Aby łapać stopa w Maroko czasami należy ustawić się w kolejce. Mało tego. Nie dlatego, że jakiś jeden bądź dwóch autostopowiczów przed Tobą, podobnie jak Ty, uznało to miejsce za odpowiednie do łapania stopa, ale dlatego, że uczyniło to od dziesięciu do dwudziestu grupek osób. Zajmujemy swoje miejsce i wyciągamy kciuk. Ta czynność powoduje spore zamieszanie wśród innych autostopowiczów. Nie zupełnie zdają się wiedzieć po co to robimy. Oni jedynie stoją, opierają się o latarnie i ewentualnie mają założone o siebie ręce. Trzy kobiety przed nami ubrane w kolorowe stroje zasłaniające je od stóp do głów przez chwilę nas obserwują, a następnie zaczynają nas naśladować. Ich niepewnie wystawione ręce i kciuki wyglądają przekomicznie. Cóż... Po kilku minutach łapią stopa. Dzięki nam dziewczyny przeżyły swój pierwszy raz - jeśli chodzi o łapanie stopa "na kciuka" - oczywiście.
List
       
Strona Główna  .
Wyprawy  .
O Nas  .
Kontakt i współpraca  .
Projekty Podróżnicze  .
Lifestyle  .
Sponsorzy i Patronaci
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 23 marca 2014
Settat
Etykiety:
africa,
Afryka,
autostop,
Casablanca,
handel,
Hidżab,
mar13,
Marocco,
marokańczyk,
Maroko,
medina,
podróż,
settat,
stop,
tarh,
travel
Lokalizacja:
Sattat, Maroko
czwartek, 16 stycznia 2014
Płonąca Portugalia
Jose uparł się, że odda nam swoje łóżko, a sam prześpi się na podłodze na karimacie. Protestowaliśmy, ale był nieugięty. Miał kilka przedmiotów w swoim pokoju, które sprawiły, że od tamtej pory mawiamy "Polak i Portugalczyk potrafi". Mianowicie: stolik ze starej opony i kawałka szyby, który znalazł na wysypisku, zniszczony obraz, który sam odrestaurował i kilka innych rzeczy, które zrobił sam z niczego. Co najciekawsze były świetne!
Rano zostajemy zaproszeni na śniadanie. Nasz przyjaciel nie ma kuchenki ani czajnika elektrycznego więc wodę na kawę gotujemy w mikrofalówce. Ja chwytam jedno jabłko - zazwyczaj za nimi nie przepadam, ale wtedy miałam niepohamowaną ochotę. I oboje chcemy tylko kawę. Nic więcej nie trzeba nam do szczęścia. Jose natomiast przygotowuje sobie śniadanie, a my ze szczerym zadziwieniem obserwujemy jak wsypuje kawę rozpuszczalną do gorącego mleka, dodaje czekoladę, musli i tonę płatków śniadaniowych, a następnie rozpoczyna ucztę.
Deklaruje się, że wywiezie nas za miasto choć już jest spóźniony do pracy. I tak też robi. Lądujemy na sporym zjeździe tuż przed bardzo długim mostem. Żegnamy się, my zapraszamy go do Polski, on mówi, że jesteśmy zawsze mile widziani w Porto i Santarem. Ściskamy się i życzymy sobie szczęścia.
poniedziałek, 6 stycznia 2014
Podróż pełna wrażeń
- Zawsze chciałem podróżować, a autostop wydawał mi się jedną z najfajniejszych tego form. Jednak mi
osobiście brakuje do tego zarówno odwagi jak i osoby, z którą mógłbym to robić. Dlatego właśnie się dla was zatrzymałem - bo wy macie i jedno i drugie. - powiedział Jose.
Jose nie należy do osób, które lubią milczeć. No cóż... skoro już nas ze sobą zabrał to chciał z nam mieć jakiś drobny pożytek. Adaś ze względu na swój bardzo dobry angielski zmuszony był nie tylko prowadzić konwersacje, ale i w wielu momentach musiał tłumaczyć mi rozmowę - jako, że moja angielszczyzna pozostawia wiele do życzenia. Tak więc najpierw odpowiedzieliśmy na stos pytań dotyczących naszej podróży, a potem rozmowy dotyczyły już prawie wszystkiego, a i droga okazała się być troszeczkę dłuższa...
A było to tak...
Etykiety:
autostop,
Coimbra,
cudotwórca,
Fatima,
p13,
podróż,
podróżowanie,
Porto,
Portugalia,
punkt widokowy,
Sanktuarium Fatimskie,
Santarem,
stop,
szczęście,
włóczykij,
wyjazd
Lokalizacja:
Portugalia
sobota, 28 grudnia 2013
Portugalskie opowieści
W Rates zregenerowaliśmy siły i po dwóch dniach odpoczynku na portugalskiej wsi ruszyliśmy przed siebie. Co najważniejsze - bogatsi o mapę, którą dostaliśmy od właścicielki schroniska. Kierowaliśmy się w stronę Porto, ale żadną konkretną trasą. Tego dnia nastał czas w naszej podróży gdy zaczęliśmy spotykać prawdziwie dziwnych ludzi, dostawać dziwne rady i propozycje, a i jedno z naszych marzeń się spełniło...
A było to tak...
Zaczęło się od mężczyzny, który nas podwoził i z niewiadomych przyczyn zaprosił na kawę. To była pracująca niedziela w Portugalii, a kawa ta nie miała żadnego związku z kawiarnią. Zostaliśmy wprowadzeni wejściem pracowniczym do wielkiego sklepu meblowego, usadzeni w fotelach jak wielcy panowie i kolejno przedstawiani całemu personelowi. Szef wybitnie się nami zainteresował i przez kolejną godzinę prowadził z nami konwersację na temat podróży. Dostaliśmy obiecaną kawę - tycie espresso. Ale jeszcze nic nigdy nie dało nam takiego kopa. Kawa była tak skondensowana, że zadziałała jak dziesięć kaw wypitych jedna po drugiej.
Potem wszyscy uparli się aby odwieźć nas na wylotówkę. Mimo, że odległość ta nie była większa od pół kilometra. Jednak odmówienie czegoś Portugalczykom jest podobnie trudne jak odmówienie swojej babci jedzenia, a może nawet jest niemożliwe? Dostaliśmy też dwie butelki wody mineralnej.
Etykiety:
autostop,
backpacking,
cabriolet,
kabriolet,
p13,
podróż,
podróżowanie,
Porto,
Portugalia,
Rates,
Santarem,
stop,
Survival
Lokalizacja:
Portugalia
wtorek, 5 listopada 2013
Artystka z La Rochelle
Etykiety:
autostop,
bezinteresowna pomoc,
fr13,
Francja,
La Rochelle,
Ocean,
Ocean Atlantycki,
podróż,
podróżowanie,
Rochefort,
stop
Lokalizacja:
Francja
niedziela, 3 listopada 2013
Czary - Mary, Hokus - Pokus
Jeszcze w Paryżu Adaś wymyślił sobie, że chce znaleźć 500euro. Oczywiście całe gadanie związane z owym życzeniem było kompletnie w otoczce żartu aczkolwiek nikt by się nie obraził gdyby się ziściło. Więc Adaś nawijał bez końca o swoich pięciuset euro, a ja powtarzałam, że w cuda wierzę, ale nie w aż takie i że najmniejszych szans na to nawet nie ma. Ale Adaś nie rezygnował i uporczywie odkurzał chodniki wzrokiem.
Po kilkugodzinnym spacerze po Paryżu zaczęliśmy się kierować na Gare de Lyon w okolicy, którego okupowaliśmy mieszkanie Severine, ale że byliśmy zmęczeni całodniowym chodzeniem postanowiliśmy wsiąść w metro. Po wyminięciu bramek (no bo kogo stać na paryskie bilety?) i złapaniu odpowiedniego usiedliśmy tuż przy drzwiach żeby w wypadku ewentualnej kontroli szybko się ewakuować unikając tym samym wszelkich konsekwencji związanych z jazdą bez biletu. Przejeżdżamy kilka przystanków i Adaś podrywa się raptownie z siedzenia i wyskakuje z metra, patrze więc na niego jakby zwariował i nie do końca rozumiem o co mu chodzi kiedy wbiega do niego z powrotem po niecałej sekundzie i siada na siedzeniu obok mnie. Pytam więc spokojnie o to co się stało i ....
- Znalazłem 15euro...
- Jak znalazłeś 15euro?
- No jak to jak? Po ludzku.
No to co prawda nie 500, ale...
Ale to było jeszcze w Paryżu...
Etykiety:
autostop,
Bressuire,
fr13,
Francja,
Gare de Lyon,
kawa,
La Rochelle,
Niort,
Parthenay,
podróż,
podróżowanie,
stop,
szczęście
Lokalizacja:
Francja
poniedziałek, 22 lipca 2013
Pasja
Spotkałam niedawno koleżankę, po chwili rozmowy poprosiła mnie o to żebym w końcu zrobiła dla niej coś co obiecałam jej jakiś czas temu...niestety - w odpowiedzi usłyszała, że wyjeżdżam z początkiem miesiąca. Jednak okazało się, że nie widzi w tym problemu, a spełnieniem obietnicy zajmę się gdy wrócę... i pojawił się kolejny problem.
- Taa...Tylko możliwym jest, że wracam za rok...
(chwila wymownej ciszy) - Ty jesteś stuknięta!
Naprawdę jestem? Czy robienie tego co naprawdę się kocha jest przejawem bycia stukniętym? Zawsze wydawało mi się, że to właśnie nie spełnienie swoich marzeń i szukanie coraz to kolejnych wymówek może być tego przejawem...
Ok. Nie każdy musi kochać podróże. Ale ludzie bardzo często swoje pragnienia odkładają na drugi plan, a ich miejsce zajmują rzeczy narzucone przez świat, w którym żyjemy. Bo musi być dom, rodzina, kredyt... Zastanawiam się tylko nad tym ile z osób, które tak żyje naprawdę chciało tak właśnie żyć. Oczywiście i w tym niczego złego nie ma. Wręcz przeciwnie. Ale czy serio wszyscy chcemy tego samego?
W trasie jest różnie. Czasami po nieprzespanej nocy kiedy jest się brudnym, śmierdzącym i głodnym, a trzeba pokonać jeszcze tyle kilometrów...słońce praży, nie mamy wody, a otarcia na ramionach od plecaka zaczynają lekko krwawić całkiem poważnie zastanawiam się nad stanem swojego zdrowia psychicznego. No bo kto normalny decyduje się na taki wysiłek podczas urlopu, który z założenia ma służyć do tego by odpocząć? Otóż - człowiek z pasją. Czasem naprawdę nienawidzę tego co robię i z chęcią wyciągnęłabym kopyta na swojej wygodnej wersalce...ALE NIE! Bo chcę tam dojechać, chcę to zobaczyć i chcę osiągnąć swój cel!
Czy się boję? Tak, jak dziecko potwora spod łóżka. Boję się kilku miesięcy w drodze, boję się braku funduszy, boje się temperatur, porażek i świadomości, że nie ma sensu wracać bo jesteśmy zbyt daleko. A ten strach paradoksalnie jeszcze bardziej nakręca mnie do wyprawy. Do poznania nowych kultur, ludzi, miejsc, innego zapachu powietrza... Tak... Bardzo chcę już jechać - a wyjazd za kilka dni.
Zachęcam wszystkich do spełniania swoich marzeń. Nie ma większej satysfakcji niż to kiedy osiągnie się swój cel. Bez względu na to czy jest duży czy mały. Będzie cieszył.
- Taa...Tylko możliwym jest, że wracam za rok...
(chwila wymownej ciszy) - Ty jesteś stuknięta!
Naprawdę jestem? Czy robienie tego co naprawdę się kocha jest przejawem bycia stukniętym? Zawsze wydawało mi się, że to właśnie nie spełnienie swoich marzeń i szukanie coraz to kolejnych wymówek może być tego przejawem...
Ok. Nie każdy musi kochać podróże. Ale ludzie bardzo często swoje pragnienia odkładają na drugi plan, a ich miejsce zajmują rzeczy narzucone przez świat, w którym żyjemy. Bo musi być dom, rodzina, kredyt... Zastanawiam się tylko nad tym ile z osób, które tak żyje naprawdę chciało tak właśnie żyć. Oczywiście i w tym niczego złego nie ma. Wręcz przeciwnie. Ale czy serio wszyscy chcemy tego samego?
W trasie jest różnie. Czasami po nieprzespanej nocy kiedy jest się brudnym, śmierdzącym i głodnym, a trzeba pokonać jeszcze tyle kilometrów...słońce praży, nie mamy wody, a otarcia na ramionach od plecaka zaczynają lekko krwawić całkiem poważnie zastanawiam się nad stanem swojego zdrowia psychicznego. No bo kto normalny decyduje się na taki wysiłek podczas urlopu, który z założenia ma służyć do tego by odpocząć? Otóż - człowiek z pasją. Czasem naprawdę nienawidzę tego co robię i z chęcią wyciągnęłabym kopyta na swojej wygodnej wersalce...ALE NIE! Bo chcę tam dojechać, chcę to zobaczyć i chcę osiągnąć swój cel!
Czy się boję? Tak, jak dziecko potwora spod łóżka. Boję się kilku miesięcy w drodze, boję się braku funduszy, boje się temperatur, porażek i świadomości, że nie ma sensu wracać bo jesteśmy zbyt daleko. A ten strach paradoksalnie jeszcze bardziej nakręca mnie do wyprawy. Do poznania nowych kultur, ludzi, miejsc, innego zapachu powietrza... Tak... Bardzo chcę już jechać - a wyjazd za kilka dni.
Zachęcam wszystkich do spełniania swoich marzeń. Nie ma większej satysfakcji niż to kiedy osiągnie się swój cel. Bez względu na to czy jest duży czy mały. Będzie cieszył.
wtorek, 16 lipca 2013
Odliczanie
Cały rok rozgadywania się na temat tego gdzie to my nie pojedziemy powoli zaczyna być przeszłością. Teraz trwają porządne przygotowania do wyjazdu. Zostało coś około dwóch tygodni, większość rzeczy kupiona, trasa w jedną stronę opracowana, pozostało jedynie dograć kilka szczegółów, dokupić parę pierdół i można jechać. Coś co było tylko luźnymi marzeniami teraz nagle staje się rzeczywistością. Zawsze chcieliśmy tam pojechać! Zawsze chcieliśmy postawić nogę w Afryce.
Marrakesz jest najbardziej oddalonym punktem wyprawy. Nie jest wcale celem. Celem jest samo Maroko i posmakowanie zupełnie innej kultury. Mimo, że to państwo jest tak naprawdę najbardziej "europejską częścią Afryki" to jednak Afryki. Coś czego nasze oczy jeszcze nie widziały, język, którego naszym uszom jeszcze nie było dane słyszeć, zapachy i smaki, których nie znamy...
Na jaki czas? A co to jest czas? Na tyle na ile będzie trzeba. To nie żaden wyścig. Chcemy jechać nie jedynie po to by dojechać, a na miejscu przeobrazić się w turystów. Chcemy jechać by widzieć. Nawet gdyby pokonanie tych czterech i pół tysiąca kilometrów (jak podpowiada wujek google) miało nam zająć miesiąc, albo dwa...to co? Wiem, że tą trasę można przejechać w bardzo szybkim tempie, tylko nie rozumiem po co?
Jeśli zejdzie nam rok na włóczenie się po świecie, to zejdzie. Zero ograniczeń czasowych. W końcu nie żałuję się czasu na własną pasję, prawda?
To nie jest moja ukochana wersja papierowa, ale prawie się z nią pokrywa.
Trasa opracowana jedynie do Gibraltaru, dalej droga będzie malowała się sama ;)
Marrakesz jest najbardziej oddalonym punktem wyprawy. Nie jest wcale celem. Celem jest samo Maroko i posmakowanie zupełnie innej kultury. Mimo, że to państwo jest tak naprawdę najbardziej "europejską częścią Afryki" to jednak Afryki. Coś czego nasze oczy jeszcze nie widziały, język, którego naszym uszom jeszcze nie było dane słyszeć, zapachy i smaki, których nie znamy...
Na jaki czas? A co to jest czas? Na tyle na ile będzie trzeba. To nie żaden wyścig. Chcemy jechać nie jedynie po to by dojechać, a na miejscu przeobrazić się w turystów. Chcemy jechać by widzieć. Nawet gdyby pokonanie tych czterech i pół tysiąca kilometrów (jak podpowiada wujek google) miało nam zająć miesiąc, albo dwa...to co? Wiem, że tą trasę można przejechać w bardzo szybkim tempie, tylko nie rozumiem po co?
Jeśli zejdzie nam rok na włóczenie się po świecie, to zejdzie. Zero ograniczeń czasowych. W końcu nie żałuję się czasu na własną pasję, prawda?
To nie jest moja ukochana wersja papierowa, ale prawie się z nią pokrywa.
Trasa opracowana jedynie do Gibraltaru, dalej droga będzie malowała się sama ;)
poniedziałek, 15 lipca 2013
The road to Hel!
W związku z tym, że z początkiem miesiąca chcemy wyjechać na kilkumiesięczną podróż do Marrakeszu (gdzie jest od po prostu najdalszym punktem podróży) przed wyjazdem bardzo chciałam odwiedzić grób Kingi Choszcz, która mimo, że nie jako jedyna objechała autostopem naprawdę wielki kawałek świata jest dla mnie kimś bardzo ważnym w życiu. Pielgrzymka na cmentarz w Gdańsku nie była tylko moim celem. Oprócz mnie w wyprawie udział wzięli Adaś i moja mama. Tak, moja matka jeździ ze mną autostopem.
Start z Mostu Milenijnego we Wrocławiu gdzie droga nie rozpieszczała nas żadnym logicznym zjazdem, a jedynie rozpędówką gdzie zatrzymała się dla nas bardzo miła pani i zawiozła za Oleśnica nadrabiając kilka ładnych kilometrów specjalnie dla nas. "Ja też jeździłam stopem, dlatego się zatrzymałam. Ale teraz... nie jeżdżę już. Dwójka małych dzieciaków pozwala nam z mężem jedynie na stacjonarne wakacje pod namiotem." - opowiada. Wskazuje palcem na Anetę i mówię, że to moja mama. Kobieta uśmiecha się i mówi "Nooo... Może jak maleństwa podrosną to też dane mi będzie pojechać z nimi tak jak pani z córką.".
Nie wszystkich kierowców się zapamiętuje. Niektórzy są tak wyjątkowi, że na zawsze znajdują miejsce w naszej pamięci, są też tacy, których nigdy nie zrozumiem. Na przykład Ci, którzy zabierają trójkę pasażerów do dwuosobowego samochodu ryzykując na prawdę sporo, a przez cała drogę nie odzywają się ani słowem, są też tacy, którzy po prostu podwieźli, ale wszystkim jesteśmy wdzięczni za pomoc w realizowaniu pasji, na którą tak na prawdę nas nie stać.
Obiecywano nam piękną pogodę. Ale chmury na niebie nie wróżyły niczego dobrego. Wiatr niemiłosierny. No i co się stać miało się stało. Zaczęło lać. Niespecjalnie byliśmy przygotowani na taką kolej rzeczy. W końcu miało być 30 stopni. Więc pakując się zabrałam same lekkie ciuchy - szarawary, bokserki... I tak dobrze, że zabrałam polar. No nic... Schowaliśmy się na przystanku autobusowym w jakiejś wioseczce przez Koninem i czekamy... Czekamy... Czekamy...Dostajemy głupawki... Czekamy....
W międzyczasie marzniemy. No ale... Czarne chmury się trochę rozeszły i z ulewy zrobiła się ledwie mżawka. Więc łapanie stopa czas zacząć!
I właśnie tutaj zatrzymał się jeden z tych kierowców, których nie da się zapomnieć. Po krótkim wywiadzie skąd jedziemy, dokąd i po co nastała chwila ciszy. Kierowca rozejrzał się po aucie i krzyczy: "No! Mówcie coś! Nie po to was zabrałem żeby tutaj usnąć! Gadać!" No więc każdy z nas uruchamia na swój sposób słowotok. Rozmawiamy o wszystkim. Gościu opowiada nam o swojej żonie, teściach i kończy zdanie tym, że..."Kur....! Przez tych jej rodziców kredyt wziąłem na dom bo z nimi żyć się nie da! Teściowa tutaj Stasiu, Stasiu, cacy, cacy, a za plecami nóż by wbiła! A teściu? Dobry facet, ale tylko jak się ubzdryngoli! A co ja mam żonie z ojca alkoholika zrobić?!" Wszystko oczywiście w formie żartu. Takiego na wpół serio. Ton kierowcy sprawia, że wszyscy płaczemy ze śmiechu.
Start z Mostu Milenijnego we Wrocławiu gdzie droga nie rozpieszczała nas żadnym logicznym zjazdem, a jedynie rozpędówką gdzie zatrzymała się dla nas bardzo miła pani i zawiozła za Oleśnica nadrabiając kilka ładnych kilometrów specjalnie dla nas. "Ja też jeździłam stopem, dlatego się zatrzymałam. Ale teraz... nie jeżdżę już. Dwójka małych dzieciaków pozwala nam z mężem jedynie na stacjonarne wakacje pod namiotem." - opowiada. Wskazuje palcem na Anetę i mówię, że to moja mama. Kobieta uśmiecha się i mówi "Nooo... Może jak maleństwa podrosną to też dane mi będzie pojechać z nimi tak jak pani z córką.".
Nie wszystkich kierowców się zapamiętuje. Niektórzy są tak wyjątkowi, że na zawsze znajdują miejsce w naszej pamięci, są też tacy, których nigdy nie zrozumiem. Na przykład Ci, którzy zabierają trójkę pasażerów do dwuosobowego samochodu ryzykując na prawdę sporo, a przez cała drogę nie odzywają się ani słowem, są też tacy, którzy po prostu podwieźli, ale wszystkim jesteśmy wdzięczni za pomoc w realizowaniu pasji, na którą tak na prawdę nas nie stać.
Obiecywano nam piękną pogodę. Ale chmury na niebie nie wróżyły niczego dobrego. Wiatr niemiłosierny. No i co się stać miało się stało. Zaczęło lać. Niespecjalnie byliśmy przygotowani na taką kolej rzeczy. W końcu miało być 30 stopni. Więc pakując się zabrałam same lekkie ciuchy - szarawary, bokserki... I tak dobrze, że zabrałam polar. No nic... Schowaliśmy się na przystanku autobusowym w jakiejś wioseczce przez Koninem i czekamy... Czekamy... Czekamy...Dostajemy głupawki... Czekamy....
W międzyczasie marzniemy. No ale... Czarne chmury się trochę rozeszły i z ulewy zrobiła się ledwie mżawka. Więc łapanie stopa czas zacząć!
I właśnie tutaj zatrzymał się jeden z tych kierowców, których nie da się zapomnieć. Po krótkim wywiadzie skąd jedziemy, dokąd i po co nastała chwila ciszy. Kierowca rozejrzał się po aucie i krzyczy: "No! Mówcie coś! Nie po to was zabrałem żeby tutaj usnąć! Gadać!" No więc każdy z nas uruchamia na swój sposób słowotok. Rozmawiamy o wszystkim. Gościu opowiada nam o swojej żonie, teściach i kończy zdanie tym, że..."Kur....! Przez tych jej rodziców kredyt wziąłem na dom bo z nimi żyć się nie da! Teściowa tutaj Stasiu, Stasiu, cacy, cacy, a za plecami nóż by wbiła! A teściu? Dobry facet, ale tylko jak się ubzdryngoli! A co ja mam żonie z ojca alkoholika zrobić?!" Wszystko oczywiście w formie żartu. Takiego na wpół serio. Ton kierowcy sprawia, że wszyscy płaczemy ze śmiechu.
wtorek, 9 lipca 2013
Wiedeńska przygoda
Przystanek Bratysława. Zaczyna robić się ciemno, a my tradycyjnie nie
mamy żadnego planu co co noclegu, a zdecydowanie przydałoby się go mieć.
Jak również fajnie byłoby się wykąpać bo śmierdzimy niemiłosiernie po
przeprawie przez Słowację gdzie temperatura rozpieszczała nas 39
stopniami i wędrówkami przez całe miasta żeby znaleźć dobre miejsce do
łapania stopa. Zasada jaką odkryliśmy w tym kraju jest taka, że jeżeli
mam pół kilometra do końca miasta, zjazd wielki na tyle, że na spokojnie
trzy ciężarówki jedna za drugą się zmieszczą i każda z nich nie będzie
miała problemu z wyjazdem - to nie ważne. Nie zatrzyma się nic i koniec,
bo jestem w mieście. Pół kilometra dalej, za ostatnimi zabudowywaniami,
na ciągłej linii zatrzyma się pierwszy samochód. Bo za miastem. No i
generalnie jest to dosyć fajne bo problemu jako takiego ze stopem nie
ma, ale zaczyna być upierdliwe kiedy musi się pokonać w ciągu jednego
dnia 8-10 takich miasteczek, które do krótkich nie należą...
Wracając do Bratysławy. Jesteśmy na stacji benzynowej. Podchodzimy do jakiegoś pana, który do złudzenia przypomina Eliah Wood'a - naprawdę do złudzenia. Gościu czyściutki, pachnący, w nowym garniturze i baaardzo drogim samochodzie, a my jak te ostatnie sieroty - ja podejrzewająca u siebie udar słoneczny, z tłustymi włosami, podartymi szarawarami...szkoda gadać. Adaś - niewiele lepiej. No i pytamy czy nie jedzie w kierunku Wiednia i czy możemy liczyć na podwózkę. Nasz Frodo się zgadza no i jedziemy, ale tylko na port lotniczy (jakiej12-15 km od samego miasta). Gościu przeprasza nas za każdego swojego papierosa jakby to była nie wiadomo jaka zbrodnia. Piszę smsa do mojej mamy "Jesteśmy w drodze do Wiedna.", przychodzi odpowiedz: "Dopiero pisałaś, że nie możecie wygrzebać się ze Słowacji, a tu już Austria?? Jestem z was dumna!". Uśmiecham się triumfalnie ;)
Port lotniczy. Rozglądamy się. Adaś zachwyca się wielkością i rozmachem
tego wszystkiego. Fakt. Olbrzymie to. Po chwili jednak rozglądamy się
jeszcze raz i stwierdzamy, że trzeba się pospieszyć i wydostać do miasta
bo tutaj nawet wszystkie pieniądze, które ze sobą mamy nie
wystarczyłyby najprawdopodobniej na nocleg jednej osoby na jedną dobę...
Idziemy więc na wskazaną wcześniej przez Frodo stację benzynową. Rzuca nam się w oczy mały busik osobowy i siwy, miło wyglądający pan obok niego. Podchodzimy więc i pytamy po angielsku czy jedzie w stronę centrum. On odpowiada, że tak, ale nie może nas zabrać bo ten busik to coś na zasadzie taksówki biznesowej i ma szefa cały czas na karku. Rozmawiamy z nim przez chwile po czym gostek pyta po angielsku:
- Jaki jest wasz ojczysty język?
- Polski.
- ...no to mówcie po polsku...
Wracając do Bratysławy. Jesteśmy na stacji benzynowej. Podchodzimy do jakiegoś pana, który do złudzenia przypomina Eliah Wood'a - naprawdę do złudzenia. Gościu czyściutki, pachnący, w nowym garniturze i baaardzo drogim samochodzie, a my jak te ostatnie sieroty - ja podejrzewająca u siebie udar słoneczny, z tłustymi włosami, podartymi szarawarami...szkoda gadać. Adaś - niewiele lepiej. No i pytamy czy nie jedzie w kierunku Wiednia i czy możemy liczyć na podwózkę. Nasz Frodo się zgadza no i jedziemy, ale tylko na port lotniczy (jakiej12-15 km od samego miasta). Gościu przeprasza nas za każdego swojego papierosa jakby to była nie wiadomo jaka zbrodnia. Piszę smsa do mojej mamy "Jesteśmy w drodze do Wiedna.", przychodzi odpowiedz: "Dopiero pisałaś, że nie możecie wygrzebać się ze Słowacji, a tu już Austria?? Jestem z was dumna!". Uśmiecham się triumfalnie ;)
Port lotniczy. Rozglądamy się. Adaś zachwyca się wielkością i rozmachem
tego wszystkiego. Fakt. Olbrzymie to. Po chwili jednak rozglądamy się
jeszcze raz i stwierdzamy, że trzeba się pospieszyć i wydostać do miasta
bo tutaj nawet wszystkie pieniądze, które ze sobą mamy nie
wystarczyłyby najprawdopodobniej na nocleg jednej osoby na jedną dobę...Idziemy więc na wskazaną wcześniej przez Frodo stację benzynową. Rzuca nam się w oczy mały busik osobowy i siwy, miło wyglądający pan obok niego. Podchodzimy więc i pytamy po angielsku czy jedzie w stronę centrum. On odpowiada, że tak, ale nie może nas zabrać bo ten busik to coś na zasadzie taksówki biznesowej i ma szefa cały czas na karku. Rozmawiamy z nim przez chwile po czym gostek pyta po angielsku:
- Jaki jest wasz ojczysty język?
- Polski.
- ...no to mówcie po polsku...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
