Cóż takiego może łączyć ze sobą Gdańsk i Casablance? Wbrew pozorom całkiem sporo. Otóż w
Casablance znajduje się największy port morski w całym państwie. Do jej brzegów przybijają statki z całego świata. A sprytni marokańscy sprzedawcy doskonale o tym wiedzą! Idą tam więc po obcować z nieznaną sobie kulturą i nauczyć się poszczególnych zwrotów w innych językach. Są na tyle cwani, że zdaję sobie sprawę z tego, że o ile obcokrajowiec nie kupi od niego do niczego niepotrzebnej mu pierdoły ot tak, to jeśli przywita go w jego rodzimym języku szanse na sprzedaż jego produktów wzrasta.
W naszym przypadku zaczęło się od niewinnej rozmowy z pewnym Marokańczykiem, który zaczepił nas zaraz po tym jak weszliśmy do mediny. Bogatsi o nasze doświadczenia z Rabatu już nie tak chętnie pozwalaliśmy się prowadzić wszystkim i wszędzie. Może nawet przewrażliwiliśmy się tak bardzo, że staliśmy się odrobinę aroganccy. Z tego też powodu czym prędzej chcieliśmy owego pana spławić, ale - był nieugięty - jak wszyscy mieszkańcy tego kraju. Przywitał nas, rzecz jasna nie zapominając nazwać nas swoimi przyjaciółmi, zapytał skąd i po co przybywamy do Maroko.

Nie czekając na naszą odpowiedź oprowadził nas po każdym zakamarku swojej jadłodajni, zachwalając się bez liku. Aby stworzyć atmosferę nieprzebranej życzliwości rozkazał wręcz zrobić sobie z nim zdjęcie. Zdegustowani odrobinę staraliśmy się robić dobrą minę do złej gry, ale w końcu okazało się, że facet jest naprawdę w porządku, a komercja zjada wszystkich od stóp do głów, więc nie ma co się dziwić, że zachowują się w ten... dziwaczny sposób.