Jose uparł się, że odda nam swoje łóżko, a sam prześpi się na podłodze na karimacie. Protestowaliśmy, ale był nieugięty. Miał kilka przedmiotów w swoim pokoju, które sprawiły, że od tamtej pory mawiamy "Polak i Portugalczyk potrafi". Mianowicie: stolik ze starej opony i kawałka szyby, który znalazł na wysypisku, zniszczony obraz, który sam odrestaurował i kilka innych rzeczy, które zrobił sam z niczego. Co najciekawsze były świetne!
Rano zostajemy zaproszeni na śniadanie. Nasz przyjaciel nie ma kuchenki ani czajnika elektrycznego więc wodę na kawę gotujemy w mikrofalówce. Ja chwytam jedno jabłko - zazwyczaj za nimi nie przepadam, ale wtedy miałam niepohamowaną ochotę. I oboje chcemy tylko kawę. Nic więcej nie trzeba nam do szczęścia. Jose natomiast przygotowuje sobie śniadanie, a my ze szczerym zadziwieniem obserwujemy jak wsypuje kawę rozpuszczalną do gorącego mleka, dodaje czekoladę, musli i tonę płatków śniadaniowych, a następnie rozpoczyna ucztę.
Deklaruje się, że wywiezie nas za miasto choć już jest spóźniony do pracy. I tak też robi. Lądujemy na sporym zjeździe tuż przed bardzo długim mostem. Żegnamy się, my zapraszamy go do Polski, on mówi, że jesteśmy zawsze mile widziani w Porto i Santarem. Ściskamy się i życzymy sobie szczęścia.