Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobus. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 lipca 2014

Andaluzyjski horror autostopowy

Nawet nie potraficie sobie wyobrazić jak bardzo można cieszyć się z pary czystych majtek.
Wszystkie nasze ciuchy pachniały płynem do płukania tkanin, a nie potem i wilgocią - mieliśmy więc powody do uciechy. Nie był to jednak ich koniec. Oprócz tego czekało na nas miękkie łóżko i gorący prysznic. Spakowaliśmy więc swoje plecaki tak żeby rano móc je jedynie założyć i pogrążyliśmy się we śnie.

Czy zaspaliśmy? No ba! Budzik prowadził z nami wojnę od 6.00 rano, ale my byliśmy nieugięci. Nie było na nas siły. Spaliśmy jak zabici. Zwlekliśmy się z łóżka dopiero grubo po 9.00. Mieliśmy więc bardzo mało czasu na to by się wymeldować.

Dopakowujemy resztę rzeczy i biegniemy pod prysznic. Bo jest. Bo możemy. A tak naprawdę jest to wynikiem dziwacznego przeświadczenia o tym, że w podróży można pewne rzeczy zrobić na zapas. Na zapas się więc je - co skutkuje co najwyżej bólem brzucha, a głód i tak przychodzi mniej więcej wtedy co przyszedłby normalnie. Na zapas zdarza się też kąpać jeśli jest ku temu okazja. Brudnym jest się w tym samym czasie, ale... jakoś... nikt o tym nie myśli.

czwartek, 26 czerwca 2014

Najbardziej popaprane stado na świecie

W ostatnim dniu pobytu w Maroko dostałam zapalenia gardła. To znaczy - infekcja zaczęła się znacznie
wcześniej, ale to właśnie w przeddzień wyjazdu nastąpiła kumulacja bólu. Tego typu dolegliwości są dość perfidne -  jak zapewne wiadomo Wam z własnego doświadczenia, a w połączeniu z brakiem odpowiednich specyfików do ich zwalczania są po prostu nie do zniesienia!

Przeklinałam swój los bez liku paląc przy tym papierosa za papierosem. W niczym to nie pomagało, a jedynie zwiększało moje klucie w gardle. I wtedy do mnie dotarło, że podrażniłam je zapewne tymi tanimi marokańskimi papierosami, których głównym składnikiem był ciemny tytoń - ten bardziej duszący.

wtorek, 3 czerwca 2014

Afryka po hiszpańsku

Kolejnego poranka postanawiamy opuścić miasto. Definitywnie. Jesteśmy już tak bardzo przestraszeni tymi
wszystkimi sytuacjami, że nawet sam Pan Bóg nie zdołał by nas zatrzymać w Tetuanie. Pakujemy się więc czym prędzej i schodzimy na dół. Nordin już wrócił więc udaje nam się z nim pożegnać osobiście. Wrzeszczy znów na przemian "Brawo! Saha!" i odchodzi od nas do swojej kanciapki celem zapalenia swojego ulubionego zielska. Mustafa wydaje się być bardzo niezadowolony z naszego wyjazdu. To znaczy - wyjazd Adasia mógłby go nawet satysfakcjonować, ale moja osoba opuszczająca hotel już niekoniecznie. Robi więc wszystko po to by nas jednak przekonać do zostania. Pada nawet kilka słów o tym, że hotel Africa to jest nasz dom, a Nordin wraz z nim są niczym nasza rodzina i że gdybyśmy chcieli zostać to nikt nie weźmie od nas dużo pieniędzy. Nasze zniesmaczenie jednak ostatecznie wygrywa walkę z materializmem, który odziedziczyliśmy w genach i pozostajemy nieugięci. Dziękujemy za gościnę i upuszczamy noclegownie oraz Mustafę ze łzami w oczach.

Po dziś dzień nie jestem pewna tego czy Mustafa zabiegałby o mnie podobnie gdybym nie miała
europejskiego paszportu i nie byłabym przepustką do naszego zwariowanego kontynentu. Wszakże bez przesadnej skromności - w podróży nie przypominam ani trochę kobiety, a już na pewno nie wyglądam na kobietę, w której można by było się zakochać. Natomiast moje obywatelstwo nie zmienia się nigdy...

Tak bardzo nam spieszno do wydostania się za miasto, że nie szukamy nawet wylotówki i od razu kierujemy się na dworzec autobusowy. Rzecz jasna los śmieje się z nas i uniemożliwia szybkie dostanie się na niego. Błądzimy więc ulicami Tetuanu dobre dwie godziny. Ale spokojnie - w końcu trafiamy na dworzec. Ale nie taki zwyczajny całkiem. Naganiaczy również i tam nie brak. Zamiast wyraźnej rozpiski, który autobus skąd odjeżdża przy każdym z peronów stoi mężczyzna drący się na cały regulator:

- Tanger! Tanger! Tanger!
- Asilah! Asilah! Asilah!
- Marrakech! Marrakech! Marrakech!
- Casablanca! Casablanca! Casablanca!

...

I tak przekrzykują się wzajemnie informując skąd odjeżdża, który pojazd. My idziemy za głosem faceta, który już go prawie traci wrzeszcząc:

- Fnideq! Fnideq! Fnideq!

niedziela, 9 lutego 2014

Maroko inaczej

Po zjedzeniu wspomnianego śniadania grzecznie podziękowaliśmy i pożegnaliśmy się. Od początku jazda autostopem po Maroko była pod wielkim znakiem zapytania. Mimo tego, że kraj ten jest mocno turystyczny i raczej nie słyszy się o żadnych tragediach związanych z podróżującymi po nim ludźmi nie chcieliśmy ryzykować do momentu gdy sami nie poczujemy się pewnie. Tak więc poszliśmy w kierunku stacji kolejowej sugerując się tym, że podobno ceny pociągów w tym państwie są śmiesznie niskie. 

Stacja znajdowała się na obrzeżach miasteczka, dwa może trzy kilometry od centrum - czyli mediny - skąd szliśmy. Ta niespełna godzina marszu dała nam do zrozumienia, że kraj ten zaskoczy nas bardziej niż się tego spodziewaliśmy. Zdawaliśmy sobie sprawę, że piękne Maroko z przewodników turystycznych jest przekoloryzowane ze względu właśnie na zwiedzających. Wiedzieliśmy, że kraj nie należy do bogatych i że na pewno trafimy na biedniejsze dzielnice. Jednak nie sądziliśmy, że w miejscu leżącym tak blisko Europy i często przez Europejczyków odwiedzanym może panować tak bezgraniczny syf i smród. Plastik, który miejscami zastępował kostkę brukową, butelki po coca-coli i innych napojach z jej kampanii leżały dosłownie wszędzie. Papierki po batonach i szklane butelki nie chcąc być
gorsze oblepiały wybrzeże oceanu często kradnąc miejsce trawie. Woda w oceanie? Hah. Nie dawno ktoś mnie zapytał dlaczego nie chcieliśmy popluskać się w wielkiej wodzie od strony Afryki. Zaliczając taką możliwość do niezwykle egzotycznych (nie cierpię tego głupiego słowa) i niesamowitych przeżyć. Odpowiedź jest prosta. Bo jest tragicznie brudna. Tony śmieci z brzegu zabiera ze sobą woda. Kąpiel z opakowaniami po napojach gazowanych jeszcze bym przetrwała, ale ze zdechłymi rybami i resztami mięsa z obiadu naprawdę nie chciałabym mieć do czynienia. Nie wynika to z mojego pedantyzmu. Po prostu uważam, że łatwiej byłoby mi się doszorować po miesiącu BEZ wody niźli po minucie w TEJ wodzie.