Po upływie
tygodnia w hotelu pakujemy się, sprzątamy własny pokój i wyruszamy dalej.
Carmen co prawda proponuje nam byśmy zostali dłużej, ale byliśmy już zmęczeni
lenistwem i siedzeniem w jednym miejscu. Wymieniamy się kontaktami do siebie i
żegnamy się życząc sobie powodzenia. Ona życzy nam bezpiecznej podróży, a my
jej rozkwitu świeżo przejętego interesu.
W piekielnym
upale doszliśmy na wylotówkę. Ledwie opuściliśmy hotel, a już byliśmy spoceni i
śmierdzący. Po krótkiej chwili łapiemy na stopa młodą parę jadącą bezpośrednio
do Walencji. Nie zależy nam jednak na tym by wjeżdżać do dużego miasta.
Przewidujemy od razu problemy z wydostaniem się z niego i prosimy by zostawili
nas na jakimś tam zjeździe dziesięć kilometrów przed Walencją.
Dziś uważamy,
że każda z tych decyzji byłaby zła. Wysiedliśmy tak, że teoretycznie staliśmy
na wjeździe na autostradę. W praktyce jednak było tak, że nic tamtędy nie
jeździło.
Samochód
pojawiał się raz na dobrych kilkanaście minut. Za każdym razem wyglądał jak zbawienie,
ale i za każdym razem mijał nas bez mrugnięcia okiem.
Po godzinie czekania na
nie wiadomo co w tamtym miejscu dostrzegliśmy w krzakach na drodze dwa
szkieleciki. Zapewne lisa lub kuny. Choć nie było to wcale zabawne w ramach
histerycznej głupawki przyszło nam do głowy, że to również byli autostopowicze,
którzy całkiem dosłownie – zapuścili tam korzenie.
Nie chcąc
podzielić ich losu ogarniamy swoją pozycję na mapie i ruszamy przed siebie.
Jakaś mniejsza droga ma prowadzić do wsi nieopodal. Wieś, o której istnieniu wyczytaliśmy na
mapie była piętnaście kilometrów dalej.
Jeśli zastanawiacie się czy w drodze do niej udało nam się kogoś złapać,
to odpowiedź brzmi: „NIE” i ze względu na pisownie wielkimi literami, chyba nie
potrzebuje dokładniejszych wyjaśnień.
Gdy tylko na
swojej drodze znajdujemy pierwszy sklep rzucamy się na niego jak rekin na krew!

