Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stop. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 kwietnia 2014

Tutaj nie ma boga

Kolejnego dnia z postanowieniem dotarcia do Marrakeszu opuściliśmy hotel. Przed wyjściem na wylotówkę wstąpiliśmy jeszcze na poranną kawę do jednej z knajp. Zamówienie jednak okazało się bardzo skomplikowane i praktycznie niemożliwe do zrealizowania. Sprzedawca był gotowy przygotować nam każdą kawę z wyjątkiem dużej czarnej. Starając się zachować spokój i powstrzymując się od krzyku przeszliśmy do planu "B" - zaczęliśmy rysować. Cud się stał i facet w końcu zrozumiał o co nam chodzi. Usiedliśmy więc na rozklekotanych krzesłach przy rozklekotanym stoliku i zadowoleni z siebie czekaliśmy na naszą kawę. Radość jednak była przedwczesna. Dostaliśmy kawę z mlekiem. Małą. 

Tak więc poranek upłynął nam w atmosferze niezwykle nerwowej. Może nawet któreś z nas wyobraziło sobie spadającą na Maroko bombę z wieprzowiny i lekko się przy tym uśmiechnęło...ale tego nie pamiętam ;)

Tak więc... wypiliśmy kawę, zapłaciliśmy i ruszyliśmy dalej - w głąb "Kraju Absurdu"....

Stanęliśmy na wylocie w stronę Marrakeszu. Zaczęliśmy łapać stopa. Jednak jak zawsze co chwile zatrzymywały się dla nas taksówki,  które dowodziły temu, że 5-osobowe samochody bez problemu są w stanie pomieścić nawet 10 osób. 

niedziela, 23 marca 2014

Settat

Aby łapać stopa w Maroko czasami należy ustawić się w kolejce. Mało tego. Nie dlatego, że jakiś jeden bądź dwóch autostopowiczów przed Tobą, podobnie jak Ty, uznało to miejsce za odpowiednie do łapania stopa, ale dlatego, że uczyniło to od dziesięciu do dwudziestu grupek osób. Zajmujemy swoje miejsce i wyciągamy kciuk. Ta czynność powoduje spore zamieszanie wśród innych autostopowiczów. Nie zupełnie zdają się wiedzieć po co to robimy. Oni jedynie stoją, opierają się o latarnie i ewentualnie mają założone o siebie ręce. Trzy kobiety przed nami ubrane w kolorowe stroje zasłaniające je od stóp do głów przez chwilę nas obserwują, a następnie zaczynają nas naśladować. Ich niepewnie wystawione ręce i kciuki wyglądają przekomicznie. Cóż... Po kilku minutach łapią stopa. Dzięki nam dziewczyny przeżyły swój pierwszy raz - jeśli chodzi o łapanie stopa "na kciuka" - oczywiście.

czwartek, 20 marca 2014

"Ludzie tutaj mają świra..."

Poszukiwania hotelu w tym mieście trwały bardzo długo. Kilka razy słyszymy, że nie pozwolą nam spać w jednym pokoju (o jednym łóżku nie wspominając) co winduje cenę mocno do góry. Z ludzkich oczu litrami wypływa chciwość. Sądzą oni, że i tak wrócimy - bo gdzieś spać musimy. Idąc dalej wąskimi uliczkami mediny natrafiamy na wyjątkowo obskurny jej kawałek. W owym zaułku na jednej z paskudnych kamienic widnieje napis hotel. Drzwi do potencjalnej noclegowni są w połowie zawalone gratami i częściowo spalone. Tynk ze ścian odpada, a instalacja, a raczej jej szczątki grożą śmiercią dyndając z budynku. O dziwo - hotel jest czynny. Wchodząc do środka przekonani byliśmy o tym, że cena w takim miejscu nie może być wysoka. Z resztą - niska cena zrobiłaby z tej rudery pięciogwiazdkowy hotel. No cóż... Mylić się jest rzeczą ludzką.

Wnętrze hotelu czy raczej - "hotelu" - straszyło tylko odrobinę mniej niż jego zewnętrzny wygląd. Meble nawet nie starały się udawać kompletów, prąd był, ale nie wszędzie - na cały budynek przypadały trzy czynne kontakty i tylko w dwóch pokojach światło działało. Ze ścian odchodziła farba, a chodząc po schodach zalecanym było modlić się o to aby wytrzymały. Bieżąca woda jest, ale zimna. Nie pytamy jeszcze o cenę. Właściciel prowadzi nas do pokoju, który chce nam wynająć. Jest na samej górze (modlitwa na schodach trwa więc ładny kawałek czasu) a pokój jak się okazuję mamy dzielić z kimś jeszcze. Trochę się wtedy wystraszyłam bo nasz potencjalny współlokator sprawiał wrażenie takiego co to go dopiero z mamra wypuścili... Pościel? Śmierdzi, że strach podejść. Pewnie nigdy nie była prana. Wszystko ok. Wytrzymamy wszystko - Zimną wodę, dziwnego współlokatora, smród, brak prądu... Oby cena była niska.

sobota, 22 lutego 2014

Casablanca! #1

Czas spojrzeć prawdzie w oczy i szczerze przyznać się do tego, że ciężko jest opisywać wydarzenia, które już miały miejsce. Jak dotąd opisywanie drogi aż do samego Rabatu szło jak po maśle. Jeśli ja czegoś nie pamiętałam, pamiętał to Adaś. I odwrotnie. Kiedyś uważałam, że podróż powinno opisywać się po czasie aby bardziej skupić się na faktach i ciekawych sytuacjach, relacjach ludzi i nie wciskać gdzie się da monologów na temat obolałych stóp, kręgosłupów, poobcieranych do krwi ramion i całej reszty nieprzyjemności, które niesie ze sobą wysiłek fizyczny. Moje zdanie uległo drobnej zmianie. Nadal twierdzę, że wywody o zmęczeniu i jego następstwach są nużące i zbędne (w dużej ilości), ale pluje sobie ile sił w brodę, że nie posiadam notatek z trasy! Nie robiłam ich nie z lenistwa, a ze zmęczenia właśnie. Wydawały mi się one nie potrzebne. Łudziłam się, że będę pamiętała wszystko co ewentualnie zapisać mogłabym na stronach jakiegoś zeszytu. Nie zrobiłam tego - a dziś żałuje. 

Tak więc Drodzy Czytelnicy - proszę Was o wybaczenie, ale moja pamięć urywa się wraz z wynajęciem pokoju w Rabacie i wraca do życia podczas gdy z niego wyjeżdżamy na przyczepie rozklekotanego samochodu. Przyczepa z resztą też była rozklekotana. Tak więc dzisiejszy wpis obejmować będzie drogę do największego miasta w Maroko - Casablanki. Bez obaw. Tego fragmentu wędrówki mój umysł nie zapomniał. 

A więc było to tak...

niedziela, 9 lutego 2014

Maroko inaczej

Po zjedzeniu wspomnianego śniadania grzecznie podziękowaliśmy i pożegnaliśmy się. Od początku jazda autostopem po Maroko była pod wielkim znakiem zapytania. Mimo tego, że kraj ten jest mocno turystyczny i raczej nie słyszy się o żadnych tragediach związanych z podróżującymi po nim ludźmi nie chcieliśmy ryzykować do momentu gdy sami nie poczujemy się pewnie. Tak więc poszliśmy w kierunku stacji kolejowej sugerując się tym, że podobno ceny pociągów w tym państwie są śmiesznie niskie. 

Stacja znajdowała się na obrzeżach miasteczka, dwa może trzy kilometry od centrum - czyli mediny - skąd szliśmy. Ta niespełna godzina marszu dała nam do zrozumienia, że kraj ten zaskoczy nas bardziej niż się tego spodziewaliśmy. Zdawaliśmy sobie sprawę, że piękne Maroko z przewodników turystycznych jest przekoloryzowane ze względu właśnie na zwiedzających. Wiedzieliśmy, że kraj nie należy do bogatych i że na pewno trafimy na biedniejsze dzielnice. Jednak nie sądziliśmy, że w miejscu leżącym tak blisko Europy i często przez Europejczyków odwiedzanym może panować tak bezgraniczny syf i smród. Plastik, który miejscami zastępował kostkę brukową, butelki po coca-coli i innych napojach z jej kampanii leżały dosłownie wszędzie. Papierki po batonach i szklane butelki nie chcąc być
gorsze oblepiały wybrzeże oceanu często kradnąc miejsce trawie. Woda w oceanie? Hah. Nie dawno ktoś mnie zapytał dlaczego nie chcieliśmy popluskać się w wielkiej wodzie od strony Afryki. Zaliczając taką możliwość do niezwykle egzotycznych (nie cierpię tego głupiego słowa) i niesamowitych przeżyć. Odpowiedź jest prosta. Bo jest tragicznie brudna. Tony śmieci z brzegu zabiera ze sobą woda. Kąpiel z opakowaniami po napojach gazowanych jeszcze bym przetrwała, ale ze zdechłymi rybami i resztami mięsa z obiadu naprawdę nie chciałabym mieć do czynienia. Nie wynika to z mojego pedantyzmu. Po prostu uważam, że łatwiej byłoby mi się doszorować po miesiącu BEZ wody niźli po minucie w TEJ wodzie.

czwartek, 23 stycznia 2014

Hiszpańskie piekło

Jak we wcześniejszym wpisie wspomniałam, chcieliśmy jak najszybciej wydostać się z Portugalii. Była pełną ciekawych historii, niezwykłych postaci i krajobrazów, jednak nie czuliśmy się komfortowo w tym państwie. Tak więc zaraz po opuszczeniu ganja-samochodu zaczęliśmy łapać dalej. Długie godziny spędziliśmy w pełnym i upalnym słońcu. Chwilami miałam wrażenie, że tego dnia prędzej ugotuje mi się mózg niż coś się zatrzyma. Spieczeni, zirytowani i zmęczeni wypatrzyliśmy w oddali ALDIego. Pragnęliśmy się napić zimnego piwa. Im zimniejsze tym lepsze. Byle by się odrobinę rozluźnić i ochłodzić. A że owy supermarket był siecią niemiecką mieliśmy nadzieję na normalne piwo w półlitrowej butelce. 

Mogłabym spędzić godziny opisując cud klimatyzacji panujący wewnątrz sklepu. Chłód ten był dla nas niczym kawałek raju na ziemi. Minęliśmy w środku młodą blondynkę, bardzo ładną - a na ogół uroda portugalskich dziewczyn nas nie zachwycała. Wyraziłam ten pogląd, a Adaś z równym mojemu zdziwieniem go potwierdził. 

Rozerwaliśmy sześciopak półlitrowego piwa i niosąc wspaniałe dwa zimne okazy ruszyliśmy do kasy. Ale tam czekało nas ogromne rozczarowanie. Można było je kupić TYLKO w sześciopaku - a aż tak to się rozluźniać nie chcieliśmy. Ze smutkiem odłożyliśmy butelki i zaczęliśmy przebierać w piwach w puszkach jak od coca-coli - 0,33l. Adaś na sekundę odszedł, a ja krzyknęłam do niego, że znalazłam jakieś chyba jasne piwo za ileś tam centów. I wtedy za swoimi plecami, a za raczej ogromnym plecakiem usłyszałam:

- Pomóc wam jakoś czy coś? Może podwózki potrzebujecie?

Zdębiałam. Choć nie wiem dlaczego, wszak nie był to pierwszy Polak, którego spotkaliśmy po drodze. Rozpoczęłam rozmowę, zaraz potem podszedł Adaś i...
...wcześniej opisana ładna Portugalka, która okazała się być Polką. 

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Jazda bez trzymanki

Z Aną i Rafaelem dojeżdżamy w okolice Grandoli. Zaczyna robić się już szarawo więc najwyższy czas na poszukiwanie miejsca do spania. Ana wspominała, że w pobliżu miasta Sines jest zarówno wiele pól namiotowych jak i miejsc gdzie możemy rozbić się na dziko. To niedaleko, nie zupełnie po naszej trasie, ale co tam! Przecież mamy czas! Wyciągamy więc kciuki i staramy się złapać stopa. Niedługo potem zatrzymuje się samochód. Gość chciał jedynie zapytać o numer drogi, ale w efekcie końcowym nas zabrał. Dziewczyna, która mu towarzyszyła nie wydawała się być zadowolona z naszej obecności. Zapytano nas skąd jesteśmy, a gdy już odpowiedzieliśmy, że z Polski nasz kierowca powiedział:

- Dwie kawy i dwa piwa! Hotel dwie osoby! - PO POLSKU!

czwartek, 16 stycznia 2014

Płonąca Portugalia

Jose uparł się, że odda nam swoje łóżko, a sam prześpi się na podłodze na karimacie. Protestowaliśmy, ale był nieugięty. Miał kilka przedmiotów w swoim pokoju, które sprawiły, że od tamtej pory mawiamy "Polak i Portugalczyk potrafi". Mianowicie: stolik ze starej opony i kawałka szyby, który znalazł na wysypisku, zniszczony obraz, który sam odrestaurował i kilka innych rzeczy, które zrobił sam z niczego. Co najciekawsze były świetne! 

Rano zostajemy zaproszeni na śniadanie. Nasz przyjaciel nie ma kuchenki ani czajnika elektrycznego więc wodę na kawę gotujemy w mikrofalówce. Ja chwytam jedno jabłko - zazwyczaj za nimi nie przepadam, ale wtedy miałam niepohamowaną ochotę. I oboje chcemy tylko kawę. Nic więcej nie trzeba nam do szczęścia. Jose natomiast przygotowuje sobie śniadanie, a my ze szczerym zadziwieniem obserwujemy jak wsypuje kawę rozpuszczalną do gorącego mleka, dodaje czekoladę, musli i tonę płatków śniadaniowych, a następnie rozpoczyna ucztę. 

Deklaruje się, że wywiezie nas za miasto choć już jest spóźniony do pracy. I tak też robi. Lądujemy na sporym zjeździe tuż przed bardzo długim mostem. Żegnamy się, my zapraszamy go do Polski, on mówi, że jesteśmy zawsze mile widziani w Porto i Santarem. Ściskamy się i życzymy sobie szczęścia.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Podróż pełna wrażeń

- Zawsze chciałem podróżować, a autostop wydawał mi się jedną z najfajniejszych tego form. Jednak mi
osobiście brakuje do tego zarówno odwagi jak i osoby, z którą mógłbym to robić. Dlatego właśnie się dla was zatrzymałem - bo wy macie i jedno i drugie. - powiedział Jose.

Potem kontynuował o tym, że właśnie wraca do domu po własnej podróży. Przejechał dookoła prawie całą Portugalię świętując w ten sposób swoje świeżo zrobione prawo jazdy. W trasie spędził niecałe trzy tygodnie, potem kilka dni był w domu rodzinnym w Porto, a teraz jechał do Santarem gdzie pracuje. Jose jest psychoterapeutą i fizjoterapeutą, zajmuje się pomaganiem ludziom po wypadkach. Raczej nie z pogoni za pieniądzem, a ze zwykłego powołania. Początkowo mamy razem przejechać kilkadziesiąt kilometrów i wysiąść w Coimbra - akademickiej stolicy Portugalii, jednak gdy okazuję się, że nasz kierowca jedzie o wiele dalej decydujemy się jechać z nim - choć nie zupełnie zgodnie ze swoimi wcześniejszymi założeniami.
Jose nie należy do osób, które lubią milczeć. No cóż... skoro już nas ze sobą zabrał to chciał z nam mieć jakiś drobny pożytek. Adaś ze względu na swój bardzo dobry angielski zmuszony był nie tylko prowadzić konwersacje, ale i w wielu momentach musiał tłumaczyć mi rozmowę - jako, że moja angielszczyzna pozostawia wiele do życzenia. Tak więc najpierw odpowiedzieliśmy na stos pytań dotyczących naszej podróży, a potem rozmowy dotyczyły już prawie wszystkiego, a i droga okazała się być troszeczkę dłuższa...
A było to tak...

sobota, 28 grudnia 2013

Portugalskie opowieści

W Rates zregenerowaliśmy siły i po dwóch dniach odpoczynku na portugalskiej wsi ruszyliśmy przed siebie. Co najważniejsze - bogatsi o mapę, którą dostaliśmy od właścicielki schroniska. Kierowaliśmy się w stronę Porto, ale żadną konkretną trasą. Tego dnia nastał czas w naszej podróży gdy zaczęliśmy spotykać prawdziwie dziwnych ludzi, dostawać dziwne rady i propozycje, a i jedno z naszych marzeń się spełniło...
A było to tak...



Zaczęło się od mężczyzny, który nas podwoził i z niewiadomych przyczyn zaprosił na kawę. To była pracująca niedziela w Portugalii, a kawa ta nie miała żadnego związku z kawiarnią. Zostaliśmy wprowadzeni wejściem pracowniczym do wielkiego sklepu meblowego, usadzeni w fotelach jak wielcy panowie i kolejno przedstawiani całemu personelowi. Szef wybitnie się nami zainteresował i przez kolejną godzinę prowadził z nami konwersację na temat podróży. Dostaliśmy obiecaną kawę - tycie espresso. Ale jeszcze nic nigdy nie dało nam takiego kopa. Kawa była tak skondensowana, że zadziałała jak dziesięć kaw wypitych jedna po drugiej. 

Potem wszyscy uparli się aby odwieźć nas na wylotówkę. Mimo, że odległość ta nie była większa od pół kilometra. Jednak odmówienie czegoś Portugalczykom jest podobnie trudne jak odmówienie swojej babci jedzenia, a może nawet jest niemożliwe? Dostaliśmy też dwie butelki wody mineralnej.

środa, 25 grudnia 2013

Nieporozumienia i wypadki

Sangria to jeden z najbardziej popularnych hiszpańskich trunków, ale bezproblemowo można dostać ją
również w Portugalii. Bazą tego napoju jest czerwone wino i owoce cytrusowe - największym zainteresowaniem cieszą się pomarańcze. Oczywiście nie jest ona ograniczona swoim hiszpańskim pochodzeniem i występuje w wielu różnych wersjach na całym świecie. Często rozcieńczona wodą lub wzbogacona innym mocniejszym alkoholem.

Wielu zachwycało się Sangrią, wielu ją polecało nazywając ją "świetnie orzeźwiającą".

...ale my mamy inne zdanie.

Ten sikacz był jedną z pierwszych rzeczy jakie kupiliśmy w Portugalii. Wiem, że nasze zdanie może wynikać z tego, że cena tego produktu nie przekraczała jednego euro, ale nasz polski "Komandos" przy tym to byłby nektar bogów, a cena chyba podobna. Szczęścia w tym wszystkim tyle, że gdy ją kupiliśmy uparłam się na nachos bo inaczej wcale nie udałoby się jej przełknąć. Chyba, że... jest się Polakiem i nie potrafi się wyrzucić niczego za co się zapłaciło. 

środa, 11 grudnia 2013

Wieża Herkulesa i Cabo Finisterre

Wstaliśmy i nadszedł czas na pytanie "I co dalej?". Odpowiedź była nie całe 5 metrów od nas. Otóż najpierw Miriam przybiegła do nas z samego rana częstując nas croissantami, a potem my pobiegliśmy do nich pytając gdzie zamierzają jechać dalej. Okazało się, że kolejnym punktem w podróży naszych wybawców jest...Wieża Herkulesa w A Coruna! I w dodatku nie mają oni nic przeciwko abyśmy pojechali tam z nimi. Uprzedzają nas jedynie o tym, że omijają autostrady i będą jechać małymi i dziurawymi drogami, które mogą opóźnić czas dotarcia na miejsce. I uwierzyć nie mogą w to, że nas to nie martwi, a cieszy - w końcu omijamy duże drogi, które jako główną atrakcje serwują nam beton. 

wtorek, 10 grudnia 2013

Pech i szczęście w Hiszpanii

Obudziliśmy i przyszedł czas na to aby w końcu zorientować się gdzie my tak właściwie jesteśmy. Zapytaliśmy więc o nazwę miejscowości i dowiedzieliśmy się, że jesteśmy w Ribadeo.Większości ludzi, którzy byli w tym miejscu wieczorem poprzedniego dnia już nie było, a to dlatego, że pozwoliliśmy sobie spać nieprzyzwoicie długo i wstaliśmy aż o godzinie ósmej. Chcieliśmy dotrzeć do La Corunii, najlepiej jeszcze tego samego dnia i wcale nie wydawało nam się to trudne bo mieliśmy do pokonania niewiele ponad 150 km. Cel wydawał nam się niezwykle interesujący ponieważ w tym mieście znajduje się jedna z rzeczy wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, a mianowicie - Wieża Herkulesa. Jest to jedyna zachowana latarnia morska, która została wybudowana przez Rzymian i w dodatku mimo swojego wieku ciągle jest w użytku! Jedna z legend, które jej dotyczą mówi o tym, że to właśnie do miejsca, w którym stoi przybył Herkules po pokonaniu króla Tartessos - Geriona aby złożyć jego szczątki i wydał rozkaz wybudowania w tym miejscu wieży. Wieża Herkulesa mierzy sobie bez mała 70 metrów oraz została wzniesiona w II wieku więc jest czymś niesamowicie starym i wartym zobaczenia, a więc postanowiliśmy zatrzymać się tam choćby na chwile.

środa, 4 grudnia 2013

Kierunek? Galicia!

Panie i panowie! Mamy zaszczyt pochwalić się wynalezioną przez nas, najnowocześniejszą i niezawodną suszarką do ubrań. Projekt jak dotąd jest prowizoryczny, ale jego geniusz przekracza najśmielsze
oczekiwania konsumenta. A jak wszystkim Polakom powszechnie wiadomo - prowizorki trzymają się najdłużej. Przedstawiamy zatem najnowszy cud techniki!

Złożona z dwóch przydrożnych barierek, pokryta niesamowicie ogromną warstwą kurzu, w którego skład wchodzą rzeczy, o których pewnie nie chciałbyś nawet słuchać, ale to nie wszystko! Pod barierkami jest miejsce do wypoczynku, wystarczy znaleźć sobie kawałek ziemi, który nie grozi tym, że zaraz jakiś samochód zamieni Twoje nogi w przejście dla pieszych! Taką suszarkę może mieć każdy! W dodatku za darmo! Jest prosta w obsłudze i... I chyba powinnam zostać prezenterką w TeleZakupach.

W każdym razie było to tak...

wtorek, 3 grudnia 2013

"Hiszpańskie pierogi" czyli tortilla

Choć na początku środek pustkowia w pobliżu Zumai nie przypadł nam do gustu (ze względu na zimno, porywisty wiatr i wszystko to co rozczarowało nas w Hiszpanii) po wyspaniu się i wyjściu z namiotu to co zobaczyliśmy wprawiło nas w totalny zachwyt. W przeciwieństwie do do poprzedniego dnia niebo miało
piękny szaro-niebieski kolor, wiatr ustał, a dookoła siebie mieliśmy tylko przyrodę. Mnóstwo zwierząt hodowlanych, gór, pól... Od czasu do czasu pojawiali się rowerzyści albo wędrowcy. Poza tym nie było nikogo. 
W planach mieliśmy opuszczenie tego miejsca zaraz po świcie, ale po obudzeniu się poważnie zaczęliśmy się zastanawiać nad zabawieniem tu jeszcze jednej nocy. Jednogłośnie zadecydowaliśmy, że tak właśnie zrobimy, ale tak czy owak musimy spakować co nasze i zejść do miasta po jedzenie, wodę... 
Zaczęliśmy się więc pakować i w momencie kiedy zwijałam karimaty podjechał samochód i wysiadła kobieta wyglądająca jak ktoś z ochrony. Nieudolnie próbowała się z nami dogadać na temat tego co my tu robimy i dlaczego i starając się wyjaśnić nam, że w Hiszpanii na dziko rozbijać się nie wolno. Graliśmy głupa oczywiście i udawaliśmy, że nie mamy pojęcia o czym mówi. 
Kobieta w końcu rozłożyła ręce i powiedziała:

- Tienda (rękoma nakreśla trójkątny kształt namiotu) Dia no! Noche OK!

I tak oto dowiedzieliśmy się, że Hiszpanie problemów za rozbijanie namiotu w nieprzeznaczonych do tego miejscach nie robią jeśli to jest noc. Możesz się rozbić byle przed wschodem słońca swój obóz zwinąć. 

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Kraj Basków

Obraliśmy kierunek upragnionej Hiszpanii, zapominając przy tym o istnieniu Kraju Basków. Z naszej dotychczasowej wiedzy wynikało jednoznacznie, że jest to odrębna część Hiszpanii. Na chłopski rozum coś jak niezależne województwo. W przypadku Hiszpanii trzy prowincje połączone w jedno, posiadające swój odrębny język jednak podlegające pod prawo hiszpańskie. "Kraj" położony w północnej Hiszpanii dokładnie nad Zatoką Biskajską. I właściwie to wszystko co wiedzieliśmy. Uznaliśmy, że to coś jak nasze Kaszuby. Ku naszemu zdziwieniu o Basque usłyszeliśmy jeszcze we Francji. Co prawda większość terytorium tego specyficznego kraju leży na terenie Hiszpanii, ale fragment jest we Francji. Ludzie, którzy nam o tym opowiadali uznali, że pomiędzy granicą francuską, a hiszpańską w miejscu gdzie chcemy ją przekroczyć czyli dokładnie tak jak leży Irun granica jako taka wcale nie istnieje bo zarówno część po stronie jednego kraju jak i drugiego jest tak zwanym Basque Country więc jest czymś wspólnym. Albo jeszcze inaczej. Ten fragment nie jest ani hiszpański ani francuski. To po prostu Basque. Nie ma to nic wspólnego z prawem, jednak ludzie mieszkający tam są o tym przekonani bardziej niż o tym, że niebo jest niebieskie.

niedziela, 1 grudnia 2013

"Cudotwórca" z Ameryki

Po nieszczęsnej historii z namiotem, a raczej jego brakiem zrezygnowaliśmy, przynajmniej na jakiś czas, z nocowania na plażach i tym podobnych. Dobry los chciał, że kilka dni naszej podróży ciągle ze sobą łączyło łaskawą drogę (niewielkie problemy z transportem), plaże co równało się możliwości wzięcia prysznica i kilka jezior dookoła co gwarantowało nam bezpieczny i suchy nocleg. Włóczyliśmy się więc od małego nadbrzeżnego miasteczka do jeszcze mniejszego po kilkanaście kilometrów dziennie bez większego powodu i celu. Opisywanie spania nad jeziorami czy kilku prób kąpieli w oceanie uważam za zbędne, wspomnę jedynie, że tego drugiego nie bardzo polecam bo grozi to porządnym zmarznięciem i co gorsza, byciem zmiecionym przez fale, a zarycie zębami o brzeg nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy na świecie. Choć było zabawne. Co do miasteczek ciągnących się wzdłuż wybrzeża... Ogólnie rzecz biorąc w 8 na 10 przypadków są to oazy turystyczne pełne drogich hoteli, eleganckich restauracji czy sklepów z całymi tonami pierdół. Ale temu akurat nie ma się co dziwić - przecież to samo zjawisko możemy obserwować nad naszym polskim morzem, gdzie tylko brak sezonu orzeźwia to miejsce, ale to jedynie nasze zdanie. Jeśli jesteś osobą, której zależy na wypoczynku w ładnym miejscu, na strzeżonej i zadbanej plaży popijając drinki oraz masz oczywiście naprawdę gruby portfel to wybrzeże Francji jest dla ciebie idealne. Jednak to zdecydowanie nie była nasza bajka. I właściwie nie było by kompletnie o czym pisać gdyby na drodze nie stanął nam Steve. A było to tak...

czwartek, 14 listopada 2013

Namiot nie gryzie

Noc spędzona na plaży z widokiem na ocean, bezchmurne niebo, na którym przepięknie widać gwiazdy, zero szumu aut i ani jednego człowieka w pobliżu... Brzmi pięknie, prawda? Więc co w tym takiego groźnego co mogłoby sprawić, że człowiekowi odechciewa się nawet oddychać?

Cóż...

Po nacieszeniu się widokiem oceanu, przyszedł czas na dalszą jazdę. Zerknęliśmy na mapę i obraliśmy cel na tamten dzień - Gujan-Mestras. Planowaliśmy spać na plaży dlatego okolice tego miejsca wydawały się nam idealnym pomysłem. W Royan zabrała nas para jadąca do centrum Bordeaux. Kierunek idealny jednak słowo "centrum" zdecydowanie nas odstraszało. Kolejnym cudownym rozwiązaniem dla tej sytuacji było wysiąść kilka kilometrów przed miastem i po prostu je objechać, ale tu urodził się kolejny problem - przecież nie możemy wysiąść kilka kilometrów przed miastem na autostradzie. Poza tym nie cierpimy autostrad! No ale cóż... zanim dopracowaliśmy cały plan pod tytułem "Gdzie wysiąść aby znów nie władować się w jakąś czarną dziurę" Adaś zasnął... I zostawił mnie ledwie dukającą po angielsku. Mieliśmy tyle szczęścia, że po drodze była stacja benzynowa, sporo przed samym Bordeaux, ale dzięki niej nie wjechaliśmy do miasta ani nie zostaliśmy na środku autostrady skazani na godziny stania i czekania na cud albo mandat. Wysiedliśmy, zapaliliśmy i musieliśmy poczekać dłuższą chwilę na to, że Adaś obudzi się w pełni. Po owej chwili ruszyliśmy pytać ludzi czy ktoś nie jedzie w tym samym kierunku co my. Zapytaliśmy kilka osób, z których nikt nie jechał dalej niż do Bordeaux, lekko zmartwieni podeszliśmy do kolejnego mężczyzny i...

wtorek, 5 listopada 2013

Artystka z La Rochelle

Gdy Brigitte zaproponowała nocleg u siebie długo nie musiała czekać na odpowiedź. Jednogłośnie zadecydowaliśmy z Adasiem, że jest to bardzo dobry pomysł. Choć przyznajemy się bez bicia, że pomimo wielkiej wdzięczności i zaskoczenia ową propozycją mieliśmy w sobie odrobinę mieszanych uczuć. Nigdy wcześniej nie byliśmy w podobnej sytuacji, a wydawała nam się ona o tyle dziwna, że naprawdę prawie nie rozmawialiśmy z powodu bariery językowej - jak wcześniej wspomniałam, Brigitte nie mówiła po angielsku, a więc ani ona nas, ani my jej nie zdążyliśmy "poznać". Mimo wszystko pełni nadziei, że wszystko dobrze zrozumieliśmy przekroczyliśmy próg jej mieszkania. I było ono jednym z najdziwniejszych jakie w życiu widzieliśmy. W oczy od razu rzuciły się drobne rękodzieła zawieszone na ścianach, klamkach, zasłonach... Wszystko pełne barw nie pasujących do siebie ani trochę, ale jednocześnie tworzących jedną idealną całość. Nie dało się też nie zauważyć licznych rzeźb (mniejszych lub większych) przedstawiających wszystko od ludzi i zwierząt po ciężkie do zidentyfikowania kształty. Brigitte kazała nam zostawić plecaki na przedpokoju i zaprosiła na taras. I wtedy główne skrzypce zagrał Wujek Google. Okazał się on być niezbędny do dogadania się w związku z czymkolwiek. Nasza wybawczyni w końcu zrozumiała co my w ogóle robimy i dlaczego, a my dlaczego postanowiła nam pomóc. Myśleliśmy, że jej gościnność już osiągnęła szczyt, ale pomyliliśmy się. Adaś został uraczony swoim "korytem" z kawą, ja zadowoliłam się gorącą herbatą, która została zaparzona z ziół, które nasza gospodyni sama wyhodowała. Potem zostaliśmy zapytani o to czy jesteśmy głodni, ale zanim zdążyliśmy odpowiedzieć przed nami już stały talerze z sałatką a'la grecką - oczywiście wszystkie składniki były z ogródka i dojrzały na słońcu, ser był ekologiczny i tak dalej. I musimy przyznać, że było to przepyszne. I w tym momencie znów pomyśleliśmy, że gościnność osiągnęła szczyt szczytów i znów się pomyliliśmy. Nie dość, że nie pozwolono nam nawet pozmywać po sobie to jeszcze na stół przywędrowała kolejna potrawa. Była równie dobra jak poprzednia, ale zabijcie mnie - nie mam pojęcia co to było.

niedziela, 3 listopada 2013

Czary - Mary, Hokus - Pokus

Jeszcze w Paryżu Adaś wymyślił sobie, że chce znaleźć 500euro. Oczywiście całe gadanie związane z owym życzeniem było kompletnie w otoczce żartu aczkolwiek nikt by się nie obraził gdyby się ziściło. Więc Adaś nawijał bez końca o swoich pięciuset euro, a ja powtarzałam, że w cuda wierzę, ale nie w aż takie i że najmniejszych szans na to nawet nie ma. Ale Adaś nie rezygnował i uporczywie odkurzał chodniki wzrokiem.

Po kilkugodzinnym spacerze po Paryżu zaczęliśmy się kierować na Gare de Lyon w okolicy, którego okupowaliśmy mieszkanie Severine, ale że byliśmy zmęczeni całodniowym chodzeniem postanowiliśmy wsiąść w metro. Po wyminięciu bramek (no bo kogo stać na paryskie bilety?) i złapaniu odpowiedniego usiedliśmy tuż przy drzwiach żeby w wypadku ewentualnej kontroli szybko się ewakuować unikając tym samym wszelkich konsekwencji związanych z jazdą bez biletu. Przejeżdżamy kilka przystanków i Adaś podrywa się raptownie z siedzenia i wyskakuje z metra, patrze więc na niego jakby zwariował i nie do końca rozumiem o co mu chodzi kiedy wbiega do niego z powrotem po niecałej sekundzie i siada na siedzeniu obok mnie. Pytam więc spokojnie o to co się stało i ....

- Znalazłem 15euro... 
- Jak znalazłeś 15euro?
- No jak to jak? Po ludzku.

No to co prawda nie 500, ale...

Ale to było jeszcze w Paryżu...