Budzi nas pragnienie spowodowane klasycznym kacem. Biorąc pod uwagę, że piwo w Hiszpanii sprzedawane jest w kufelkach 0,33l to nie wypiliśmy wcale aż tak kosmicznej ilości alkoholu, ale z drugiej strony od dawna nasze organizmy nie dostały aż tak dużej dawki procentów. Efekt zatem był taki, że byliśmy wykończeni imprezką z dnia poprzedniego niczym konie po westernie. Sms-y do rodziców pełne były skarg na bóle głowy i nudności, a nasze oczy ciężko znosiły kontakt ze światłem. Półtora litra wody, które dostaliśmy przez snem rozeszło się szybciej niż ciepłe bagietki we francuskiej piekarni i tak oto Sahara zagościła w naszych gardłach.
Usiedliśmy pod ścianą i coś do nas dotarło. Jesteśmy zamknięci w budynku, w którym funkcjonuje jedynie
bar. Biorąc pod uwagę ilość kurzu na meblach i scenie, na której spaliśmy do tych pomieszczeń od dawna nikt nie zaglądał. Jest niedziela, a niedziela w Hiszpanii jest dniem wolnym. I ściśle przestrzega się tego aby nic w czasie jej trwania nie robić. Większość sklepów, marketów i barów jest zamknięta, a my siedzimy uwięzieni na drugim piętrze budynku i czekamy, że przyjdzie wypuścić nas ktoś kto może czuć się podobnie jak my tego poranka! I liczymy na to, że o ile w ogóle pamięta, że ma to zrobić to jeszcze będzie mu się chciało.

W przypływie zdrowego rozsądku zaczynamy badać teren. Niestety nawet po rynnie zejść się nie da - tak jak to robią czasami w kiepskich filmach akcji. Generalnie to możemy albo czekać, albo zrobić sobie krzywdę popełniając jeszcze większą głupotę niż poprzedniego wieczora kiedy to zalaliśmy robaka.
Don Lino okazuje się być na szczęście niezawodny. Spóźnia się co prawda trzy godziny, ale w ogóle przychodzi nas wypuścić, w co przestawaliśmy wierzyć. Żegnamy się, ale tym razem już na migi bo rozmowa nie klei się wcale i znowu wolni idziemy leczyć kaca nad morzem.