Pokazywanie postów oznaczonych etykietą medina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą medina. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 czerwca 2014

Powrót do przeszłości

Kilka wpisów z tym włącznie nie będzie posiadało w zestawie idealnych zdjęć. W takich chwilach

zastanawiam się z czego wynika to, że nie posiadamy wystarczającej ilości fotografii - przywieźliśmy ponad cztery tysiące zdjęć, a bywają takie chwile, w których nie wystarcza mi ich do wpisów...

W związku z powyższym - będę starała się wynagrodzić brak fotek słowami. I mam wielką nadzieję, że uda mi się tego dokonać mimo tego jak bardzo padam z nóg gdy to piszę ;)

Zaraz po zakończeniu konwersacji z Omadem, który wybitnie nieudolnie udawał, że nas pamięta kontynuowaliśmy spacer ulicami Asilah. Był on niezwykle ekscytujący bo mimo, że miasto już widzieliśmy zdawało się być całkiem obce. Uliczki nie były dla nas labiryntem. Było one niczym cover jakiegoś dobrego kawałka w jeszcze lepszej odsłonie.

Ogólnie rzecz biorąc miasto zostało posprzątane i brak stert śmieci - przynajmniej w takiej ilości jak uprzednio - nadawał mu uroku. Nie wydarzyło się nic mrożącego w żyłach krew, ale za to spełniło się jedno z marzeń, które z zasady należą do gatunku tych, które nie spełniają się nigdy bo szybko się o nich zapomina. Nie brakowało też śmiechu...

A było to tak...

Aby zrozumieć sens tej sytuacji trzeba cofnąć się w czasie. I to dość sporo - o jakieś cztery lata, czyli do czasu kiedy ja i Adaś się poznaliśmy. Jak i również to czasu kiedy Adaś nie miał pojęcia o tym jak jeździć na stopa. Otóż w pierwszych miesiącach naszej znajomości poprosiłam go o to by kiedyś zabrał mnie do kawiarni "Pod Sindbadem Żeglarzem" na herbatę. Nie mam pojęcia skąd ta nazwa przyszła mi do głowy. Nigdy nigdzie nie widziałam takiej knajpy. Ot, jakieś tam drobne marzenie szesnastolatki.

W ciągu kolejnych dwóch miesięcy nie pamiętałam już o nim, ani nawet nie rozglądałam się za kawiarnią o takiej nazwie.

niedziela, 1 czerwca 2014

Maroko jak u Alfreda Hitchcock'a

Lekko zdezorientowani udajemy się do swojego lokum. Siadamy na śmierdzącym łóżku i chwytamy się na głowy. Właściwie nie mówimy nic. Kontaktujemy się ze sobą jedynie przy pomocy wymownych spojrzeń. Poważnie zaczynamy zastanawiać się nad tym czy faktycznie wszystko jest w porządku. Czy rzeczywiście w mieście dzieje się coś dziwnego czy też wszystko co wydaje się nam dziwne jest całkiem normalne. Zaczynamy podejrzewać się o jakiś drobny obłęd i to, że popadamy w paranoje. Z drugiej strony zdrowy rozsądek podpowiada nam, że nie ma ku temu powodów. Nie jesteśmy aż tak zmęczeni by tak się działo. Nie jesteśmy chorzy. Nie towarzyszy nam żadna gorączka.

Gdy udaje nam się sobie wytłumaczyć, że problem nie tkwi w nas postanawiamy sprawdzić co się stanie jeśli
raz jeszcze opuścimy hotel. Nordin żegna nas swoim wesołym okrzykiem, a wcześniej wspomniani Hiszpanie zatrzymują nas i pytają czy nie boimy się tak późno wychodzić na ulice. Tłumaczymy, że nie będziemy kręcić się po medinie, a jedynie przespacerujemy się po głównym placu. W trakcie rozmowy oni również wspominają o tym, że czują się dziwnie w Tetuanie. Mówią o dziwnym ludzkim wzroku, który na sobie czują i o serii dziwnych sytuacji, w których się znaleźli.

Na ulicy był spory tłum. Nie przypominam sobie żeby działo się wtedy coś specjalnego. Raczej po prostu był to wynik wąskich ulic w połączeniu z turystami. Stanęliśmy na chwilę w korku. Nagle poczułam, że ktoś mocno szturchnął mnie w plecy. Chwile potem zza mnie wybiegło dwóch małych chłopców. Rzecz normalna. Dzieciaki pewnie bawiły się w berka i przez przypadek dostałam łokciem któregoś z nich. Zignorowałam sprawę i nawet nie wspomniałam o tym zwyczajnym incydencie Adasiowi.
Mija niespełna trzy minuty kiedy ta sama para dzieci znów przebiega obok nas i po raz kolejny mnie szturchają. Ale właściwie... no staliśmy wciąż w prawie tym samym punkcie więc wciąż był to pewnie wynik zabawy.

środa, 14 maja 2014

Jak napić się kawy i nie umrzeć?

Jeszcze podczas spożywania wspólnego posiłku zachowanie Mustafy wydawało się być odrobinę
dziwaczne. Przesadna troska o to czy na pewno się najadłam, nieopanowana chęć siedzenia właśnie obok mnie czy też - wcześniej - zrobienie sobie ze mną wspólnego zdjęcia. Mimo mojego ubogiego angielskiego robił wszystko by ze mną pogawędzić i unikał jak ognia rozmowy z Adasiem. Nie zadowolony był nawet wtedy kiedy prosiłam go by przetłumaczył mi czy jemu jakieś zdanie. Starał się wtedy nie słuchać go i wytłumaczyć wszystko na migi. Nawet rysować chłop próbował!

Jednak mimo wrodzonych predyspozycji do doszukiwania się teorii spiskowych w każdej praktycznie rzeczy starałam się to ignorować i myśleć, że jest to po prostu nie znana mi forma bycia życzliwym. Z drugiej strony gdzieś po głowie tłukło mi się, że gdyby miał być tak przesadnie życzliwy to prędzej w kierunku Adasia, jako, że jest mężczyzną. Wszak muzułmanie mają odrobinę inne podejście do kobiet niż Europejczycy...  Cóż... Całość zaczęła nabierać znaczenia dopiero jakiś czas później.

W każdym razie po obiedzie podziękowaliśmy, wysłuchaliśmy odmawianej przez nich modlitwy i pochwał dla Allaha i chcieliśmy zapłacić za posiłek. Mustafa, który akurat wtedy robił za skarbnika bez zahamowań przyjął te kilka dirhamów od Adasia, ale pieniędzy ode mnie - kategorycznie odmówił. Otworzyłam oczy najszerzej jak potrafiłam, dwa razy potrząsnęłam głową i pytającym wzrokiem spojrzałam na Adasia. Zrobił to samo co ja i wyszliśmy z hotelu. Powróciliśmy na ulice mediny.

niedziela, 4 maja 2014

Mafia z Mcdonald'sa i naciągacze z Fez

Przyjmujemy więc dar od naszego kierowcy i ruszamy celem poszukiwań hotelu. Planujemy zostawić w nim wszystkie rzeczy i wtedy na spokojnie rozpocząć zwiedzanie tego odradzanego nam miejsca. Rozglądamy się na prawo i lewo wszędzie rzecz jasna widząc te mafie, złodziei i porywaczy. Nie wiadomo dlaczego mówimy do siebie szeptem, a każdy wyższy dźwięk ulicy wywołuje na naszej skórze dreszcze. Jest tak przynajmniej do chwili kiedy za rogiem nagle przed naszymi oczami wyrasta wielka galeria handlowa, Mcdonald's i Pizza Hut. Kawałek dalej świecą neonowe lampy na bilbordzie od Burger Kinga i KFC. Na upartego można się tam też ubrać w coś zupełnie innego niż tradycyjne marokańskie stroje. Szczególnie kobiety muszą być tutaj zadowolone ze względu na to jak sieciówki New Yorker i House dbają o podkreślenie ich figury. Żyć nie umierać!
Stajemy jak wryci na środku ulicy i gapimy się na to centrum handlowe jakbyśmy po raz pierwszy w życiu coś podobnego widzieli. Właściwie to ono w tamtej chwili skupiło naszą całą uwagę. W końcu byliśmy w tym kraju wtedy dobre dwa tygodnie i wcześniej nigdzie owego nie było.

Jakoś tak wyszło, że przez to całe zamieszanie związane z amerykańskim żarciem na afrykańskiej ziemi...
przestaliśmy na każdym roku wypatrywać mafii. Z cieknącą ślinką idziemy po niezdrowe jedzenie do Mcdonald'sa i kiedy już jesteśmy w trakcie wypowiadania magicznego słowa "hamburger" nagle nasz entuzjazm osiąga poziom zerowy. Ani ja ani Adaś nie mamy już ochoty kończyć swojej wypowiedzi. Dlaczego? Bo zobaczyliśmy cenę. Nie pamiętam jaka była ona konkretnie. Pamiętam natomiast, że była wyższa niż we Francji. A tam już była tak wysoka, że człowiekowi zamiast jeść zachciewało się wymiotować. W związku z powyższym na powrót zaczęliśmy wierzyć w działalność jakiejś zorganizowanej grupy przestępczej w tym mieście!

piątek, 2 maja 2014

Dlaczego nie jechać do Fez?

Po kolacji dostaliśmy koce i osobne rzecz jasna łóżka do dyspozycji. Zostaliśmy pożegnani i wzajemnie złożyliśmy sobie życzenia dobrej nocy. Oszołomieni wskoczyliśmy do łóżek i półszeptem jeszcze przez chwilę rozmawialiśmy o tym co nam się przydarzyło. W końcu usnęliśmy...

I spalibyśmy jak dzieci gdyby nie moja nagła potrzeba skorzystania z toalety w środku nocy! Może wydawać się to błahym problemem, ale wierzcie mi, że gdyby to Wam pęcherz pękał w szwach w miejscu gdzie cholera jasna wie gdzie może być ewentualna toaleta - problem wysiusiania się urósłby do rangi jednego z najważniejszych w Waszym życiu w tamtej chwili! No masakra. Obcy dom, jeden pokój, kibelka nie widać... A ja już zwyczajnie nie mogłam leżeć w żadnej pozycji tak by było dobrze, albo chociaż w porządku. Wszystko to wywołało niemałe zamieszanie. Bo musiałam obudzić Adasia. Potem przez dziesięć minut zmuszeni byliśmy naradzać się jak rozwiązać mój moczowy kłopot. Brak pomysłów zaowocował niestety najgorszym. Wymknęliśmy się z pokoju na dwór i... no tak, no tak. Musiałam wysikać się w ogródku. Pośmiali się? No to teraz przejdźmy do tej przyjemniejszej części związanej z opuszczeniem pokoju.

Mianowicie - spojrzeliśmy w niebo. Nigdy wcześniej nie dane nam było widzieć tak czystego i gwieździstego
sklepienia niebieskiego. Byliśmy na tyle daleko od wielkich miast, że ich łuna nie psuła tego widoku. We wsi Morada natomiast nie było nic co ów łunę wywoływać by mogło. Miejsca takie jak tamto sądzę, że można spokojnie nazwać rajem dla astronomów - chociaż astronomem nie jestem. Była tam tylko ciemność i tysiące idealnie widocznych białych latarni w górze...

środa, 23 kwietnia 2014

Droga do Bani Mallal

Historii, które przywieźliśmy z Marrakeszu jest dużo więcej niż opisałam. Są one często wyrwane z kontekstu albo tak bardzo absurdalne, że aż niemożliwe do "przelania na papier". Zachowanie niektórych sprzedawców bywało tak chaotyczne, że starając się o tym napisać, każde ze słów musiałabym zakańczać w połowie, a rezultat byłby taki, że nikt nie miałby pojęcia o co wtedy chodziło. I wbrew pozorom taki efekt byłby sukcesem dla mnie jako piszącego - przecież tak naprawdę niejednokrotnie nie wiedzieliśmy o co chodzi. Trzymajmy się jednak prostego schematu jakim jest to, że inaczej się przeżywa, a zupełnie inaczej o tym piszę. Trochę jak ze snem pełnym akcji - śnisz, że bierzesz udział w bardzo niebezpiecznym pościgu i gdy się budzisz pierwszą rzeczą o jakiej myślisz to to aby opowiedzieć go komuś, ale gdy zaczynasz mówić to okazuję się, że... tak na prawdę to nie ma o czym opowiadać.
Z tego też powodu pójdziemy wspólnie na śniadanie, a następnie pojedziemy do Bani Mallal i wstąpimy na
drobne piwko do baru. O czym ja mówię?

Posłuchajcie...

Pamiętacie czym jest harsha? Placek na bazie kaszy manny. Marokańskie jedzenie, które kosztuje grosze. Do czynienia z nim mamy głównie na bazarach. W restauracjach nie spotkaliśmy się z tym ani razu. Jako, że w Maroko jest to jedna z najtańszych i najbardziej sytych opcji zjedzenia śniadania nasza dieta składała się głównie z harshy właśnie. Problem w tym, że w Marrakeszu dostanie jej graniczy z cudem. A jeśli nawet zdarzy się, że ktoś ją smaży to albo na zamówienie za spore pieniądze, albo w postaci malutkich placuszków pięć razy droższych niż w jakimkolwiek innym miejscu. Bez sensu, prawda?

czwartek, 3 kwietnia 2014

Dzieciaki z Settat

W Settacie natknęliśmy się na pierwszy supermarket odkąd do Maroko przyjechaliśmy. Carrefour, o
którym mowa był najbardziej obleganym miejscem w mieście. Z nieopisaną radością ruszyliśmy w kierunku molochu w celu zakupienia czegoś na kolację, wody mineralnej i czekolady. Ciesząc się przy tym wolnością wyboru jaką dają klientom sklepy samoobsługowe (albo po prostu brakiem natrętnych sprzedawców). Jednak po wejściu do marketu oboje doszliśmy do wniosku, że gdybyśmy mieli się żywić tylko tym co w nim było - po kilku dniach umarlibyśmy z głodu. Otóż lodówki przepełniały serki "trójkąciki" - bardzo popularne i ładowane do wszystkiego w Maroko - oraz serki topione w innym kształcie. 

Hala przeładowana była workami z czymś w rodzaju mąki - gdzie każda służyła do innego rodzaju wypieków. Na zdjęciach na workach były harsha i inne "chlebo-podobne" marokańskie przysmaki. Jeśli chodzi o napoje - to był raj. Woda mineralna tańsza niż gdziekolwiek indziej ponieważ pozbawiona "podatku od gadaniny", od coca-coli i innych napojów gazowanych półki się uginały. My rzuciliśmy się na Hawai - napój gazowany o smaku multiwitaminy, który widzieliśmy jedynie w Maroko, a który jest przepyszny! 

niedziela, 23 marca 2014

Settat

Aby łapać stopa w Maroko czasami należy ustawić się w kolejce. Mało tego. Nie dlatego, że jakiś jeden bądź dwóch autostopowiczów przed Tobą, podobnie jak Ty, uznało to miejsce za odpowiednie do łapania stopa, ale dlatego, że uczyniło to od dziesięciu do dwudziestu grupek osób. Zajmujemy swoje miejsce i wyciągamy kciuk. Ta czynność powoduje spore zamieszanie wśród innych autostopowiczów. Nie zupełnie zdają się wiedzieć po co to robimy. Oni jedynie stoją, opierają się o latarnie i ewentualnie mają założone o siebie ręce. Trzy kobiety przed nami ubrane w kolorowe stroje zasłaniające je od stóp do głów przez chwilę nas obserwują, a następnie zaczynają nas naśladować. Ich niepewnie wystawione ręce i kciuki wyglądają przekomicznie. Cóż... Po kilku minutach łapią stopa. Dzięki nam dziewczyny przeżyły swój pierwszy raz - jeśli chodzi o łapanie stopa "na kciuka" - oczywiście.

czwartek, 20 marca 2014

"Ludzie tutaj mają świra..."

Poszukiwania hotelu w tym mieście trwały bardzo długo. Kilka razy słyszymy, że nie pozwolą nam spać w jednym pokoju (o jednym łóżku nie wspominając) co winduje cenę mocno do góry. Z ludzkich oczu litrami wypływa chciwość. Sądzą oni, że i tak wrócimy - bo gdzieś spać musimy. Idąc dalej wąskimi uliczkami mediny natrafiamy na wyjątkowo obskurny jej kawałek. W owym zaułku na jednej z paskudnych kamienic widnieje napis hotel. Drzwi do potencjalnej noclegowni są w połowie zawalone gratami i częściowo spalone. Tynk ze ścian odpada, a instalacja, a raczej jej szczątki grożą śmiercią dyndając z budynku. O dziwo - hotel jest czynny. Wchodząc do środka przekonani byliśmy o tym, że cena w takim miejscu nie może być wysoka. Z resztą - niska cena zrobiłaby z tej rudery pięciogwiazdkowy hotel. No cóż... Mylić się jest rzeczą ludzką.

Wnętrze hotelu czy raczej - "hotelu" - straszyło tylko odrobinę mniej niż jego zewnętrzny wygląd. Meble nawet nie starały się udawać kompletów, prąd był, ale nie wszędzie - na cały budynek przypadały trzy czynne kontakty i tylko w dwóch pokojach światło działało. Ze ścian odchodziła farba, a chodząc po schodach zalecanym było modlić się o to aby wytrzymały. Bieżąca woda jest, ale zimna. Nie pytamy jeszcze o cenę. Właściciel prowadzi nas do pokoju, który chce nam wynająć. Jest na samej górze (modlitwa na schodach trwa więc ładny kawałek czasu) a pokój jak się okazuję mamy dzielić z kimś jeszcze. Trochę się wtedy wystraszyłam bo nasz potencjalny współlokator sprawiał wrażenie takiego co to go dopiero z mamra wypuścili... Pościel? Śmierdzi, że strach podejść. Pewnie nigdy nie była prana. Wszystko ok. Wytrzymamy wszystko - Zimną wodę, dziwnego współlokatora, smród, brak prądu... Oby cena była niska.

sobota, 8 marca 2014

Casablanca #3 - Dzień Świra

- Polaki?! Ja mam dobra koza! Moja koza zdrowa! Chcieć kupić? Ja mam dobra koza! Bardzo dobra koza! - gdy usłyszeliśmy te okrzyki ze szczerym zdziwieniem odwróciliśmy się i z niedowierzaniem gapiliśmy się przez chwilę na niskiego, starszawego mężczyznę w niewielkiej białej czapce na głowie. Kolor jego skóry nie wskazywał ani trochę na europejskie pochodzenie. Gdy tacy zmieszani wybałuszaliśmy gały w jego kierunku ten już uznał, że ma nas w garści i kontynuował:
 - Dobra koza, dobry gatunek koza! Ja mam czarna koza i biała koza!  
Gdy tylko się otrząsnęliśmy staraliśmy się grzecznie odmówić zakupów w jego sklepie i wypytać skąd zna polski. Jakby nie patrzeć nawijał całkiem nieźle, a jego zasób słów nie ograniczał się do kilku podstawowych zwrotów. O dziwo nie wspomniał nic o swoim pochodzeniu z naszej ojczyzny. Nie mówił też ani słowa o tym, że jego przyjaciele są Polakami. W wymijający sposób wytłumaczył gdzie nauczył się naszej mowy i na zmianę starał się nam wcisnąć płaszcze, dywany i inne rzeczy, które były efektem wcześniejszego zamordowania zwierząt i wypytywał o szczegóły naszego przyjazdu do Maroko. Na jego starania związane z handlem uparcie odpowiadaliśmy całkowitym brakiem pieniędzy. O naszej podróży opowiedzieliśmy w wielkim skrócie i dodaliśmy, że naszym kolejnym punktem będzie Marrakesz. Dziadek zareagował bardzo entuzjastycznie:
 - Nie mają pieniędzy? Kupuj nie dzisiaj, kupuj jutro! Moja koza dobra! Skóra dobra! Chcieć skóra w kolor Marrakesz? (wskazuje czarną) To nie to! (pokazuje białą) Ta też nie jest kolor Marrakesz! (wskazuje brązową) Ta! Ta jest jak Marrakesz! Marrakesz kolor brązowa! Nie czarna, nie biała! Marrakesz brązowa! 

środa, 5 marca 2014

Casablanca #2

Cóż takiego może łączyć ze sobą Gdańsk i Casablance? Wbrew pozorom całkiem sporo. Otóż w
Casablance znajduje się największy port morski w całym państwie. Do jej brzegów przybijają statki z całego świata. A sprytni marokańscy sprzedawcy doskonale o tym wiedzą! Idą tam więc po obcować z nieznaną sobie kulturą i nauczyć się poszczególnych zwrotów w innych językach. Są na tyle cwani, że zdaję sobie sprawę z tego, że o ile obcokrajowiec nie kupi od niego do niczego niepotrzebnej mu pierdoły ot tak, to jeśli przywita go w jego rodzimym języku szanse na sprzedaż jego produktów wzrasta. 

W naszym przypadku zaczęło się od niewinnej rozmowy z pewnym Marokańczykiem, który zaczepił nas zaraz po tym jak weszliśmy do mediny. Bogatsi o nasze doświadczenia z Rabatu już nie tak chętnie pozwalaliśmy się prowadzić wszystkim i wszędzie. Może nawet przewrażliwiliśmy się tak bardzo, że staliśmy się odrobinę aroganccy. Z tego też powodu czym prędzej chcieliśmy owego pana spławić, ale - był nieugięty - jak wszyscy mieszkańcy tego kraju. Przywitał nas, rzecz jasna nie zapominając nazwać nas swoimi przyjaciółmi, zapytał skąd i po co przybywamy do Maroko. 

Nie czekając na naszą odpowiedź oprowadził nas po każdym zakamarku swojej jadłodajni, zachwalając się bez liku. Aby stworzyć atmosferę nieprzebranej życzliwości rozkazał wręcz zrobić sobie z nim zdjęcie. Zdegustowani odrobinę staraliśmy się robić dobrą minę do złej gry, ale w końcu okazało się, że facet jest naprawdę w porządku, a komercja zjada wszystkich od stóp do głów, więc nie ma co się dziwić, że zachowują się w ten... dziwaczny sposób.

czwartek, 20 lutego 2014

Rabat

Docieramy do Rabatu będącego stolicą Maroko. Mijamy wielkich rozmiarów bramę i wkraczamy do dzielnicy rządowej. Ku naszemu ogromnemu zdziwieniu na ulicach nie walają się śmieci. Nie ma pustych butelek po coca-coli, papierków po batonikach, puszek po konserwach... Pomiędzy budynkami nie przemykają się wychudzone koty. Zamiast tego widzimy przystrzyżone trawniki i klomby z pięknymi, kolorowymi kwiatami. Chodniki są czyste, a kostka brukowa jest w całości. Budynki w mieście są zadbane i niektóre wyglądają wręcz jak dzieła sztuki. Skąd ten kontrast? W dzielnicy możemy odnaleźć budynki, w których mieszczą się biuro premiera, ministerstwo i szkoła koraniczna. Znajduję się tutaj również pałac królewski, domy premiera oraz członków panującej dynastii. Ich służby też nie należy pominąć - stanowiska, które wykonują w większości przypadków są odziedziczone jeszcze po murzyńskich niewolnikach, ale również mają swoje drobne włości. Całość tworzy atmosferę odosobnionego miasteczka w wielkim mieście. Wszystko  otoczone murami, zdające się tonąć w ogrodach, których barwy są piękniejsze od znanych nam kolorów. Albo inaczej - barwy, których nie ogarnęłaby nawet paleta barw Photoshop'a. 

czwartek, 13 lutego 2014

Where are you going?

Mając sprawę noclegu z głowy, ze szczękami wiszącymi niewiele nad ziemią poszliśmy do pokoju. Ani ja ani Adaś nie spodziewaliśmy się, że choćby raz podczas tej podróży będziemy spać w klimatyzowanym pomieszczeniu. A tu proszę. Klimatyzacja jest i na dodatek działa! W pokoju stało jedno ogromne łoże małżeńskie i jedno pojedyncze. To jest normą w marokańskich hotelach - możesz dziesięć razy powtarzać, że chcesz pokój z jednym łóżkiem, a i tak na 90% dostaniesz zestaw wielkie plus małe wyrko. Jakby wygód było mało w pomieszczeniu jest też telewizor. Stary, mój dziadek miał identyczny, ale mimo wieku nadal na chodzie. Nie korzystamy z niego - raz, że nie znamy arabskiego, ani francuskiego, a dwa, że mamy w planach spacer po mieście bez ciężkich plecaków.

Ledwie wystawiamy głowy z hotelu i przez chwile zastanawiamy się, w którym kierunku iść, a już stoi koło
nas - jak go nazwaliśmy - "Pomagier". Nie mam pojęcia czy takie słowo w ogóle występuje w języku polskim, ale my nazywając tak jakąś osobę mieliśmy na myśli kogoś kto niósł nam całkowicie zbędną pomoc i często swoim natręctwem wyprowadzał nas z równowagi. Tym razem rolę "pomagiera" odegrał tłusty mężczyzna średniego wzrostu. Jadł coś więc z gębą pełną żarcia zapytał nas dokąd idziemy. Zgodnie z prawdą odpowiedzieliśmy, że jeszcze nie wiemy. Ale on wiedział doskonale. Pokierował nas abyśmy poszli do portu gdzie można kupić przepyszne sardynki. Tak się o tych rybach rozgadał, że aż sama zrobiłam się potwornie głodna. A potem powiedział żebyśmy przyszli do lokalu na rogu (wskazał go palcem) na herbatę. 

wtorek, 11 lutego 2014

Larache

Busem, który o mały włos nie rozpadł się po drodze dojechaliśmy do Larache. W tym mieście raczej nie widoczny był rozkwit turystyki. Owszem, było tam sporo hoteli - tych lepszych  tych gorszych. Wszystkie jednak zamykały się w jednej europejskiej gwiazdce - nawet jeśli tam przysługiwały im cztery. Knajp przygotowanych pod turystów też było kilka - w menu można było znaleźć między innymi "tradycyjną marokańską sałatkę", która nie była niczym innym jak pomidory z pieprzem i solą. Druga sprawa, że ich tradycyjna sałatka zmieniała skład wraz z miejscowością, w której była podawana. W owych knajpach można było też spróbować miejscowego Tajin czyli warzyw z mięsem, warzyw z rybą lub po prostu warzyw przygotowywanych w konkretny sposób i w specjalnym naczyniu.

Jednak wszystko wyglądało tak jakby było przygotowane pod ewentualnego, a nie pewnego turystę. Z tego
też powodu ciężko było odnaleźć opisywane w Maroko piękne, kolorowe stragany, smakowite zapachy i cieszące oko artystyczne wyroby miejscowych. Tak ogólnie to zdanie opisane powyżej jest naszym zdaniem totalną ściemą. Dlaczego tak bardzo nie cierpimy turystyki? Bo kłamie. Pokazuje jedynie to co ludzie chcą zobaczyć w danym miejscu i zamiata pod dywan prawdziwe życie. Zarówno jego piękno jak i tą bardziej mroczną stronę.  Maroko tam gdzie nie dosięgają zorganizowane wycieczki przypomina raczej reklamę BigMaca z McDonald'sa - w telewizji wygląda jak duża, smakowita kanapka, w rzeczywistości jednak dostajemy rozlazłą bułkę z mięsem, którego pochodzenia wolelibyśmy nie znać.

wtorek, 4 lutego 2014

Insha'Allah

Budzimy się wypoczęci. Pakujemy swoje rzeczy i po chwili jesteśmy gotowi do wyjścia. Pozostaje jeszcze kwestia zapłacenia (poprzedniego dnia nie mieliśmy przy sobie gotówki) i zapytania o drogę. Recepcjonista zdaje się być w pełni tego słowa znaczeniu - wczorajszy. Pytamy jeszcze czy może nie miałby ochoty na zrobienie sobie wspólnego zdjęcia. Zgadza się, ale prosi abyśmy mu dale chwile na małe ogarnięcie się. Idzie bardzo powolnym krokiem w kierunku łazienki. Od jego markotnego wyrazu twarzy aż mnie samą zaczyna boleć głowa. Gość zachowuje się tak jakby był na klasycznym kacu. Nawet kacu-mordercy. Choć tak na prawdę nie wiem jakie skutki dnia następnego niesie ze sobą palenie haszyszu w tak potężnych ilościach - ale jeśli są choć w połowie takie na jakie wyglądały w jego przypadku to nadal nie chcę nigdy próbować.

Do rzeczy. Po kilku minutach wyskakuje niemalże razem z drzwiami, już pełen uśmiechu i życiowej energii. Robimy sobie wspólne zdjęcie. On wykrzykuje, że od teraz Polacy i Marokańczycy to przyjaciele, a ja zastanawiam się kiedy i co on znowu wypalił.

Sympatyczny koleś wskazuje nam drogę na dworzec. Już mamy się żegnać kiedy przypominamy sobie o braku mapy. Pytamy gdzie tutaj można ją kupić. Tłumaczy nam większość trasy, a następnie każe pytać po prostu o to gdzie jest medina, czyli stara dzielnica miasta.