso gdyż baliśmy się, że przed przygotowaniem mogło wisieć na tym samym haku co koza wspomniana w poprzednim wpisie. Nawet Adaś, który jest typowym mięsożercą bez oporów odmawiał wszystkiego co było pochodzenia zwierzęcego powołując się na bycie wegetarianinem. Jajka wydawały się być najrozsądniejszą ze wszelkich opcji, ale za to niemożliwą do znalezienia. W tym państwie panuje jakaś taka zabawna zależność, że wszędzie możesz znaleźć wszystko za wyjątkiem tego czego potrzebujesz. Więc jak na złość zewsząd unosił się zapach pieczonego i smażonego mięcha, a kucharze oprócz tego co serwowali w menu gotowi byli przygotować wszystko czego byś nie zapragnął... oprócz jajek. Kolejnym bezpiecznym żarciem, które prawdopodobnie nie grozi rewolucją żołądkową na następny dzień wydała nam się być pizza. Znalezienie pizzerii co prawda trwało naprawdę bardzo długo, ale nasze wysiłki nie poszły n marne i w końcu usiedliśmy przy stole i czekaliśmy na naszą - wegetariańską - rzecz jasna pizze. Gratisowo na naszym stole wylądował talerzyk z oliwkami wszelkiej maści - zielonymi, czarnymi i tymi, których wcześniej nie widzieliśmy - różowymi oraz w ramach troski o nasze zaschnięte gardła sprezentowano nam również butelkę wody. Miły gest, prawda? No to teraz dwie rady:

1. Takie gratisowe przekąski serwowane w ramach oczekiwania na zamówione jedzenie to może być
podstęp. Kilkakrotnie nadzialiśmy się na to, że nie był to darmowy zabieg, a po prostu kolejna forma wyłudzenia forsy. Sprawa jest prosta - zjadłeś więc zapłać. Przecież nikt nigdy nie wspominał, że jest to za darmo. A milczenie nie jest w żaden sposób przyzwoleniem.

2. Woda, którą Marokańczycy serwują w kawiarniach i restauracjach to kranówka! Butelki prawie nigdy nie są fabrycznie zakręcone. A skoro nie są to żeby nie wiem jaki pożar wypalał Wasze gardła pod żadnym pozorem nie pijcie takiej wody. Chyba, że macie spory zapas stoperanu i papieru toaletowego. Bo wypicie kranówki może skutkować dłuższym posiedzeniem w toalecie.

* Polecam też zwracać uwagę na to czy do napoi podawanych w knajpach, na bazarach czy gdziekolwiek indziej dodawane są kostki lodu. Jeśli tak to lepiej taki napój wylać. Kostki lodu bowiem na pewno nie powstały z wody mineralnej.

środa, 23 kwietnia 2014

Droga do Bani Mallal

Historii, które przywieźliśmy z Marrakeszu jest dużo więcej niż opisałam. Są one często wyrwane z kontekstu albo tak bardzo absurdalne, że aż niemożliwe do "przelania na papier". Zachowanie niektórych sprzedawców bywało tak chaotyczne, że starając się o tym napisać, każde ze słów musiałabym zakańczać w połowie, a rezultat byłby taki, że nikt nie miałby pojęcia o co wtedy chodziło. I wbrew pozorom taki efekt byłby sukcesem dla mnie jako piszącego - przecież tak naprawdę niejednokrotnie nie wiedzieliśmy o co chodzi. Trzymajmy się jednak prostego schematu jakim jest to, że inaczej się przeżywa, a zupełnie inaczej o tym piszę. Trochę jak ze snem pełnym akcji - śnisz, że bierzesz udział w bardzo niebezpiecznym pościgu i gdy się budzisz pierwszą rzeczą o jakiej myślisz to to aby opowiedzieć go komuś, ale gdy zaczynasz mówić to okazuję się, że... tak na prawdę to nie ma o czym opowiadać.
Z tego też powodu pójdziemy wspólnie na śniadanie, a następnie pojedziemy do Bani Mallal i wstąpimy na
drobne piwko do baru. O czym ja mówię?

Posłuchajcie...

Pamiętacie czym jest harsha? Placek na bazie kaszy manny. Marokańskie jedzenie, które kosztuje grosze. Do czynienia z nim mamy głównie na bazarach. W restauracjach nie spotkaliśmy się z tym ani razu. Jako, że w Maroko jest to jedna z najtańszych i najbardziej sytych opcji zjedzenia śniadania nasza dieta składała się głównie z harshy właśnie. Problem w tym, że w Marrakeszu dostanie jej graniczy z cudem. A jeśli nawet zdarzy się, że ktoś ją smaży to albo na zamówienie za spore pieniądze, albo w postaci malutkich placuszków pięć razy droższych niż w jakimkolwiek innym miejscu. Bez sensu, prawda?

sobota, 19 kwietnia 2014

Bazar i zszargane nerwy

Istnieje kilka typów jeśli chodzi o sprzedawców. Jedni atakują z zaskoczenia i nim dowiesz się co właściwie
chcą Ci sprzedać - oni już uznają, że Ci to sprzedali. Inni starają się wprowadzić potencjalnego klienta w bardzo rodzinny nastrój i gdy ten podda się choćby odrobinę tej atmosferze Ci wciskają mu swój towar. Kolejnym typem są Ci od przedmiotów stworzonych przez Berberów czy też sprowadzonych prosto z Sahary. Oferują oni niezwykle cenny towar liczący często setki lat albo nawet tysiące i nierzadko zdarza się, że głównym materiałem z którego dana rzecz została wykonana jest "średniowieczny plastik", albo "guma zwulkanizowana przez Mahometa". Opcjonalnie srebro - tak stare, że pozbawione próby i barwiące palce na zielono. Ci są niezwykle groźni ponieważ każdy tego typu defekt potrafią oni wytłumaczyć w taki sposób, że turysta nie dość, że kupi ten badziew to jeszcze odejdzie zadowolony.
A było to tak...

wtorek, 15 kwietnia 2014

Marrakesz bez tajemnic

Znalezienie hotelu w tym mieście nie stanowiło najmniejszego problemu. Jeden z pierwszych na naszej drodze stał się schronieniem tej nocy. W Maroko dość popularnym jest wynajmowanie tarasów. Zazwyczaj materac na dachu jest sporo tańszy niż pokój więc wydaje się to być całkiem niezłym rozwiązaniem. Haczyk polega ta tym, że Marokańczycy nie chętnie wynajmują tarasy - powód jest prosty - chcą zarobić więcej. Na szczęście my trafiliśmy na Muhammada, który nie był właścicielem hotelu, a jedynie jego pracownikiem. Miał stałą pensję więc nie zależało mu na tym by skroić nas na kasę i bez problemu wynajął nam miejsce na dachu za pół darmo. 

Muhammad nazywał nas "Tak, Tak" ponieważ uważał, że właśnie tego zwrotu Polacy używają najczęściej. 

Narzekamy czasami na dwunastu-godzinne zmiany w pracy, prawda? A co powiecie na to, że on jako
recepcjonista praktycznie mieszkał w swoim miejscu pracy? Muhammad w ciągu miesiąca wolne miał jedynie 3 dni - resztę czasu spędzał w hotelu. I nawet płaca nie wynagradzała tych warunków - około 1500 dirhamów miesięcznie ( ok. 150 euro ). Osobiście bałabym się próbować przeliczać ile kosztuje jego pracodawcę godzina jego pracy...

Zostawiamy plecaki na tarasie i idziemy zobaczyć słynny plac Dżemaa el-Fna. Przykro mi, ale nie dane było nam widzieć tego o czym czytaliśmy przed wyjazdem. Artykuły te przedstawiały Marrakesz jako niezwykle barwny i tajemniczy. Turysta znaleźć się miał wśród rzeczywistości, której nigdy nie doświadczył. Czarować go mają Berberowie przechadzający się po placu i od czasu do czasu opowiadający jakieś miejscowe legendy. Ma wąchać nieznane mu dotąd zapachy, obserwować kobiety, które swoje dłonie i stopy ozdabiają modnym w tamtym rejonie tatuażem z henny. Muzyka koić ma nerwy...