Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pasja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pasja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 lipca 2013

Pasja

Spotkałam niedawno koleżankę, po chwili rozmowy poprosiła mnie o to żebym w końcu zrobiła dla niej coś co obiecałam jej jakiś czas temu...niestety - w odpowiedzi usłyszała, że wyjeżdżam z początkiem miesiąca. Jednak okazało się, że nie widzi w tym problemu, a spełnieniem obietnicy zajmę się gdy wrócę... i pojawił się kolejny problem.

- Taa...Tylko możliwym jest, że wracam za rok...
(chwila wymownej ciszy) - Ty jesteś stuknięta!

Naprawdę jestem? Czy robienie tego co naprawdę się kocha jest przejawem bycia stukniętym? Zawsze wydawało mi się, że to właśnie nie spełnienie swoich marzeń i szukanie coraz to kolejnych wymówek może być tego przejawem...

Ok. Nie każdy musi kochać podróże. Ale ludzie bardzo często swoje pragnienia odkładają na drugi plan, a ich miejsce zajmują rzeczy narzucone przez świat, w którym żyjemy. Bo musi być dom, rodzina, kredyt... Zastanawiam się tylko nad tym ile z osób, które tak żyje naprawdę chciało tak właśnie żyć. Oczywiście i w tym niczego złego nie ma. Wręcz przeciwnie. Ale czy serio wszyscy chcemy tego samego?

W trasie jest różnie. Czasami po nieprzespanej nocy kiedy jest się brudnym, śmierdzącym i głodnym, a trzeba pokonać jeszcze tyle kilometrów...słońce praży, nie mamy wody, a otarcia na ramionach od plecaka zaczynają lekko krwawić całkiem poważnie zastanawiam się nad stanem swojego zdrowia psychicznego. No bo kto normalny decyduje się na taki wysiłek podczas urlopu, który z założenia ma służyć do tego by odpocząć? Otóż - człowiek z pasją. Czasem naprawdę nienawidzę tego co robię i z chęcią wyciągnęłabym kopyta na swojej wygodnej wersalce...ALE NIE! Bo chcę tam dojechać, chcę to zobaczyć i chcę osiągnąć swój cel!

Czy się boję? Tak, jak dziecko potwora spod łóżka. Boję się kilku miesięcy w drodze, boję się braku funduszy, boje się temperatur, porażek i świadomości, że nie ma sensu wracać bo jesteśmy zbyt daleko. A ten strach paradoksalnie jeszcze bardziej nakręca mnie do wyprawy. Do poznania nowych kultur, ludzi, miejsc, innego zapachu powietrza... Tak... Bardzo chcę już jechać - a wyjazd za kilka dni.

Zachęcam wszystkich do spełniania swoich marzeń. Nie ma większej satysfakcji niż to kiedy osiągnie się swój cel. Bez względu na to czy jest duży czy mały. Będzie cieszył.




wtorek, 16 lipca 2013

Odliczanie

Cały rok rozgadywania się na temat tego gdzie to my nie pojedziemy powoli zaczyna być przeszłością. Teraz trwają porządne przygotowania do wyjazdu. Zostało coś około dwóch tygodni, większość rzeczy kupiona, trasa w jedną stronę opracowana, pozostało jedynie dograć kilka szczegółów, dokupić parę pierdół i można jechać. Coś co było tylko luźnymi marzeniami teraz nagle staje się rzeczywistością. Zawsze chcieliśmy tam pojechać! Zawsze chcieliśmy postawić nogę w Afryce.

Marrakesz jest najbardziej oddalonym punktem wyprawy. Nie jest wcale celem. Celem jest samo Maroko i posmakowanie zupełnie innej kultury. Mimo, że to państwo jest tak naprawdę najbardziej "europejską częścią Afryki" to jednak Afryki. Coś czego nasze oczy jeszcze nie widziały, język, którego naszym uszom jeszcze nie było dane słyszeć, zapachy i smaki, których nie znamy...

Na jaki czas? A co to jest czas? Na tyle na ile będzie trzeba. To nie żaden wyścig. Chcemy jechać nie jedynie po to by dojechać, a na miejscu przeobrazić się w turystów. Chcemy jechać by widzieć. Nawet gdyby pokonanie tych czterech i pół tysiąca kilometrów (jak podpowiada wujek google) miało nam zająć miesiąc, albo dwa...to co? Wiem, że tą trasę można przejechać w bardzo szybkim tempie, tylko nie rozumiem po co?
Jeśli zejdzie nam rok na włóczenie się po świecie, to zejdzie. Zero ograniczeń czasowych. W końcu nie żałuję się czasu na własną pasję, prawda?

 To nie jest moja ukochana wersja papierowa, ale prawie się z nią pokrywa.
Trasa opracowana jedynie do Gibraltaru, dalej droga będzie malowała się sama ;)

wtorek, 9 lipca 2013

Na początek kilka słów...

"- W piątek nad morze jedziemy.
- Ale jest zimno, po co? Chce Ci się?
- No chce mi się. Na stopa jedziemy ;)
- I co? Tak po prostu?"

No chyba tak...tak po prostu. Pakuje plecak, zerkam na mapę i wychodzę na wylotówkę do miejsca w które chce pojechać. Nie ogranicza mnie nic i chyba w tym wszystkim to kocham najbardziej.

Kiedyś jeden kierowca ciężarówki, który nas podwoził do jakiegoś zadupia w górach słysząc o naszych autostopowych planach i już odbytych podróżach powiedział, że chyba musimy mieć bardzo bogatych rodziców skoro tak jeździmy, a odpowiedzi usłyszał, że jedziemy na kilka dni, a w portfelu mamy 10zł i kilka guzików. Wtedy się uśmiechnął i powiedział: "W takim razie musicie być szaleni...".

Może... Ale nawet jeśli to co z tego, skoro daje mi to tyle frajdy i szczęścia?

Bawią mnie opinie o tym jaki to autostop jest niebezpieczny i jaka jestem nierozsądna podróżując w ten sposób. Właściwie wypowiadam się w złej osobie bo jest nas dwoje. Wszędzie czai się niebezpieczeństwo, a myśląc w ten sposób właściwie nie powinno się wychodzić z domu bo na przykład przebiegając na czerwonym świetle przez ulice może potrącić nas samochód, albo przechodząc obok remontowanego budynku może spaść na głowę cegła... Czasami znajomi pytają nas czy nie boimy się tak wsiadać do auta nieznajomego człowieka... Tak, boimy się. Za każdym razem, ale jeszcze bardziej przeraża nas fakt, że nigdzie nie pojedziemy.

Świat jest piękny, a my po prostu chcemy go zobaczyć... I nie widzimy ku temu przeszkód.
Podczas jazdy jedyne istniejące problemy to to, że trzeba gdzieś się przespać, umyć się i przynajmniej czasami coś zjeść. Nie dotyczą nas problemy dnia codziennego. Nie istnieją do momentu kiedy nie przekręcimy klucza w swoim domu. Oczywiście trzeba o tym myśleć bo bycie lekkoduchem też nie byłoby mądre, ale gdy się jedzie po prostu... nie myśli się o tym. I wiecie co? To jest aż niemożliwie relaksujące ;)

Co do autostopu jeszcze.... Podróż zaczyna się wraz z pierwszym samochodem, który się zatrzyma. Nie w momencie dotarcia do celu. Właściwie zawsze najwięcej mogę powiedzieć o samej jeździe bo po osiągnięciu celu po prostu jest fajnie i tyle. Odpoczywa się, zwiedza... Jak każdy normalny turysta.
A podczas jazdy? O Boziu ile historii można usłyszeć... no i przede wszystkim NAPRAWDĘ można odzyskać wiarę w ludzi. Tyle dobrych i uczynnych osób spotkaliśmy na swojej drodze..ee...drogach, że głowa mała. Tyle osób nam pomogło tak bardzo, że czasami wydawałoby się, że to sen... i wtedy ja doszłam do wniosku, że nasz Anioł Stróż musi brać potężne nadgodziny...

I to uczucie, że tak naprawdę jesteśmy skazani tylko i wyłącznie na siebie. Po prostu nawet w sytuacjach, które pozornie wydawałyby się bez wyjścia musimy sobie poradzić bo nikt nam nie pomoże. Oczywiście nie biorąc pod uwagę kierowców, którzy cały czas nam pomagają.

I kultowe słowa:
"-No i co teraz?
-Nie wiem... Jakoś to będzie.
-Musimy sobie poradzić, innej opcji nie ma."

Docenia się czasami nawet rzeczy, które na pozór wydawałyby się przekleństwem. Prażące słońce jest doskonałą suszarką do ubrań, ulewa to szansa na to, że kolejny dzień będzie chłodniejszy... Skrajny głód sprawi, że bułka i pasztet będzie smakowało jak jedzenie z najdroższej knajpy w mieście, a schronisko, w którym karaluchy biegają po podłodze będzie Ci pięciogwiazdkowym hotelem gdy padasz ze zmęczenia ;)