Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tani nocleg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tani nocleg. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 grudnia 2013

Nieporozumienia i wypadki

Sangria to jeden z najbardziej popularnych hiszpańskich trunków, ale bezproblemowo można dostać ją
również w Portugalii. Bazą tego napoju jest czerwone wino i owoce cytrusowe - największym zainteresowaniem cieszą się pomarańcze. Oczywiście nie jest ona ograniczona swoim hiszpańskim pochodzeniem i występuje w wielu różnych wersjach na całym świecie. Często rozcieńczona wodą lub wzbogacona innym mocniejszym alkoholem.

Wielu zachwycało się Sangrią, wielu ją polecało nazywając ją "świetnie orzeźwiającą".

...ale my mamy inne zdanie.

Ten sikacz był jedną z pierwszych rzeczy jakie kupiliśmy w Portugalii. Wiem, że nasze zdanie może wynikać z tego, że cena tego produktu nie przekraczała jednego euro, ale nasz polski "Komandos" przy tym to byłby nektar bogów, a cena chyba podobna. Szczęścia w tym wszystkim tyle, że gdy ją kupiliśmy uparłam się na nachos bo inaczej wcale nie udałoby się jej przełknąć. Chyba, że... jest się Polakiem i nie potrafi się wyrzucić niczego za co się zapłaciło. 

wtorek, 9 lipca 2013

Noc pod salonem Toyoty i Dziadek Czelo

Trzeciego dnia prób dojechania do Chorwacji wysadzono nas w miasteczku Koflach bodajże, kilka kilometrów za Graz w Austrii. Postanowiliśmy, że będziemy jechać całą noc żeby nadrobić czas. No i generalnie takie numery w Polsce przechodzą, prędzej czy później ktoś się w końcu zatrzyma, a tam... miasto taksówek. Tylko taksówki zasuwały w te i w tamte. Było późno więc po dwóch godzinach nieudolnych prób zatrzymania czegokolwiek zrezygnowaliśmy i zaczęliśmy się rozglądać za jakąś tanią noclegownia. Niestety - też nieudolnie. I kiedy powiedziałam do mojej drugiej połówki "Kochanie, gorzej być chyba nie może...jest zimno (no bo to Alpy), dochodzi północ, nie mamy gdzie spać i nawet nic do jedzenia..." w trzy sekundy później spadła taka ulewa, jak na amerykańskich filmach. Wieki takiego deszczu nie widziałam! Rozejrzeliśmy się dookoła i w oczy rzucił nam się stojący nieopodal salon Toyoty, który miał ZADASZENIE! Szybko pobiegliśmy tam żeby schronić się przed deszczem i tak przesiedzieliśmy tam aż do świtu żeby dalej łapać. Do tej pory nie rozumiem dlaczego przykryłam się karimatą, mając dwa śpiwory w plecaku no, ale... cóż. Wtedy właśnie doszliśmy do wniosku, że jeśli kiedyś będziemy mieli samochód to nigdy nie będzie to Toyota ;)

Przez całą noc Adaś nie wiem po jakiego czorta jadł tabletki be-power przywleczone jeszcze z biedronki w Polsce, a ja trochę próbowałam spać. Ciężkie to były próby uśnięcia bo co rusz budził mnie jakiś pijany Austriak, który wracał z baru tuż nieopodal naszej "noclegowni".


Po nieprzespanej i zimnej nocy spędzonej po salonem Toyoty, kiedy tylko zaczęło świtać zebraliśmy się by iść na wylotówkę. Z nadzieją, że kiedy zrobi się jasno taksówkarze pójdą do domu odespać nockę i zacznie się normalny ruch. Ruch to podstawa, nawet jeśli kwitniesz w jednym miejscu trzy godziny to przynajmniej coś jedzie i można mieć przynajmniej jakąś drobną nadzieje na to, że w końcu nadjedzie nasz kierowca. Natomiast jeśli nie dość, że prawie nic nie jedzie, a nadjeżdżające auto słyszysz piętnaście minut wcześniej, a ono i tak Cię mija bez wzruszenia... wtedy bywa to dosyć demotywujące. I dokładnie tak było tym razem. Mgła na drodze była tak gęsta, że chwilami własnych stóp nie widziałam. Byliśmy w jednym miejscu 2h, minęło nas góra pięć samochodów i nadal tam staliśmy. Zapaliliśmy papierosa i widzimy samochód.

Wiedeńska przygoda

Przystanek Bratysława. Zaczyna robić się ciemno, a my tradycyjnie nie mamy żadnego planu co co noclegu, a zdecydowanie przydałoby się go mieć. Jak również fajnie byłoby się wykąpać bo śmierdzimy niemiłosiernie po przeprawie przez Słowację gdzie temperatura rozpieszczała nas 39 stopniami i wędrówkami przez  całe miasta żeby znaleźć dobre miejsce do łapania stopa. Zasada jaką odkryliśmy w tym kraju jest taka, że jeżeli mam pół kilometra do końca miasta, zjazd wielki na tyle, że na spokojnie trzy ciężarówki jedna za drugą się zmieszczą i każda z nich nie będzie miała problemu z wyjazdem - to nie ważne. Nie zatrzyma się nic i koniec, bo jestem w mieście. Pół kilometra dalej, za ostatnimi zabudowywaniami, na ciągłej linii zatrzyma się pierwszy samochód. Bo za miastem. No i generalnie jest to dosyć fajne bo problemu jako takiego ze stopem nie ma, ale zaczyna być upierdliwe kiedy musi się pokonać w ciągu jednego dnia 8-10 takich miasteczek, które do krótkich nie należą...

Wracając do Bratysławy. Jesteśmy na stacji benzynowej. Podchodzimy do jakiegoś pana, który do złudzenia przypomina Eliah Wood'a - naprawdę do złudzenia. Gościu czyściutki, pachnący, w nowym garniturze i baaardzo drogim samochodzie, a my jak te ostatnie sieroty - ja podejrzewająca u siebie udar słoneczny, z tłustymi włosami, podartymi szarawarami...szkoda gadać. Adaś - niewiele lepiej. No i pytamy czy nie jedzie w kierunku Wiednia i czy możemy liczyć na podwózkę. Nasz Frodo się zgadza no i jedziemy, ale tylko na port lotniczy (jakiej12-15 km od samego miasta). Gościu przeprasza nas za każdego swojego papierosa jakby to była nie wiadomo jaka zbrodnia. Piszę smsa do mojej mamy "Jesteśmy w drodze do Wiedna.", przychodzi odpowiedz: "Dopiero pisałaś, że nie możecie wygrzebać się ze Słowacji, a tu już Austria?? Jestem z was dumna!". Uśmiecham się triumfalnie ;)

Port lotniczy. Rozglądamy się. Adaś zachwyca się wielkością i rozmachem tego wszystkiego. Fakt. Olbrzymie to. Po chwili jednak rozglądamy się jeszcze raz i stwierdzamy, że trzeba się pospieszyć i wydostać do miasta bo tutaj nawet wszystkie pieniądze, które ze sobą mamy nie wystarczyłyby najprawdopodobniej na nocleg jednej osoby na jedną dobę...

Idziemy więc na wskazaną wcześniej przez Frodo stację benzynową. Rzuca nam się w oczy mały busik osobowy i siwy, miło wyglądający pan obok niego. Podchodzimy więc i pytamy po angielsku czy jedzie w stronę centrum. On odpowiada, że tak, ale nie może nas zabrać bo ten busik to coś na zasadzie taksówki biznesowej i ma szefa cały czas na karku. Rozmawiamy z nim przez chwile po czym gostek pyta po angielsku:
- Jaki jest wasz ojczysty język?
- Polski.
- ...no to mówcie po polsku...