Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 marca 2015

Ku pierwszej stolicy Polski!

Mogłabym jeszcze długo skupiać się na tym jakby tu zareklamować Muzeum Arkadego Fiedlera w Puszczykowie. Mogłabym stworzyć jeszcze co najmniej kilka opracowań historycznych w oparciu o repliki znajdujące się na terenie muzeum. Myślę jednak, że już wystarczy i warto przejść już do momentu kiedy opuściliśmy fiedlerowski ogródek.

Byliśmy przemarznięci na kość. To co najciekawsze w muzeum znajduje się na zewnątrz. Byliśmy w tym miejscu w styczniu, a to oznaczać może tylko jedno... Pogoda wcale nas nie rozpieszczała!

Zarówno ja, jak i Adaś jesteśmy raczej z gatunku stworzeń ciepłolubnych, a więc siedem stopni mrozu,
które wtedy panowały na dworze było dla nas niczym siedemdziesiąt stopni na minusie. Dygotaliśmy więc i narzekaliśmy bez kresu. Na domiar złego wplątaliśmy się w bardzo malutkie krajowe drogi (a może nawet dróżki), po których nie jeździło absolutnie nic!

Cóż jednak mogliśmy zrobić? No nic. Poszliśmy więc przed siebie żywiąc wielką nadzieję na spotkanie jakiegoś zbłąkanego kierowcy, który zdecydowałby się nas zabrać.

Szliśmy.

I szliśmy....

A potem....

...szliśmy dalej.

sobota, 20 września 2014

W polskich progach

Hot-dogi, które mieliśmy zamiar kupić często zwane są francuskimi. Nie mam pojęcia skąd wzięła się owa
nazwa ponieważ we Francji ani ich nie widzieliśmy, ani nie spotkaliśmy nikogo kto wiedziałby czym one są. Nie mniej - mieliśmy na nie aż nieprzyzwoitą ochotę! Szybkie to to, ciepłe i tanie. Spałaszowaliśmy je więc w pośpiechu, a następnie zaczęliśmy się kierować w stronę Lublina.



Oh, jakim cudownym uczuciem było to gdy mogliśmy odebrać telefon i nie przeliczać w głowach kosztów połączenia! Pokuszą się wręcz o stwierdzenie, że po tak długiej nieobecności w kraju - zakochaliśmy się w Polsce od nowa. Porozmawialiśmy chwilę z bliskimi. Opowiedzieliśmy o noclegu na dworcu i przejeździe na gapę w pociągu. I o tym ile czasu musieliśmy spędzić na granicy.

środa, 5 marca 2014

Casablanca #2

Cóż takiego może łączyć ze sobą Gdańsk i Casablance? Wbrew pozorom całkiem sporo. Otóż w
Casablance znajduje się największy port morski w całym państwie. Do jej brzegów przybijają statki z całego świata. A sprytni marokańscy sprzedawcy doskonale o tym wiedzą! Idą tam więc po obcować z nieznaną sobie kulturą i nauczyć się poszczególnych zwrotów w innych językach. Są na tyle cwani, że zdaję sobie sprawę z tego, że o ile obcokrajowiec nie kupi od niego do niczego niepotrzebnej mu pierdoły ot tak, to jeśli przywita go w jego rodzimym języku szanse na sprzedaż jego produktów wzrasta. 

W naszym przypadku zaczęło się od niewinnej rozmowy z pewnym Marokańczykiem, który zaczepił nas zaraz po tym jak weszliśmy do mediny. Bogatsi o nasze doświadczenia z Rabatu już nie tak chętnie pozwalaliśmy się prowadzić wszystkim i wszędzie. Może nawet przewrażliwiliśmy się tak bardzo, że staliśmy się odrobinę aroganccy. Z tego też powodu czym prędzej chcieliśmy owego pana spławić, ale - był nieugięty - jak wszyscy mieszkańcy tego kraju. Przywitał nas, rzecz jasna nie zapominając nazwać nas swoimi przyjaciółmi, zapytał skąd i po co przybywamy do Maroko. 

Nie czekając na naszą odpowiedź oprowadził nas po każdym zakamarku swojej jadłodajni, zachwalając się bez liku. Aby stworzyć atmosferę nieprzebranej życzliwości rozkazał wręcz zrobić sobie z nim zdjęcie. Zdegustowani odrobinę staraliśmy się robić dobrą minę do złej gry, ale w końcu okazało się, że facet jest naprawdę w porządku, a komercja zjada wszystkich od stóp do głów, więc nie ma co się dziwić, że zachowują się w ten... dziwaczny sposób.