Przystanek Bratysława. Zaczyna robić się ciemno, a my tradycyjnie nie
mamy żadnego planu co co noclegu, a zdecydowanie przydałoby się go mieć.
Jak również fajnie byłoby się wykąpać bo śmierdzimy niemiłosiernie po
przeprawie przez Słowację gdzie temperatura rozpieszczała nas 39
stopniami i wędrówkami przez całe miasta żeby znaleźć dobre miejsce do
łapania stopa. Zasada jaką odkryliśmy w tym kraju jest taka, że jeżeli
mam pół kilometra do końca miasta, zjazd wielki na tyle, że na spokojnie
trzy ciężarówki jedna za drugą się zmieszczą i każda z nich nie będzie
miała problemu z wyjazdem - to nie ważne. Nie zatrzyma się nic i koniec,
bo jestem w mieście. Pół kilometra dalej, za ostatnimi zabudowywaniami,
na ciągłej linii zatrzyma się pierwszy samochód. Bo za miastem. No i
generalnie jest to dosyć fajne bo problemu jako takiego ze stopem nie
ma, ale zaczyna być upierdliwe kiedy musi się pokonać w ciągu jednego
dnia 8-10 takich miasteczek, które do krótkich nie należą...
Wracając do Bratysławy. Jesteśmy na stacji benzynowej. Podchodzimy do
jakiegoś pana, który do złudzenia przypomina Eliah Wood'a - naprawdę do
złudzenia. Gościu czyściutki, pachnący, w nowym garniturze i baaardzo
drogim samochodzie, a my jak te ostatnie sieroty - ja podejrzewająca u
siebie udar słoneczny, z tłustymi włosami, podartymi
szarawarami...szkoda gadać. Adaś - niewiele lepiej. No i pytamy czy nie
jedzie w kierunku Wiednia i czy możemy liczyć na podwózkę. Nasz Frodo
się zgadza no i jedziemy, ale tylko na port lotniczy (jakiej12-15 km od
samego miasta). Gościu przeprasza nas za każdego swojego papierosa jakby
to była nie wiadomo jaka zbrodnia. Piszę smsa do mojej mamy "Jesteśmy w
drodze do Wiedna.", przychodzi odpowiedz: "Dopiero pisałaś, że nie
możecie wygrzebać się ze Słowacji, a tu już Austria?? Jestem z was
dumna!". Uśmiecham się triumfalnie ;)

Port lotniczy. Rozglądamy się. Adaś zachwyca się wielkością i rozmachem
tego wszystkiego. Fakt. Olbrzymie to. Po chwili jednak rozglądamy się
jeszcze raz i stwierdzamy, że trzeba się pospieszyć i wydostać do miasta
bo tutaj nawet wszystkie pieniądze, które ze sobą mamy nie
wystarczyłyby najprawdopodobniej na nocleg jednej osoby na jedną dobę...
Idziemy więc na wskazaną wcześniej przez Frodo stację benzynową. Rzuca
nam się w oczy mały busik osobowy i siwy, miło wyglądający pan obok
niego. Podchodzimy więc i pytamy po angielsku czy jedzie w stronę
centrum. On odpowiada, że tak, ale nie może nas zabrać bo ten busik to
coś na zasadzie taksówki biznesowej i ma szefa cały czas na karku.
Rozmawiamy z nim przez chwile po czym gostek pyta po angielsku:
- Jaki jest wasz ojczysty język?
- Polski.
- ...no to mówcie po polsku...