Rozkładamy śpiwory w jednym z pomieszczeń na budowie. Wcześniej odrobinę
zamiatamy podłogę wierząc w to, że uchroni nas to od wszechobecnego wapna,
pyłów i kurzu. Na dworze jest zimno, a w pomieszczeniu zamiast okna jest mocno
przymocowana folia. Całą noc więc dręczył nas zimny wiatr, który wdzierał się
wszystkimi możliwymi szparami do środka.
Nad ranem jeden z robotników przyszedł nas obudzić. Zebraliśmy swoje
rzeczy i wyszliśmy na zewnątrz. Padało o wiele mniej niż na początku ulewy, ale
wciąż padało. I nie był to rodzaj drobnego deszczu, pieszczotliwie zwanego
kapuśniaczkiem.
Pożegnaliśmy się z ekipą i podziękowaliśmy za pomoc. Ruszyliśmy przed
siebie. Było przed szóstą rano. Na dworze było ciemno jak w czterech literach.
A pierwsze promienie słońca pojawić zamierzały się dopiero przed ósmą. Podjęliśmy
próby łapania stopa, ale ciemnica nam nie sprzyjała, a deszcz de-motywował. Postanowiliśmy
przeczekać do poranka w budce od przystanku autobusowego.
