Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piwo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 czerwca 2014

Piwo zapakowane w gazetę

W wynajętym przez nas pokoiku stoją trzy rozklekotane i skrzypiące łóżka, do których w komplecie
dołączone były cuchnące koce. Po podłodze biegały robale, których nie cierpię - wielgachne karaluchy. Nie były one samotne - towarzystwa dotrzymywało im inne paskudztwo o trochę mniejszych rozmiarach. Innymi słowy - obrzydliwość i to w dodatku za całe cztery euro od osoby. Natychmiastowo rezygnujemy ze spania pod hotelowymi kocami i przerzucamy je na jedno z łóżek. Na innym urządzamy sobie szafę i tam też pozostawiamy plecaki kiedy wychodzimy do miasta.

Jest upalnie więc odpuszczam sobie noszenie chusty na głowie i ramionach. Może to odrobinę nietaktowne w stosunku do zamieszkujących Maroko muzułmanów, ale temperatura panująca wtedy na dworze całkowicie to usprawiedliwia.

Pierwszym elementem naszej wędrówki po Larache było kupienie ręcznika. Niby zwyczajna rzecz, w której posiadanie bezproblemowo można wejść na każdym targowisku, ale tam stanowiło to wielki problem. Nikt bowiem nie miał zielonego pojęcia o co nam chodzi. Po długich zmaganiach udało nam się jednak wytłumaczyć w czym rzecz i zakupić ścierkę w kolorze oliwkowym. Wyszło właściwie na dobre - zajmowała mniej miejsca i była zdecydowanie mniej spleśniała niż ręcznik, który przytargaliśmy ze sobą jeszcze z Polski.

czwartek, 5 czerwca 2014

Stosunki pozamałżeńskie

Budzi nas pragnienie spowodowane klasycznym kacem. Biorąc pod uwagę, że piwo w Hiszpanii sprzedawane jest w kufelkach 0,33l to nie wypiliśmy wcale aż tak kosmicznej ilości alkoholu, ale z drugiej strony od dawna nasze organizmy nie dostały aż tak dużej dawki procentów. Efekt zatem był taki, że byliśmy wykończeni imprezką z dnia poprzedniego niczym konie po westernie. Sms-y do rodziców pełne były skarg  na bóle głowy i nudności, a nasze oczy ciężko znosiły kontakt ze światłem. Półtora litra wody, które dostaliśmy przez snem rozeszło się szybciej niż ciepłe bagietki we francuskiej piekarni i tak oto Sahara zagościła w naszych gardłach.

Usiedliśmy pod ścianą i coś do nas dotarło. Jesteśmy zamknięci w budynku, w którym funkcjonuje jedynie
bar. Biorąc pod uwagę ilość kurzu na meblach i scenie, na której spaliśmy do tych pomieszczeń od dawna nikt nie zaglądał. Jest niedziela, a niedziela w Hiszpanii jest dniem wolnym. I ściśle przestrzega się tego aby nic w czasie jej trwania nie robić. Większość sklepów, marketów i barów jest zamknięta, a my siedzimy uwięzieni na drugim piętrze budynku i czekamy, że przyjdzie wypuścić nas ktoś kto może czuć się podobnie jak my tego poranka! I liczymy na to, że o ile w ogóle pamięta, że ma to zrobić to jeszcze będzie mu się chciało.

W przypływie zdrowego rozsądku zaczynamy badać teren. Niestety nawet po rynnie zejść się nie da - tak jak to robią czasami w kiepskich filmach akcji. Generalnie to możemy albo czekać, albo zrobić sobie krzywdę popełniając jeszcze większą głupotę niż poprzedniego wieczora kiedy to zalaliśmy robaka.

Don Lino okazuje się być na szczęście niezawodny. Spóźnia się co prawda trzy godziny, ale w ogóle przychodzi nas wypuścić, w co przestawaliśmy wierzyć. Żegnamy się, ale tym razem już na migi bo rozmowa nie klei się wcale i znowu wolni idziemy leczyć kaca nad morzem.

środa, 4 czerwca 2014

Pewnego razu w Ceucie

W lokalu siedzi kilku mężczyzn. Żaden z nich nie przypomina takiego co to mógłby podbić kobiece serca. Nie. To nie był bar w stylu knajpy z "Desperado" z klientelą na wzór Banderas'a, Pitt'a i kilku innych brutali ze ślicznymi buźkami. Jeśli tak w pierwszym momencie wyobraziliście sobie to miejsce to od razu wciśnijcie reset. Najprawdopodobniej pijalnia postała w miejscu jakieś starej stołówki, która niegdyś zapewniała jadło tym co odwiedzali coś na wzór klasycznego domu kultury, z którym była połączona. Generalnie raczej nie było przeznaczeniem tam pić. Przynajmniej tak mi się wydaje. Asortyment też wyglądał tak jakby dobrany był pod stałych bywalców. Dwa, może trzy rodzaje wódki, ze trzy gatunki whisky, piwo i kilka rodzajów słodkich alkoholi. Oprócz tego - jak na hiszpańską tawernę przystało - przekąski. Malutkie kanapeczki w trzech kombinacjach, słona jak diabli suszona ryba i chipsy.


Co do zajmujących krzesła, które swoją drogą przypominały szkolne krzesełka, jak już mówiłam nie były to żadne bożyszcza. Ot, zwyczajni mężczyźni w wieku 40 plus. Jeden chcąc być bardzo światowym, ale nie znając języka angielskiego postanowił tak czy inaczej zabłysnąć w towarzystwie i przetłumaczył nam swoje własne imię - tak więc to był John. Starszawy i niski facet będący pod pantoflem swojej dużo młodszej dziewczyny. Kolejny był mocno przy kości, właściwie to był okropnie gruby. Mimo jego potężnych rozmiarów jednak mówił tak cienkim głosikiem, że było to przekomiczne. Głos chłopca z pierwszej klasy szkoły podstawowej byłby grubszy chyba niż dźwięk jaki z siebie wydobywał ten przesympatyczny grubasek. Z naszych obserwacji jasno wynikało, że był on wielkim romantykiem. W dodatku bardzo zakochanym w tamtym czasie, ale ... w swoim przyjacielu.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Kobieta w marokańskim barze

Jak już wspominałam byliśmy bardzo głodni. Przemierzaliśmy więc całe miasto niczym dwa wygłodniałe zombie w poszukiwaniu jakiejkolwiek strawy. No może troszkę przesadzam. Z naszego menu wykluczyliśmy mięso gdyż baliśmy się, że przed przygotowaniem mogło wisieć na tym samym haku co koza wspomniana w poprzednim wpisie. Nawet Adaś, który jest typowym mięsożercą bez oporów odmawiał wszystkiego co było pochodzenia zwierzęcego powołując się na bycie wegetarianinem. Jajka wydawały się być najrozsądniejszą ze wszelkich opcji, ale za to niemożliwą do znalezienia. W tym państwie panuje jakaś taka zabawna zależność, że wszędzie możesz znaleźć wszystko za wyjątkiem tego czego potrzebujesz. Więc jak na złość zewsząd unosił się zapach pieczonego i smażonego mięcha, a kucharze oprócz tego co serwowali w menu gotowi byli przygotować wszystko czego byś nie zapragnął... oprócz jajek. Kolejnym bezpiecznym żarciem, które prawdopodobnie nie grozi rewolucją żołądkową na następny dzień wydała nam się być pizza. Znalezienie pizzerii co prawda trwało naprawdę bardzo długo, ale nasze wysiłki nie poszły n marne i w końcu usiedliśmy przy stole i czekaliśmy na naszą - wegetariańską - rzecz jasna pizze. Gratisowo na naszym stole wylądował talerzyk z oliwkami wszelkiej maści - zielonymi, czarnymi i tymi, których wcześniej nie widzieliśmy - różowymi oraz w ramach troski o nasze zaschnięte gardła sprezentowano nam również butelkę wody. Miły gest, prawda? No to teraz dwie rady:

1. Takie gratisowe przekąski serwowane w ramach oczekiwania na zamówione jedzenie to może być
podstęp. Kilkakrotnie nadzialiśmy się na to, że nie był to darmowy zabieg, a po prostu kolejna forma wyłudzenia forsy. Sprawa jest prosta - zjadłeś więc zapłać. Przecież nikt nigdy nie wspominał, że jest to za darmo. A milczenie nie jest w żaden sposób przyzwoleniem.

2. Woda, którą Marokańczycy serwują w kawiarniach i restauracjach to kranówka! Butelki prawie nigdy nie są fabrycznie zakręcone. A skoro nie są to żeby nie wiem jaki pożar wypalał Wasze gardła pod żadnym pozorem nie pijcie takiej wody. Chyba, że macie spory zapas stoperanu i papieru toaletowego. Bo wypicie kranówki może skutkować dłuższym posiedzeniem w toalecie.

* Polecam też zwracać uwagę na to czy do napoi podawanych w knajpach, na bazarach czy gdziekolwiek indziej dodawane są kostki lodu. Jeśli tak to lepiej taki napój wylać. Kostki lodu bowiem na pewno nie powstały z wody mineralnej.

czwartek, 3 kwietnia 2014

Dzieciaki z Settat

W Settacie natknęliśmy się na pierwszy supermarket odkąd do Maroko przyjechaliśmy. Carrefour, o
którym mowa był najbardziej obleganym miejscem w mieście. Z nieopisaną radością ruszyliśmy w kierunku molochu w celu zakupienia czegoś na kolację, wody mineralnej i czekolady. Ciesząc się przy tym wolnością wyboru jaką dają klientom sklepy samoobsługowe (albo po prostu brakiem natrętnych sprzedawców). Jednak po wejściu do marketu oboje doszliśmy do wniosku, że gdybyśmy mieli się żywić tylko tym co w nim było - po kilku dniach umarlibyśmy z głodu. Otóż lodówki przepełniały serki "trójkąciki" - bardzo popularne i ładowane do wszystkiego w Maroko - oraz serki topione w innym kształcie. 

Hala przeładowana była workami z czymś w rodzaju mąki - gdzie każda służyła do innego rodzaju wypieków. Na zdjęciach na workach były harsha i inne "chlebo-podobne" marokańskie przysmaki. Jeśli chodzi o napoje - to był raj. Woda mineralna tańsza niż gdziekolwiek indziej ponieważ pozbawiona "podatku od gadaniny", od coca-coli i innych napojów gazowanych półki się uginały. My rzuciliśmy się na Hawai - napój gazowany o smaku multiwitaminy, który widzieliśmy jedynie w Maroko, a który jest przepyszny! 

czwartek, 13 lutego 2014

Where are you going?

Mając sprawę noclegu z głowy, ze szczękami wiszącymi niewiele nad ziemią poszliśmy do pokoju. Ani ja ani Adaś nie spodziewaliśmy się, że choćby raz podczas tej podróży będziemy spać w klimatyzowanym pomieszczeniu. A tu proszę. Klimatyzacja jest i na dodatek działa! W pokoju stało jedno ogromne łoże małżeńskie i jedno pojedyncze. To jest normą w marokańskich hotelach - możesz dziesięć razy powtarzać, że chcesz pokój z jednym łóżkiem, a i tak na 90% dostaniesz zestaw wielkie plus małe wyrko. Jakby wygód było mało w pomieszczeniu jest też telewizor. Stary, mój dziadek miał identyczny, ale mimo wieku nadal na chodzie. Nie korzystamy z niego - raz, że nie znamy arabskiego, ani francuskiego, a dwa, że mamy w planach spacer po mieście bez ciężkich plecaków.

Ledwie wystawiamy głowy z hotelu i przez chwile zastanawiamy się, w którym kierunku iść, a już stoi koło
nas - jak go nazwaliśmy - "Pomagier". Nie mam pojęcia czy takie słowo w ogóle występuje w języku polskim, ale my nazywając tak jakąś osobę mieliśmy na myśli kogoś kto niósł nam całkowicie zbędną pomoc i często swoim natręctwem wyprowadzał nas z równowagi. Tym razem rolę "pomagiera" odegrał tłusty mężczyzna średniego wzrostu. Jadł coś więc z gębą pełną żarcia zapytał nas dokąd idziemy. Zgodnie z prawdą odpowiedzieliśmy, że jeszcze nie wiemy. Ale on wiedział doskonale. Pokierował nas abyśmy poszli do portu gdzie można kupić przepyszne sardynki. Tak się o tych rybach rozgadał, że aż sama zrobiłam się potwornie głodna. A potem powiedział żebyśmy przyszli do lokalu na rogu (wskazał go palcem) na herbatę. 

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Jazda bez trzymanki

Z Aną i Rafaelem dojeżdżamy w okolice Grandoli. Zaczyna robić się już szarawo więc najwyższy czas na poszukiwanie miejsca do spania. Ana wspominała, że w pobliżu miasta Sines jest zarówno wiele pól namiotowych jak i miejsc gdzie możemy rozbić się na dziko. To niedaleko, nie zupełnie po naszej trasie, ale co tam! Przecież mamy czas! Wyciągamy więc kciuki i staramy się złapać stopa. Niedługo potem zatrzymuje się samochód. Gość chciał jedynie zapytać o numer drogi, ale w efekcie końcowym nas zabrał. Dziewczyna, która mu towarzyszyła nie wydawała się być zadowolona z naszej obecności. Zapytano nas skąd jesteśmy, a gdy już odpowiedzieliśmy, że z Polski nasz kierowca powiedział:

- Dwie kawy i dwa piwa! Hotel dwie osoby! - PO POLSKU!