wszystkimi sytuacjami, że nawet sam Pan Bóg nie zdołał by nas zatrzymać w Tetuanie. Pakujemy się więc czym prędzej i schodzimy na dół. Nordin już wrócił więc udaje nam się z nim pożegnać osobiście. Wrzeszczy znów na przemian "Brawo! Saha!" i odchodzi od nas do swojej kanciapki celem zapalenia swojego ulubionego zielska. Mustafa wydaje się być bardzo niezadowolony z naszego wyjazdu. To znaczy - wyjazd Adasia mógłby go nawet satysfakcjonować, ale moja osoba opuszczająca hotel już niekoniecznie. Robi więc wszystko po to by nas jednak przekonać do zostania. Pada nawet kilka słów o tym, że hotel Africa to jest nasz dom, a Nordin wraz z nim są niczym nasza rodzina i że gdybyśmy chcieli zostać to nikt nie weźmie od nas dużo pieniędzy. Nasze zniesmaczenie jednak ostatecznie wygrywa walkę z materializmem, który odziedziczyliśmy w genach i pozostajemy nieugięci. Dziękujemy za gościnę i upuszczamy noclegownie oraz Mustafę ze łzami w oczach.
Po dziś dzień nie jestem pewna tego czy Mustafa zabiegałby o mnie podobnie gdybym nie miała
europejskiego paszportu i nie byłabym przepustką do naszego zwariowanego kontynentu. Wszakże bez przesadnej skromności - w podróży nie przypominam ani trochę kobiety, a już na pewno nie wyglądam na kobietę, w której można by było się zakochać. Natomiast moje obywatelstwo nie zmienia się nigdy...
- Tanger! Tanger! Tanger!
- Asilah! Asilah! Asilah!
- Marrakech! Marrakech! Marrakech!
- Casablanca! Casablanca! Casablanca!
...
I tak przekrzykują się wzajemnie informując skąd odjeżdża, który pojazd. My idziemy za głosem faceta, który już go prawie traci wrzeszcząc:
- Fnideq! Fnideq! Fnideq!