Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hiszpania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hiszpania. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 lipca 2014

Hotelowe opowieści

Prawie cały następny dzień spędzamy sprzątając hotel. Co zabawne - nawet wtedy gdy Carmen mówi, że
zrobiliśmy już swoje na ten dzień wolimy siedzieć w klimatyzowanych pomieszczeniach i pracować niż choćby na chwilę wyjść na ten 40-stopniowy upał. Przyznajemy się, że wtedy hotel stał się naszą oazą, której za żadne skarby nie chcieliśmy opuszczać. Powodem był najzwyklejszy w świecie leń. L'Alcudia jako miasto nie przykuła naszej szczególnej uwagi więc ... Postanowiliśmy skorzystać z danej nam możliwości i zresetować się, nabrać sił na podróż, którą kontynuować mieliśmy nazajutrz.

Carmen zabrania nam robienia czegokolwiek po upływie 8 godzin pracy. Idziemy więc do swojego pokoju. Dostajemy do dyspozycji laptopa. W planach mamy zatem zorganizowanie się co do dalszej podróży, ale nie wychodzi nam to. Kończy się na oglądaniu filmu i odsypianiu.

Kiedy weszliśmy do swojego pokoju nic nie było w takim stanie w jakim to zostawiliśmy. Łóżka były posłane, a pościel wymieniona na świeżą. Ręczniki podobnie. Byliśmy w szoku. Nie mieliśmy pojęcia, że ktoś będzie zajmował się również naszym pokojem. A tak poza tym... właściwie nie było potrzeby zmiany tego wszystkiego. 

Podczas oglądania wspomnianego filmu pousypialiśmy. Obudził nas telefon Carmen, która rozkazała nam zejść na obiad. Czy było nam głupio? No jasne! Podczas naszej pierwszej rozmowy mowa była jedynie o kwaterunku w zamian za pracę. O wyżywieniu nikt nie wspominał. Nie to, żebyśmy narzekali, ale czuliśmy się odrobiną niezręcznie. 

Mąż Carmen przygotował ów obiad. Miał to być marokański tażin, ale nie wyszło. Była to więc kupa żółtego ryżu z carry wymieszana z kurczakiem i warzywami. Jakby jedzenia było mało - dostajemy po lampce - wcale nie taniego - wina, a na deser jakiś rodzaj bardzo słodkiego ciasta. Przy obiedzie towarzyszą nam znajomi właścicieli hotelu. Jeden przyjechał ich odwiedzić z Sewilli, a drugi aż ze Szkocji. Ten drugi rzecz jasna nie odbył podróży tylko ze względu na obiad u przyjaciół. Był w trakcie przeprowadzki do Hiszpanii. Czas upływa w cudownej atmosferze. Wypytują o naszą podróż, ale nie tylko. Najbardziej ciekawi ich Polska. Staramy się przedstawić więc naszą ojczyznę w samych superlatywach.

Wtedy Carmen pyta nas czy nie chcielibyśmy zostać dłużej w jej hotelu. Mówi, że potrzebuje by ktoś jej pomógł w porządkach w piwnicy i w paru innych miejscach. I w taki oto sposób nasz pobyt wydłużył się o całe pięć dni. 

Zostajemy poinformowani, że nazajutrz pojedziemy na działkę Carmen, a tam będziemy pomagać przy zbieraniu dyni. Odpowiadamy szerokim uśmiechem, sprzątamy po sobie i wracamy regenerować siły na piętro. 


środa, 23 lipca 2014

Gospodarstwo ekologiczne

Po kolacji, którą dostaliśmy od kelnera w barze usiedliśmy na chodniku. Oparliśmy się o budynek za nami i
dogorywaliśmy czekając na chwilę gdy znów będziemy mogli się poruszać. Byliśmy przejedzeni. A do tego tkwiliśmy w ciężkim szoku. Tyle serdeczności i bezinteresowności nie doświadczyliśmy nigdy. Ta podróż była obfita w niemożliwe sytuacje - jednak to co działo się wtedy przekraczało nawet nasze pojęcie. Nasz Anioł Stróż nieustannie trzymał nad nami pieczę. Umierał chyba z przepracowania, ale był skuteczny.

Skończył nam się wtedy tytoń. Zamierzaliśmy go kupić, ale w wioseczce, e której byliśmy nie było sklepu odpowiedzialnego za sprzedaż tytoniu. Obok nas przechodził mężczyzna palący papierosa. Zapytaliśmy czy nie mógłby nas jednym poczęstować, albo chociaż sprzedać nam jedną sztukę. Odpowiedział, że chętnie by to zrobił, ale wychodząc z domu wziął tylko jednego. Wrócił jednak po około dziesięciu minutach i wręczył nam paczkę po filterkach, odrobinę tytoniu i kilka bibułek. Byliśmy więc już w szoku kompletnym. Podziękowaliśmy, gość odszedł w siną dal, a my otworzyliśmy paczuszkę i...

...zbledliśmy.

wtorek, 22 lipca 2014

O tym jak nie udało nam się znaleźć pracy

Kiedy rano się budzimy nasz namiot cały jest w rosie. Wszystko co tylko mogło przemoknąć - przemokło.
Wytrzepujemy więc nasz namiot na tyle na ile jest to możliwe i składamy go. Był odrobinę wilgotny, ale cóż... Słońce nie wyglądało na takie co lada chwila wyjdzie zza chmur. Opłukujemy twarze w lodowatej wodzie z potoku i wychodzimy na drogę. Jest pusto aż strach! Po półgodzinnym marszu zobaczyliśmy samochód. Wyjechał on z mgły niczym zjawa. I na dodatek się zatrzymał.

Kierowcą był starszawy Anglik i jego syn. Mimo tego, że Adaś doskonale radzi sobie z angielskim miał drobne kłopoty w rozumieniu. Ja natomiast nie rozumiałam nic poza pojedynczymi słowami wyrwanymi z kontekstu. Jeśli chodzi o kwestię mojej nauki języka podczas podróży - Brytyjczyk, z którym wtedy jechaliśmy dał mi sporą lekcję tego jak akcent może wpłynąć na całokształt.

Z tego co udało nam się zrozumieć wynikało, że przyjechał on kilka lat wcześniej do Hiszpanii. Kupił tu dom i zaczął prowadzić własną działalność. Wybrał akurat ten kraj ze względu na panujący w nim klimat. Miał dość szarej i deszczowej Anglii. Po jakimś czasie jednak w Hiszpanii nastał czas kryzysu, a upał okazał się być raczej sposobem na wakacje Anglika aniżeli klimatem w jakim chciałby funkcjonować na co dzień. Zrezygnował więc z prowadzenia swojej działalności, sprzedał dom i był w trakcie przeprowadzania się z powrotem do swojej ojczyzny. Opowiadał tak i opowiadał, a na końcu wcisnął nam ni z tego ni z owego 5 euro na śniadanie. A my poważnie zaczęliśmy się zastanawiać nad swoim wyglądem... Na niedożywionych wyglądaliśmy, czy jak? Tak czy inaczej dziękujemy z tego miejsca brytyjskiemu kierowcy...

piątek, 18 lipca 2014

Smaki Hiszpanii

Zrywamy się skoro świt. Kończymy pakować się w tym samym czasie kiedy na ziemię spadają pierwsze promienie słoneczne. O ile ostatnie miejsce, w którym robiliśmy namiot było beznadziejne, to to było rewelacyjne. Przypływ choćby chciał nie mógł nas dosięgnąć, było ciepło i nie padał deszcz. Podłoże było równe i pomimo komercyjnej plaży z leżakami z przodu i campingu z tyłu - byliśmy ukryci przed ludzkim wzrokiem na wydmach.

Byliśmy kilkadziesiąt kilometrów przed Alicante. Konkretnej nazwy miejscowości jednak nie znam. Trafiliśmy tutaj w nocy i żadne z nas nie zainteresowało się tym gdzie dokładnie jesteśmy. Miasteczko nie było duże, ale wyjście na drogę zajęło nam i tak sporo czasu. Mijaliśmy kolejne hotele i campingi. Otwierające się dopiero bary i restauracje. Nic interesującego. Aż wreszcie coś zdołało przykuć naszą uwagę. Wolałabym żeby nie miało to miejsca. Jednak miało - co kilka metrów w krzakach można było zauważyć szkielety zwierząt. Większość z nich stanowiły kuny, ale zdarzały się też lisy i mniejsze gryzonie. Było tego mnóstwo. Był to niezaprzeczalny dowód na to, że temperatury w Hiszpanii potrafią być zabójcze. Była mniej więcej ósma rano, a termometry przy drogach powoli dochodziły do 20 stopni. Strach było pomyśleć jaką osiągną one w południe i w jakich katuszach umierały zwierzęta, których kości zalegały na chodnikach...

wtorek, 15 lipca 2014

Andaluzyjski horror autostopowy

Nawet nie potraficie sobie wyobrazić jak bardzo można cieszyć się z pary czystych majtek.
Wszystkie nasze ciuchy pachniały płynem do płukania tkanin, a nie potem i wilgocią - mieliśmy więc powody do uciechy. Nie był to jednak ich koniec. Oprócz tego czekało na nas miękkie łóżko i gorący prysznic. Spakowaliśmy więc swoje plecaki tak żeby rano móc je jedynie założyć i pogrążyliśmy się we śnie.

Czy zaspaliśmy? No ba! Budzik prowadził z nami wojnę od 6.00 rano, ale my byliśmy nieugięci. Nie było na nas siły. Spaliśmy jak zabici. Zwlekliśmy się z łóżka dopiero grubo po 9.00. Mieliśmy więc bardzo mało czasu na to by się wymeldować.

Dopakowujemy resztę rzeczy i biegniemy pod prysznic. Bo jest. Bo możemy. A tak naprawdę jest to wynikiem dziwacznego przeświadczenia o tym, że w podróży można pewne rzeczy zrobić na zapas. Na zapas się więc je - co skutkuje co najwyżej bólem brzucha, a głód i tak przychodzi mniej więcej wtedy co przyszedłby normalnie. Na zapas zdarza się też kąpać jeśli jest ku temu okazja. Brudnym jest się w tym samym czasie, ale... jakoś... nikt o tym nie myśli.

niedziela, 13 lipca 2014

Malaga, Tiki-Taki i Kasztanki

Posłuchaliśmy rad mojej mamy i rozpoczęliśmy poszukiwania hostelu. Nie była to prosta rzecz. Malaga jest
nie tylko dużym hiszpańskim miastem, ale również jednym z najchętniej odwiedzanych przez turystów. O niskich cenach można więc zapomnieć na wstępie. Podjęliśmy próbę wyjechania z miasta, ale... Malaga najwyraźniej nie jest przyjazna autostopowiczom. Maszerowaliśmy przez kilka godzin w poszukiwaniu miejsca, które nadawałoby się do łapania stopa. Potem przez podobnie długi czas próbowaliśmy coś zatrzymać. Bezskutecznie. Nagle usłyszeliśmy ojczysty język przy zejściu na plaże. Przywitaliśmy się z polską grupką rówieśników. Byli nieco zszokowani sposobem naszego podróżowania, a w szczególności tym, że czerpiemy z tego takie ilości radości. Poprzednia noc nie pozostawiła na nas suchej nitki, a ja co rusz kaszlałam, kichałam i miałam drobne problemy z mówieniem poprzez początki zapalenia gardła. Jeśli dodać do tego gorączkę to nawet ja jestem w stanie zrozumieć to czemu tak bardzo się dziwili. Powinnam była wtedy kląć na wszystko dookoła, a nie cieszyć się z tego, że jestem w Maladze.

Zapytaliśmy ich gdzie śpią i jakie są tutaj ceny hosteli. Liczyliśmy, że będą bardziej zorganizowani niż my. Oni bukowali sobie miejsce do spania, a cena jaką zapłacili przekraczała odrobinę nasze możliwości. Dali nam jednak namiary na kilka innych miejsc, których ceny były do przyjęcia.

Chodziliśmy więc od adresu do adresu. Albo zaliczaliśmy rozczarowanie bo cena była wyższa, albo całowaliśmy klamkę bo hostel był nieczynny czy pełny. W końcu jednak znalazło się miejsce dla nas. Udało nam się utargować cenę hostelu z 15 euro na 10 euro. W trakcie rozmowy wyszło, że hostel dysponuje również pralką i suszarką do ubrań. Co prawda cena wynosiła niemalże tyle co łóżko - 7 euro - ale nie mogliśmy sobie odpuścić. Mijały chyba ze dwa miesiące naszej podróży, a my jeszcze ani razu nie rozbiliśmy sobie prania. No poza przepierką w rękach oczywiście.

Zostawiamy plecaki w pokoju. Wszystkie brudne ciuchy, czyli praktycznie cała zawartość plecaków oraz
śpiwory zabieramy ze sobą na górę. Pokonujemy trudności związane z obsługą pralki po hiszpańsku i ciesząc się jak dzieci z faktu, że nasze ubrania nie będą śmierdzieć udajemy się do miasta coś zjeść.

"Coś" w tym wypadku oznacza konserwę i dwie bułki z marketu popijane zimnym piwem. Pałaszujemy te wszystkie pyszności na rynku. Nikt jakoś specjalnie nie zwraca na nas uwagi. Czasem ktoś się uśmiechnie, czasem wręcz przeciwnie. Obserwujemy ludzi i rozmawiamy ze sobą o tysiącu różnych rzeczy.

I właśnie wtedy dochodzą do nas dźwięki przypominające jakąś pieśń katolicką. Nie były one echem tego co dzieje się w kościele. Wzmacniał je megafon więc byliśmy pewni, że coś dzieje się na zewnątrz. Tłum ludzi zaatakował jedną z ulic. A ozłocona Matka Boska kroczyła nad nim. Wtedy do nas dotarło...

...przecież my zawsze trafiamy albo na święta, albo na festiwale, remonty.... Na wszystko to co może utrudniać kwestię ruchu bądź kupienia czegoś. Wtedy akurat mieliśmy do czynienia ze stosunkowo niegroźnym świętem maryjnym. Zablokowało ono ruch pieszy w mieście i mogło być winnym temu, że nie szło wydostać się z miasta. Choć to drugie niekoniecznie. Kolejny dzień wcale nie był lepszy.

Wróciliśmy do hostelu. Wstawiliśmy kolejną partię prania. A resztę do suszarki. Usiedliśmy na tarasie i popijaliśmy piwko w oczekiwaniu na nasze ciuchy. Po wyjęciu z suszarki ubrania były pachnące i cieplutkie. Szkoda, że nie mogły być takie już zawsze.

Zawłaszcza śpiwory - gdyby były takie cieplutkie w nocy...

...rozmarzyłam się ;)

czwartek, 3 lipca 2014

Niszczycielski Przypływ

Rozbijamy namiot w pobliżu wspomnianej sadzawki. Z tamtego miejsca do wyjścia na drogę i stolików, przy
których wcześniej siedzieliśmy mieliśmy do pokonania drogę nie przekraczającą 150 m. Wzięliśmy lodowaty prysznic na plaży, posiedzieliśmy chwilę obserwując opuszczające nieopodal lotnisko samoloty i w huku związanym z tym właśnie lotniskiem położyliśmy się spać.

Z uwagi na to, że namiot, który posiadaliśmy nie należał do cudów z tej dziedziny po kilku godzinach obudziły mnie krople wody, które rytmicznie uderzały o mój nos. Na zewnątrz panowała ulewa, a namiot zaczął odrobinę przeciekać. Nie było to nic tragicznego, ale nic przyjemnego również. Kolejne uderzenia wody o namiot nie pozwoliły mi już spokojnie usnąć. Zasypiałam po to by po chwili się obudzić. Właściwie to chyba można ten stan nazwać czuwaniem. Deszcz nie ustawał, a namiot coraz bardziej przeciekał. A Adaś? Spał w najlepsze. Chrapał i mamrotał coś przez sen. Wtedy chyba nawet przemarsz radzieckich wojsk nie byłby w stanie go obudzić. Wcale nie ukrywam, że zazdrościłam mu tego zdrowego snu, jednak warto też wspomnieć o tym, że gdyby nie jego brak w moim przypadku to cała sytuacja mogłaby się skończyć jeszcze mniej przyjemnie niż się skończyła...

środa, 2 lipca 2014

Papieros a'la Bob Marley

Malaga - to był kierunek, który obraliśmy następnego dnia. Wspomniane miasto jest jednym z
najważniejszych miast w dolnej partii Hiszpanii - Andaluzji. Jest niczym prawa ręka Sewilli, która jest stolicą tego terenu i utrzymuje ten sam dobry poziom co Kordoba czy Grenada. Wam zapewne Andaluzja kojarzyć się będzie z plantacjami pomarańczy, cytryn oraz innych cytrusów, uprawami oliwek i palm daktylowych i co za tym idzie - pięknymi widokami, o które ciężko w naszym ojczystym kraju.

Flamenco - to kolejne skojarzenie, które powinno pojawić się w Waszych głowach na myśl o Andaluzji. Dźwięk gitary, klaskanie oraz rytmiczne pstrykanie palcami powinno w tej chwili opanować umysły czytających. Mężczyźni w przylegających do ciała ciemnych spodniach, białe koszule nakryte kamizelką w odcieniu spodni. Charakterystyczna apaszka pod szyją tancerza oraz specyficzny kapelusz. Tak wyglądają wykonawcy tańca flamenco, których zadaniem jest prowadzenie partnerki ubranej w falbaniastą spódnicę, którą wykorzystuje się jako bardzo istotny element w tańcu. Potrząsa się nią, a falbany tworzą niepowtarzalny efekt. Oprócz tego zmysłowości tancerkom dodają gorsety oraz chusty. Taniec oczywiście ma swoje określone zasady, ale przede wszystkim ma on odzwierciedlać emocje tancerzy. Jest więc pełen niebezpośredniego erotyzmu...

wtorek, 1 lipca 2014

Noc w europejskim Marrakeszu

Jak już wspomniałam w poprzednim poście gdy opuściliśmy prom na zewnątrz panował już półmrok.
Algeciras jest miastem portowym więc dzikie plaże odpadają na samym starcie. To znaczy - na pewno znalazłby się jakiś skrawek dzikiej przyrody, ale istniało prawdopodobieństwo, że zanim byśmy je znaleźli zaczęło by już świtać. Przez myśl przeszło nam również aby rozbić się w krzakach, na którymś z rond w mieście. Hiszpanie i Francuzi mają tendencję do gospodarowania powierzchni na rondach w taki sposób aby przypominały one mini parki. Z resztą - sprawa jest świetna. Wybiliśmy sobie to z głowy jednak bo zauważyliśmy, że Algeciras oblegane jest przez ludzi o drobinę ciemniejszym kolorze skóry niż nasz, którzy już od wyjścia z portu oferowali nam haszysz i inne przyjemności będące na bakier z prawem.

Nie przemawia tu przeze mnie żaden rasizm. Nie ma na świecie człowieka, do którego pałałabym
nienawiścią za fakt jakiego koloru ma skórę bądź w jakim rejonie świata się urodził. Są jednak utarte stereotypy, które zmuszają nas do myślenia w konkretny sposób. Nie zakładając przy tym, że dany człowiek jest jakimś bo urodził się w Maroko, a zakładając, że jakimś może być bo jest Marokańczykiem. Czysta profilaktyka. Wierzcie mi, że za każdym razem kiedy jesteśmy zmuszeni kierować się stereotypami modlę się by ich przedstawiciel był ich całkowitym zaprzeczeniem.

sobota, 28 czerwca 2014

Prom do Europy

Nasze znajome z Japonii w przeciwieństwie do nas nie zadbały o swoją drogę powrotną. Bilet kupiły na
chwile przed odpływem mocno przepłacając. Nie, nie dlatego, że bilety były droższe płynąc z Maroko do Europy. Po prostu "pośrednik", który pomógł im w dokonaniu transakcji wziął dla siebie trochę ponad sto procent ceny biletów. Czy zgodnie z prawem - raczej nie. Panny dały się nabrać najprawdopodobniej dlatego, że nie znały cen biletów, a gość wydawał się być przekonujący. Dodatkowo były zmęczone i najwyraźniej nie musiały przeliczać każdego eurocenta na jedzenie jak my...

Staraliśmy się je poinformować o tym, że gość zwyczajnie je naciąga, ale ten skutecznie zamykał nam gęby. Pannom się spieszyło i chciały zdążyć na najbliższy prom - z tego też powodu nie dopytywały o co właściwie nam chodzi. Pożegnaliśmy się z nimi i zaczęliśmy załatwiać sprawy własnego przepływu. Pech chciał, że ten sam krętacz, który chwile wcześniej zdarł pieniądze z tym postaci z anime stacjonował właśnie przy okienku naszego przewoźnika - IMTC.

Pozbawiony był możliwości zarobienia i na nas bo mieliśmy bilety powrotne. Wystarczyło je podbić i czekać na godzinę odpływu. Nie wiem czy po złości za próbę ostrzeżenia Japonek, czy też nie, ale dostaliśmy po pieczątce z datą dnia poprzedniego. Zwróciliśmy mu na to uwagę, ale nie przejął się tym i powiedział, że ten fakt nie ma znaczenia. Po tych słowach - ulotnił się bez śladu pozostawiając miejsce swojego urzędowania zamkniętym na klucz.

czwartek, 5 czerwca 2014

Stosunki pozamałżeńskie

Budzi nas pragnienie spowodowane klasycznym kacem. Biorąc pod uwagę, że piwo w Hiszpanii sprzedawane jest w kufelkach 0,33l to nie wypiliśmy wcale aż tak kosmicznej ilości alkoholu, ale z drugiej strony od dawna nasze organizmy nie dostały aż tak dużej dawki procentów. Efekt zatem był taki, że byliśmy wykończeni imprezką z dnia poprzedniego niczym konie po westernie. Sms-y do rodziców pełne były skarg  na bóle głowy i nudności, a nasze oczy ciężko znosiły kontakt ze światłem. Półtora litra wody, które dostaliśmy przez snem rozeszło się szybciej niż ciepłe bagietki we francuskiej piekarni i tak oto Sahara zagościła w naszych gardłach.

Usiedliśmy pod ścianą i coś do nas dotarło. Jesteśmy zamknięci w budynku, w którym funkcjonuje jedynie
bar. Biorąc pod uwagę ilość kurzu na meblach i scenie, na której spaliśmy do tych pomieszczeń od dawna nikt nie zaglądał. Jest niedziela, a niedziela w Hiszpanii jest dniem wolnym. I ściśle przestrzega się tego aby nic w czasie jej trwania nie robić. Większość sklepów, marketów i barów jest zamknięta, a my siedzimy uwięzieni na drugim piętrze budynku i czekamy, że przyjdzie wypuścić nas ktoś kto może czuć się podobnie jak my tego poranka! I liczymy na to, że o ile w ogóle pamięta, że ma to zrobić to jeszcze będzie mu się chciało.

W przypływie zdrowego rozsądku zaczynamy badać teren. Niestety nawet po rynnie zejść się nie da - tak jak to robią czasami w kiepskich filmach akcji. Generalnie to możemy albo czekać, albo zrobić sobie krzywdę popełniając jeszcze większą głupotę niż poprzedniego wieczora kiedy to zalaliśmy robaka.

Don Lino okazuje się być na szczęście niezawodny. Spóźnia się co prawda trzy godziny, ale w ogóle przychodzi nas wypuścić, w co przestawaliśmy wierzyć. Żegnamy się, ale tym razem już na migi bo rozmowa nie klei się wcale i znowu wolni idziemy leczyć kaca nad morzem.

środa, 4 czerwca 2014

Pewnego razu w Ceucie

W lokalu siedzi kilku mężczyzn. Żaden z nich nie przypomina takiego co to mógłby podbić kobiece serca. Nie. To nie był bar w stylu knajpy z "Desperado" z klientelą na wzór Banderas'a, Pitt'a i kilku innych brutali ze ślicznymi buźkami. Jeśli tak w pierwszym momencie wyobraziliście sobie to miejsce to od razu wciśnijcie reset. Najprawdopodobniej pijalnia postała w miejscu jakieś starej stołówki, która niegdyś zapewniała jadło tym co odwiedzali coś na wzór klasycznego domu kultury, z którym była połączona. Generalnie raczej nie było przeznaczeniem tam pić. Przynajmniej tak mi się wydaje. Asortyment też wyglądał tak jakby dobrany był pod stałych bywalców. Dwa, może trzy rodzaje wódki, ze trzy gatunki whisky, piwo i kilka rodzajów słodkich alkoholi. Oprócz tego - jak na hiszpańską tawernę przystało - przekąski. Malutkie kanapeczki w trzech kombinacjach, słona jak diabli suszona ryba i chipsy.


Co do zajmujących krzesła, które swoją drogą przypominały szkolne krzesełka, jak już mówiłam nie były to żadne bożyszcza. Ot, zwyczajni mężczyźni w wieku 40 plus. Jeden chcąc być bardzo światowym, ale nie znając języka angielskiego postanowił tak czy inaczej zabłysnąć w towarzystwie i przetłumaczył nam swoje własne imię - tak więc to był John. Starszawy i niski facet będący pod pantoflem swojej dużo młodszej dziewczyny. Kolejny był mocno przy kości, właściwie to był okropnie gruby. Mimo jego potężnych rozmiarów jednak mówił tak cienkim głosikiem, że było to przekomiczne. Głos chłopca z pierwszej klasy szkoły podstawowej byłby grubszy chyba niż dźwięk jaki z siebie wydobywał ten przesympatyczny grubasek. Z naszych obserwacji jasno wynikało, że był on wielkim romantykiem. W dodatku bardzo zakochanym w tamtym czasie, ale ... w swoim przyjacielu.

wtorek, 3 czerwca 2014

Afryka po hiszpańsku

Kolejnego poranka postanawiamy opuścić miasto. Definitywnie. Jesteśmy już tak bardzo przestraszeni tymi
wszystkimi sytuacjami, że nawet sam Pan Bóg nie zdołał by nas zatrzymać w Tetuanie. Pakujemy się więc czym prędzej i schodzimy na dół. Nordin już wrócił więc udaje nam się z nim pożegnać osobiście. Wrzeszczy znów na przemian "Brawo! Saha!" i odchodzi od nas do swojej kanciapki celem zapalenia swojego ulubionego zielska. Mustafa wydaje się być bardzo niezadowolony z naszego wyjazdu. To znaczy - wyjazd Adasia mógłby go nawet satysfakcjonować, ale moja osoba opuszczająca hotel już niekoniecznie. Robi więc wszystko po to by nas jednak przekonać do zostania. Pada nawet kilka słów o tym, że hotel Africa to jest nasz dom, a Nordin wraz z nim są niczym nasza rodzina i że gdybyśmy chcieli zostać to nikt nie weźmie od nas dużo pieniędzy. Nasze zniesmaczenie jednak ostatecznie wygrywa walkę z materializmem, który odziedziczyliśmy w genach i pozostajemy nieugięci. Dziękujemy za gościnę i upuszczamy noclegownie oraz Mustafę ze łzami w oczach.

Po dziś dzień nie jestem pewna tego czy Mustafa zabiegałby o mnie podobnie gdybym nie miała
europejskiego paszportu i nie byłabym przepustką do naszego zwariowanego kontynentu. Wszakże bez przesadnej skromności - w podróży nie przypominam ani trochę kobiety, a już na pewno nie wyglądam na kobietę, w której można by było się zakochać. Natomiast moje obywatelstwo nie zmienia się nigdy...

Tak bardzo nam spieszno do wydostania się za miasto, że nie szukamy nawet wylotówki i od razu kierujemy się na dworzec autobusowy. Rzecz jasna los śmieje się z nas i uniemożliwia szybkie dostanie się na niego. Błądzimy więc ulicami Tetuanu dobre dwie godziny. Ale spokojnie - w końcu trafiamy na dworzec. Ale nie taki zwyczajny całkiem. Naganiaczy również i tam nie brak. Zamiast wyraźnej rozpiski, który autobus skąd odjeżdża przy każdym z peronów stoi mężczyzna drący się na cały regulator:

- Tanger! Tanger! Tanger!
- Asilah! Asilah! Asilah!
- Marrakech! Marrakech! Marrakech!
- Casablanca! Casablanca! Casablanca!

...

I tak przekrzykują się wzajemnie informując skąd odjeżdża, który pojazd. My idziemy za głosem faceta, który już go prawie traci wrzeszcząc:

- Fnideq! Fnideq! Fnideq!

czwartek, 23 stycznia 2014

Hiszpańskie piekło

Jak we wcześniejszym wpisie wspomniałam, chcieliśmy jak najszybciej wydostać się z Portugalii. Była pełną ciekawych historii, niezwykłych postaci i krajobrazów, jednak nie czuliśmy się komfortowo w tym państwie. Tak więc zaraz po opuszczeniu ganja-samochodu zaczęliśmy łapać dalej. Długie godziny spędziliśmy w pełnym i upalnym słońcu. Chwilami miałam wrażenie, że tego dnia prędzej ugotuje mi się mózg niż coś się zatrzyma. Spieczeni, zirytowani i zmęczeni wypatrzyliśmy w oddali ALDIego. Pragnęliśmy się napić zimnego piwa. Im zimniejsze tym lepsze. Byle by się odrobinę rozluźnić i ochłodzić. A że owy supermarket był siecią niemiecką mieliśmy nadzieję na normalne piwo w półlitrowej butelce. 

Mogłabym spędzić godziny opisując cud klimatyzacji panujący wewnątrz sklepu. Chłód ten był dla nas niczym kawałek raju na ziemi. Minęliśmy w środku młodą blondynkę, bardzo ładną - a na ogół uroda portugalskich dziewczyn nas nie zachwycała. Wyraziłam ten pogląd, a Adaś z równym mojemu zdziwieniem go potwierdził. 

Rozerwaliśmy sześciopak półlitrowego piwa i niosąc wspaniałe dwa zimne okazy ruszyliśmy do kasy. Ale tam czekało nas ogromne rozczarowanie. Można było je kupić TYLKO w sześciopaku - a aż tak to się rozluźniać nie chcieliśmy. Ze smutkiem odłożyliśmy butelki i zaczęliśmy przebierać w piwach w puszkach jak od coca-coli - 0,33l. Adaś na sekundę odszedł, a ja krzyknęłam do niego, że znalazłam jakieś chyba jasne piwo za ileś tam centów. I wtedy za swoimi plecami, a za raczej ogromnym plecakiem usłyszałam:

- Pomóc wam jakoś czy coś? Może podwózki potrzebujecie?

Zdębiałam. Choć nie wiem dlaczego, wszak nie był to pierwszy Polak, którego spotkaliśmy po drodze. Rozpoczęłam rozmowę, zaraz potem podszedł Adaś i...
...wcześniej opisana ładna Portugalka, która okazała się być Polką. 

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Jazda bez trzymanki

Z Aną i Rafaelem dojeżdżamy w okolice Grandoli. Zaczyna robić się już szarawo więc najwyższy czas na poszukiwanie miejsca do spania. Ana wspominała, że w pobliżu miasta Sines jest zarówno wiele pól namiotowych jak i miejsc gdzie możemy rozbić się na dziko. To niedaleko, nie zupełnie po naszej trasie, ale co tam! Przecież mamy czas! Wyciągamy więc kciuki i staramy się złapać stopa. Niedługo potem zatrzymuje się samochód. Gość chciał jedynie zapytać o numer drogi, ale w efekcie końcowym nas zabrał. Dziewczyna, która mu towarzyszyła nie wydawała się być zadowolona z naszej obecności. Zapytano nas skąd jesteśmy, a gdy już odpowiedzieliśmy, że z Polski nasz kierowca powiedział:

- Dwie kawy i dwa piwa! Hotel dwie osoby! - PO POLSKU!

środa, 4 grudnia 2013

Kierunek? Galicia!

Panie i panowie! Mamy zaszczyt pochwalić się wynalezioną przez nas, najnowocześniejszą i niezawodną suszarką do ubrań. Projekt jak dotąd jest prowizoryczny, ale jego geniusz przekracza najśmielsze
oczekiwania konsumenta. A jak wszystkim Polakom powszechnie wiadomo - prowizorki trzymają się najdłużej. Przedstawiamy zatem najnowszy cud techniki!

Złożona z dwóch przydrożnych barierek, pokryta niesamowicie ogromną warstwą kurzu, w którego skład wchodzą rzeczy, o których pewnie nie chciałbyś nawet słuchać, ale to nie wszystko! Pod barierkami jest miejsce do wypoczynku, wystarczy znaleźć sobie kawałek ziemi, który nie grozi tym, że zaraz jakiś samochód zamieni Twoje nogi w przejście dla pieszych! Taką suszarkę może mieć każdy! W dodatku za darmo! Jest prosta w obsłudze i... I chyba powinnam zostać prezenterką w TeleZakupach.

W każdym razie było to tak...

wtorek, 3 grudnia 2013

"Hiszpańskie pierogi" czyli tortilla

Choć na początku środek pustkowia w pobliżu Zumai nie przypadł nam do gustu (ze względu na zimno, porywisty wiatr i wszystko to co rozczarowało nas w Hiszpanii) po wyspaniu się i wyjściu z namiotu to co zobaczyliśmy wprawiło nas w totalny zachwyt. W przeciwieństwie do do poprzedniego dnia niebo miało
piękny szaro-niebieski kolor, wiatr ustał, a dookoła siebie mieliśmy tylko przyrodę. Mnóstwo zwierząt hodowlanych, gór, pól... Od czasu do czasu pojawiali się rowerzyści albo wędrowcy. Poza tym nie było nikogo. 
W planach mieliśmy opuszczenie tego miejsca zaraz po świcie, ale po obudzeniu się poważnie zaczęliśmy się zastanawiać nad zabawieniem tu jeszcze jednej nocy. Jednogłośnie zadecydowaliśmy, że tak właśnie zrobimy, ale tak czy owak musimy spakować co nasze i zejść do miasta po jedzenie, wodę... 
Zaczęliśmy się więc pakować i w momencie kiedy zwijałam karimaty podjechał samochód i wysiadła kobieta wyglądająca jak ktoś z ochrony. Nieudolnie próbowała się z nami dogadać na temat tego co my tu robimy i dlaczego i starając się wyjaśnić nam, że w Hiszpanii na dziko rozbijać się nie wolno. Graliśmy głupa oczywiście i udawaliśmy, że nie mamy pojęcia o czym mówi. 
Kobieta w końcu rozłożyła ręce i powiedziała:

- Tienda (rękoma nakreśla trójkątny kształt namiotu) Dia no! Noche OK!

I tak oto dowiedzieliśmy się, że Hiszpanie problemów za rozbijanie namiotu w nieprzeznaczonych do tego miejscach nie robią jeśli to jest noc. Możesz się rozbić byle przed wschodem słońca swój obóz zwinąć. 

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Kraj Basków

Obraliśmy kierunek upragnionej Hiszpanii, zapominając przy tym o istnieniu Kraju Basków. Z naszej dotychczasowej wiedzy wynikało jednoznacznie, że jest to odrębna część Hiszpanii. Na chłopski rozum coś jak niezależne województwo. W przypadku Hiszpanii trzy prowincje połączone w jedno, posiadające swój odrębny język jednak podlegające pod prawo hiszpańskie. "Kraj" położony w północnej Hiszpanii dokładnie nad Zatoką Biskajską. I właściwie to wszystko co wiedzieliśmy. Uznaliśmy, że to coś jak nasze Kaszuby. Ku naszemu zdziwieniu o Basque usłyszeliśmy jeszcze we Francji. Co prawda większość terytorium tego specyficznego kraju leży na terenie Hiszpanii, ale fragment jest we Francji. Ludzie, którzy nam o tym opowiadali uznali, że pomiędzy granicą francuską, a hiszpańską w miejscu gdzie chcemy ją przekroczyć czyli dokładnie tak jak leży Irun granica jako taka wcale nie istnieje bo zarówno część po stronie jednego kraju jak i drugiego jest tak zwanym Basque Country więc jest czymś wspólnym. Albo jeszcze inaczej. Ten fragment nie jest ani hiszpański ani francuski. To po prostu Basque. Nie ma to nic wspólnego z prawem, jednak ludzie mieszkający tam są o tym przekonani bardziej niż o tym, że niebo jest niebieskie.

wtorek, 16 lipca 2013

Odliczanie

Cały rok rozgadywania się na temat tego gdzie to my nie pojedziemy powoli zaczyna być przeszłością. Teraz trwają porządne przygotowania do wyjazdu. Zostało coś około dwóch tygodni, większość rzeczy kupiona, trasa w jedną stronę opracowana, pozostało jedynie dograć kilka szczegółów, dokupić parę pierdół i można jechać. Coś co było tylko luźnymi marzeniami teraz nagle staje się rzeczywistością. Zawsze chcieliśmy tam pojechać! Zawsze chcieliśmy postawić nogę w Afryce.

Marrakesz jest najbardziej oddalonym punktem wyprawy. Nie jest wcale celem. Celem jest samo Maroko i posmakowanie zupełnie innej kultury. Mimo, że to państwo jest tak naprawdę najbardziej "europejską częścią Afryki" to jednak Afryki. Coś czego nasze oczy jeszcze nie widziały, język, którego naszym uszom jeszcze nie było dane słyszeć, zapachy i smaki, których nie znamy...

Na jaki czas? A co to jest czas? Na tyle na ile będzie trzeba. To nie żaden wyścig. Chcemy jechać nie jedynie po to by dojechać, a na miejscu przeobrazić się w turystów. Chcemy jechać by widzieć. Nawet gdyby pokonanie tych czterech i pół tysiąca kilometrów (jak podpowiada wujek google) miało nam zająć miesiąc, albo dwa...to co? Wiem, że tą trasę można przejechać w bardzo szybkim tempie, tylko nie rozumiem po co?
Jeśli zejdzie nam rok na włóczenie się po świecie, to zejdzie. Zero ograniczeń czasowych. W końcu nie żałuję się czasu na własną pasję, prawda?

 To nie jest moja ukochana wersja papierowa, ale prawie się z nią pokrywa.
Trasa opracowana jedynie do Gibraltaru, dalej droga będzie malowała się sama ;)