Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wwoofing. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wwoofing. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 lipca 2014

Waluta inna niż pieniądze

Jeszcze tego samego wieczora bierzemy się do pracy. Zostawiamy plecaki w naszym pokoju i biegniemy na
dół. Do naszych zadań należeć będzie posprzątanie w kuchni, w której nikt nie sprzątał od czasu kiedy poprzedni właściciel zamknął interes, czyli od blisko trzech lat. Uprzątnięcie magazynów, sali głównej i doprowadzenie posadzki do porządku.

Adaś zabiera się za magazyny, a ja za posadzkę i schody w pracowniczej części hotelu. Carmen i reszta personelu zostawiają nas samych. A my staramy się wywiązać ze swoich obowiązków jak najlepiej żeby nie opuścić tego miejsca wcześniej jak za trzy dni, które pozwolono nam zostać.

W magazynach panuje nieład do kwadratu. Wszystkie możliwe naczynia są brudne, zakurzone albo tłuste. Ściany po wyszorowaniu ku naszemu zdziwieniu zmieniają kolor na biały, choć w początkowej fazie były intensywnie żółte. Układamy i myjemy wszystko. Posadzka i schody będące moim zadaniem również mają cechę zmienności swojej barwy. Z ciemno-szarych, po umyciu okazują się być błękitno-szare. Błękit jednak dość mocno zgubił się pod wpływem czasu, kurzu i tak dalej...

czwartek, 24 lipca 2014

Obecność Anioła Stróża

Szczęście nas nie opuszcza. Kolejnego dnia łapanie stopa można by nazwać czystą przyjemnością.
Wszystkie samochody, które udaje nam się zatrzymać podwożą nas co prawda po kilka, kilkanaście kilometrów, ale cały czas poruszamy się do przodu. Rezygnujemy na chwilę z szukania pracy. Mamy pół plecaka jedzenia, sami nie jesteśmy głodni, nie brakuje nam wody więc odpuszczamy sobie w obawie, że zamiast pracy znów dostaniemy żarcie albo pieniądze. Nie chcieliśmy naciągać dobrego losu. Wspominaliśmy jedynie kierowcom o naszych nieudolnych próbach podjęcia pracy, w nadziei, że a nóż, mają oni jakiegoś znajomego, który mógłby nas przyjąć. Niestety - Ci jedynie chichotali nie dowierzając w naszego farta. Nasz Anioł Stróż jednak nie odpuszcza sobie. Podczas gdy my unikamy sytuacji, w których moglibyśmy niezamierzenie znów wyjść na darmozjadów ten zrzuca nam pod nogi 5 euro.

Serio. Szliśmy zapalić i usiedliśmy w cieniu krzaków pośrodku niczego. A Adaś znalazł 5 euro. 

Kiedy informuję swoją mamę o tym fakcie w odpowiedzi słyszę, że ten nasze szczęście robi się już nudne. Pisała ona wtedy relację z naszej podróży do lokalnej gazety i twierdziła, że to co opisuje jest wręcz niewiarygodne. Czuła wtedy zapewne coś podobnego do tego co teraz czuje ja. To znaczy, że czasami sama sobie nie wierze w ten nadmiar szczęścia. Nie zmienia to faktu, że to wszystko zdarzyło się na prawdę.

środa, 23 lipca 2014

Gospodarstwo ekologiczne

Po kolacji, którą dostaliśmy od kelnera w barze usiedliśmy na chodniku. Oparliśmy się o budynek za nami i
dogorywaliśmy czekając na chwilę gdy znów będziemy mogli się poruszać. Byliśmy przejedzeni. A do tego tkwiliśmy w ciężkim szoku. Tyle serdeczności i bezinteresowności nie doświadczyliśmy nigdy. Ta podróż była obfita w niemożliwe sytuacje - jednak to co działo się wtedy przekraczało nawet nasze pojęcie. Nasz Anioł Stróż nieustannie trzymał nad nami pieczę. Umierał chyba z przepracowania, ale był skuteczny.

Skończył nam się wtedy tytoń. Zamierzaliśmy go kupić, ale w wioseczce, e której byliśmy nie było sklepu odpowiedzialnego za sprzedaż tytoniu. Obok nas przechodził mężczyzna palący papierosa. Zapytaliśmy czy nie mógłby nas jednym poczęstować, albo chociaż sprzedać nam jedną sztukę. Odpowiedział, że chętnie by to zrobił, ale wychodząc z domu wziął tylko jednego. Wrócił jednak po około dziesięciu minutach i wręczył nam paczkę po filterkach, odrobinę tytoniu i kilka bibułek. Byliśmy więc już w szoku kompletnym. Podziękowaliśmy, gość odszedł w siną dal, a my otworzyliśmy paczuszkę i...

...zbledliśmy.

wtorek, 22 lipca 2014

O tym jak nie udało nam się znaleźć pracy

Kiedy rano się budzimy nasz namiot cały jest w rosie. Wszystko co tylko mogło przemoknąć - przemokło.
Wytrzepujemy więc nasz namiot na tyle na ile jest to możliwe i składamy go. Był odrobinę wilgotny, ale cóż... Słońce nie wyglądało na takie co lada chwila wyjdzie zza chmur. Opłukujemy twarze w lodowatej wodzie z potoku i wychodzimy na drogę. Jest pusto aż strach! Po półgodzinnym marszu zobaczyliśmy samochód. Wyjechał on z mgły niczym zjawa. I na dodatek się zatrzymał.

Kierowcą był starszawy Anglik i jego syn. Mimo tego, że Adaś doskonale radzi sobie z angielskim miał drobne kłopoty w rozumieniu. Ja natomiast nie rozumiałam nic poza pojedynczymi słowami wyrwanymi z kontekstu. Jeśli chodzi o kwestię mojej nauki języka podczas podróży - Brytyjczyk, z którym wtedy jechaliśmy dał mi sporą lekcję tego jak akcent może wpłynąć na całokształt.

Z tego co udało nam się zrozumieć wynikało, że przyjechał on kilka lat wcześniej do Hiszpanii. Kupił tu dom i zaczął prowadzić własną działalność. Wybrał akurat ten kraj ze względu na panujący w nim klimat. Miał dość szarej i deszczowej Anglii. Po jakimś czasie jednak w Hiszpanii nastał czas kryzysu, a upał okazał się być raczej sposobem na wakacje Anglika aniżeli klimatem w jakim chciałby funkcjonować na co dzień. Zrezygnował więc z prowadzenia swojej działalności, sprzedał dom i był w trakcie przeprowadzania się z powrotem do swojej ojczyzny. Opowiadał tak i opowiadał, a na końcu wcisnął nam ni z tego ni z owego 5 euro na śniadanie. A my poważnie zaczęliśmy się zastanawiać nad swoim wyglądem... Na niedożywionych wyglądaliśmy, czy jak? Tak czy inaczej dziękujemy z tego miejsca brytyjskiemu kierowcy...