dogorywaliśmy czekając na chwilę gdy znów będziemy mogli się poruszać. Byliśmy przejedzeni. A do tego tkwiliśmy w ciężkim szoku. Tyle serdeczności i bezinteresowności nie doświadczyliśmy nigdy. Ta podróż była obfita w niemożliwe sytuacje - jednak to co działo się wtedy przekraczało nawet nasze pojęcie. Nasz Anioł Stróż nieustannie trzymał nad nami pieczę. Umierał chyba z przepracowania, ale był skuteczny.
Skończył nam się wtedy tytoń. Zamierzaliśmy go kupić, ale w wioseczce, e której byliśmy nie było sklepu odpowiedzialnego za sprzedaż tytoniu. Obok nas przechodził mężczyzna palący papierosa. Zapytaliśmy czy nie mógłby nas jednym poczęstować, albo chociaż sprzedać nam jedną sztukę. Odpowiedział, że chętnie by to zrobił, ale wychodząc z domu wziął tylko jednego. Wrócił jednak po około dziesięciu minutach i wręczył nam paczkę po filterkach, odrobinę tytoniu i kilka bibułek. Byliśmy więc już w szoku kompletnym. Podziękowaliśmy, gość odszedł w siną dal, a my otworzyliśmy paczuszkę i...
...zbledliśmy.