Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plantacje winogron. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plantacje winogron. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 lipca 2014

O tym jak nie udało nam się znaleźć pracy

Kiedy rano się budzimy nasz namiot cały jest w rosie. Wszystko co tylko mogło przemoknąć - przemokło.
Wytrzepujemy więc nasz namiot na tyle na ile jest to możliwe i składamy go. Był odrobinę wilgotny, ale cóż... Słońce nie wyglądało na takie co lada chwila wyjdzie zza chmur. Opłukujemy twarze w lodowatej wodzie z potoku i wychodzimy na drogę. Jest pusto aż strach! Po półgodzinnym marszu zobaczyliśmy samochód. Wyjechał on z mgły niczym zjawa. I na dodatek się zatrzymał.

Kierowcą był starszawy Anglik i jego syn. Mimo tego, że Adaś doskonale radzi sobie z angielskim miał drobne kłopoty w rozumieniu. Ja natomiast nie rozumiałam nic poza pojedynczymi słowami wyrwanymi z kontekstu. Jeśli chodzi o kwestię mojej nauki języka podczas podróży - Brytyjczyk, z którym wtedy jechaliśmy dał mi sporą lekcję tego jak akcent może wpłynąć na całokształt.

Z tego co udało nam się zrozumieć wynikało, że przyjechał on kilka lat wcześniej do Hiszpanii. Kupił tu dom i zaczął prowadzić własną działalność. Wybrał akurat ten kraj ze względu na panujący w nim klimat. Miał dość szarej i deszczowej Anglii. Po jakimś czasie jednak w Hiszpanii nastał czas kryzysu, a upał okazał się być raczej sposobem na wakacje Anglika aniżeli klimatem w jakim chciałby funkcjonować na co dzień. Zrezygnował więc z prowadzenia swojej działalności, sprzedał dom i był w trakcie przeprowadzania się z powrotem do swojej ojczyzny. Opowiadał tak i opowiadał, a na końcu wcisnął nam ni z tego ni z owego 5 euro na śniadanie. A my poważnie zaczęliśmy się zastanawiać nad swoim wyglądem... Na niedożywionych wyglądaliśmy, czy jak? Tak czy inaczej dziękujemy z tego miejsca brytyjskiemu kierowcy...

piątek, 18 lipca 2014

Smaki Hiszpanii

Zrywamy się skoro świt. Kończymy pakować się w tym samym czasie kiedy na ziemię spadają pierwsze promienie słoneczne. O ile ostatnie miejsce, w którym robiliśmy namiot było beznadziejne, to to było rewelacyjne. Przypływ choćby chciał nie mógł nas dosięgnąć, było ciepło i nie padał deszcz. Podłoże było równe i pomimo komercyjnej plaży z leżakami z przodu i campingu z tyłu - byliśmy ukryci przed ludzkim wzrokiem na wydmach.

Byliśmy kilkadziesiąt kilometrów przed Alicante. Konkretnej nazwy miejscowości jednak nie znam. Trafiliśmy tutaj w nocy i żadne z nas nie zainteresowało się tym gdzie dokładnie jesteśmy. Miasteczko nie było duże, ale wyjście na drogę zajęło nam i tak sporo czasu. Mijaliśmy kolejne hotele i campingi. Otwierające się dopiero bary i restauracje. Nic interesującego. Aż wreszcie coś zdołało przykuć naszą uwagę. Wolałabym żeby nie miało to miejsca. Jednak miało - co kilka metrów w krzakach można było zauważyć szkielety zwierząt. Większość z nich stanowiły kuny, ale zdarzały się też lisy i mniejsze gryzonie. Było tego mnóstwo. Był to niezaprzeczalny dowód na to, że temperatury w Hiszpanii potrafią być zabójcze. Była mniej więcej ósma rano, a termometry przy drogach powoli dochodziły do 20 stopni. Strach było pomyśleć jaką osiągną one w południe i w jakich katuszach umierały zwierzęta, których kości zalegały na chodnikach...