Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawa. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 maja 2014

Jak napić się kawy i nie umrzeć?

Jeszcze podczas spożywania wspólnego posiłku zachowanie Mustafy wydawało się być odrobinę
dziwaczne. Przesadna troska o to czy na pewno się najadłam, nieopanowana chęć siedzenia właśnie obok mnie czy też - wcześniej - zrobienie sobie ze mną wspólnego zdjęcia. Mimo mojego ubogiego angielskiego robił wszystko by ze mną pogawędzić i unikał jak ognia rozmowy z Adasiem. Nie zadowolony był nawet wtedy kiedy prosiłam go by przetłumaczył mi czy jemu jakieś zdanie. Starał się wtedy nie słuchać go i wytłumaczyć wszystko na migi. Nawet rysować chłop próbował!

Jednak mimo wrodzonych predyspozycji do doszukiwania się teorii spiskowych w każdej praktycznie rzeczy starałam się to ignorować i myśleć, że jest to po prostu nie znana mi forma bycia życzliwym. Z drugiej strony gdzieś po głowie tłukło mi się, że gdyby miał być tak przesadnie życzliwy to prędzej w kierunku Adasia, jako, że jest mężczyzną. Wszak muzułmanie mają odrobinę inne podejście do kobiet niż Europejczycy...  Cóż... Całość zaczęła nabierać znaczenia dopiero jakiś czas później.

W każdym razie po obiedzie podziękowaliśmy, wysłuchaliśmy odmawianej przez nich modlitwy i pochwał dla Allaha i chcieliśmy zapłacić za posiłek. Mustafa, który akurat wtedy robił za skarbnika bez zahamowań przyjął te kilka dirhamów od Adasia, ale pieniędzy ode mnie - kategorycznie odmówił. Otworzyłam oczy najszerzej jak potrafiłam, dwa razy potrząsnęłam głową i pytającym wzrokiem spojrzałam na Adasia. Zrobił to samo co ja i wyszliśmy z hotelu. Powróciliśmy na ulice mediny.

sobota, 12 kwietnia 2014

Tutaj nie ma boga

Kolejnego dnia z postanowieniem dotarcia do Marrakeszu opuściliśmy hotel. Przed wyjściem na wylotówkę wstąpiliśmy jeszcze na poranną kawę do jednej z knajp. Zamówienie jednak okazało się bardzo skomplikowane i praktycznie niemożliwe do zrealizowania. Sprzedawca był gotowy przygotować nam każdą kawę z wyjątkiem dużej czarnej. Starając się zachować spokój i powstrzymując się od krzyku przeszliśmy do planu "B" - zaczęliśmy rysować. Cud się stał i facet w końcu zrozumiał o co nam chodzi. Usiedliśmy więc na rozklekotanych krzesłach przy rozklekotanym stoliku i zadowoleni z siebie czekaliśmy na naszą kawę. Radość jednak była przedwczesna. Dostaliśmy kawę z mlekiem. Małą. 

Tak więc poranek upłynął nam w atmosferze niezwykle nerwowej. Może nawet któreś z nas wyobraziło sobie spadającą na Maroko bombę z wieprzowiny i lekko się przy tym uśmiechnęło...ale tego nie pamiętam ;)

Tak więc... wypiliśmy kawę, zapłaciliśmy i ruszyliśmy dalej - w głąb "Kraju Absurdu"....

Stanęliśmy na wylocie w stronę Marrakeszu. Zaczęliśmy łapać stopa. Jednak jak zawsze co chwile zatrzymywały się dla nas taksówki,  które dowodziły temu, że 5-osobowe samochody bez problemu są w stanie pomieścić nawet 10 osób. 

czwartek, 26 grudnia 2013

Portugalia - jakby inna Europa

Już pierwszej nocy Portugalia dała nam mocno popalić. Ugościła nas brakiem dobrego miejsca do rozbicia się namiotem, wilgocią w powietrzu i nieprzyjaznymi spojrzeniami ludzi... 

Sangrie, o której wspomniałam w ostatnim poście piliśmy w Póvoa de Varzim w północnej części Portugalii. Moje zatrucie ukradło nam trochę cennego czasu więc gdy tylko doszłam do siebie szybko zaczęliśmy kombinować gdzie by tu się rozbić. Nie było jednak tak pięknie jak można by przypuszczać. Jeżeli byliśmy przygotowani na komercję w Hiszpanii, to w Portugalii zostaliśmy nią niemalże zaskoczeni, jako że przerosła ona tam nasze wyobrażenia. Plaże wypełnione po brzegi leżakami i parasolami naszpikowane były ślicznymi knajpkami, jak dobra kasza skwarkami... A w nich menu złożone z drinków z parasolkami wszelkiego rodzaju oraz drobnych przekąsek. Brzegiem oceanu przechadzają się kobiety w bikini. Towarzyszą im mężczyźni... Nie koniecznie są to widoki cieszące oczy. Spotykamy tam wielu otyłych ludzi, którzy obnażając swoje ciała manifestują kompletny bark przejmowania się swoim wyglądem. Bez względu na to, czy byli to mieszkańcy Portugalii czy też może turyści z innych krajów - stwierdziliśmy, że najwyraźniej ludzie ci po prostu maja gdzieś kondycję i wygląd swojego ciała - bo w końcu są na wakacjach.

niedziela, 3 listopada 2013

Czary - Mary, Hokus - Pokus

Jeszcze w Paryżu Adaś wymyślił sobie, że chce znaleźć 500euro. Oczywiście całe gadanie związane z owym życzeniem było kompletnie w otoczce żartu aczkolwiek nikt by się nie obraził gdyby się ziściło. Więc Adaś nawijał bez końca o swoich pięciuset euro, a ja powtarzałam, że w cuda wierzę, ale nie w aż takie i że najmniejszych szans na to nawet nie ma. Ale Adaś nie rezygnował i uporczywie odkurzał chodniki wzrokiem.

Po kilkugodzinnym spacerze po Paryżu zaczęliśmy się kierować na Gare de Lyon w okolicy, którego okupowaliśmy mieszkanie Severine, ale że byliśmy zmęczeni całodniowym chodzeniem postanowiliśmy wsiąść w metro. Po wyminięciu bramek (no bo kogo stać na paryskie bilety?) i złapaniu odpowiedniego usiedliśmy tuż przy drzwiach żeby w wypadku ewentualnej kontroli szybko się ewakuować unikając tym samym wszelkich konsekwencji związanych z jazdą bez biletu. Przejeżdżamy kilka przystanków i Adaś podrywa się raptownie z siedzenia i wyskakuje z metra, patrze więc na niego jakby zwariował i nie do końca rozumiem o co mu chodzi kiedy wbiega do niego z powrotem po niecałej sekundzie i siada na siedzeniu obok mnie. Pytam więc spokojnie o to co się stało i ....

- Znalazłem 15euro... 
- Jak znalazłeś 15euro?
- No jak to jak? Po ludzku.

No to co prawda nie 500, ale...

Ale to było jeszcze w Paryżu...

piątek, 1 listopada 2013

Język, w którym zawsze się dogadasz - ludzki.

Po kilku dniach spędzonych w Paryżu przyszedł czas na ruszenie w dalszą trasę. Pożegnaliśmy się więc z Severine, spakowaliśmy rzeczy i wyszliśmy w nadziei na szybkie dostanie się na wyjazd z miasta. Niestety - to okazało się sporym problemem. Po dojechaniu metrem na obrzeża centrum zaczęliśmy się rozglądać za drogą na całkowity wylot z miasta, ale... Paryż jest ogromny więc prowadzeni zasadą koniec języka za przewodnika doszliśmy na wlot na autostradę, ale jak to na wlotach w środku miasta plan złapania tam czegokolwiek spalił na panewce. Kolejnym genialnym punktem okazała się stacja benzynowa nieopodal drogi prowadzącej na Le Mans. I to już była trzecia godzina nieudolnych prób wyjechania ze stolicy Francji.
Mieliśmy tyle szczęścia, że jeden z kierowców zapytanych o to czy być może nie jedzie w tym kierunku co my podrzucił nas w końcu na w miarę dobre miejsce do dalszego stopowania, co prawda ciągle w środku miasta, ale było już lepiej niż wcześniej. Ale cóż... Nie tylko my uznaliśmy owe miejsce za niezłe bo przy drodze stało dwóch autostopowiczów. Więc podchodzimy do nich i pytamy orientacyjnie ile już tu stoją, gdzie jadą i czy nie pogniewają się jeśli staniemy kilka metrów za nimi. Rozmowa prowadzona jest po angielsku i nagle nie wiadomo skąd chłopaki informują nas o tym, że są z Polski. Więc kończy się dukanie po angielsku i nawijamy po swojemu. Opuszczamy ich i z totalnym niezadowoleniem stajemy trochę dalej, z niezadowoleniem bo nasi rodacy zajęli miejsce dużo lepsze czyli takie gdzie ewentualny kierowca miałby się gdzie zatrzymać. Życzymy im więc szybkiego złapania stopa żeby przenieść się w ich miejscówkę i.... MAMY! Kierowca zatrzymuje się na środku ulicy, woła nas i zaczynamy biec niestety mierzeni z góry na dół wzrokiem przez kolegów z Polski....