Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kot. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 lipca 2014

Tam gdzie dojrzewają pomarańcze

Tego ranka rolę budzika przejął nasz Gato, który bardzo pilnie potrzebował wyjść z namiotu. Mimo przedwczesnej pobudki nie gniewaliśmy się na zwierzaka. Bez słowa wstaliśmy, wypuściliśmy go na zewnątrz i cieszyliśmy się, że to właśnie tam załatwił swoje sprawy. A nie w namiocie - na przykład.

Rozpoczęliśmy pakowanie dobytku. Kot był wtedy głównym tematem rozmów. Zwłaszcza, że nie zapowiadało się na to, że sobie nas odpuści. Cały czas łasił się, mruczał i rozkochiwał nas w sobie jeszcze mocniej. Nalaliśmy mu pełną miskę wody i oddaliśmy puszkę pasztetu. Nie protestował, a my dzięki temu zyskaliśmy chwilę na poważną rozmowę o tym co z nim począć. 

Padł co prawda pomysł żeby przetransportować go do Polski, ale szybko doszliśmy do wniosku, że byłoby to bestialstwo. Zwierzę by się zamęczyło. Postanowiliśmy więc odrobinę zmienić trasę i przejechać się po okolicznych wsiach. A tam zapytać mieszkańców czy ktoś nie zaopiekowałby się przybłędą. 

Stopowanie z kotem może nie było najmądrzejszym pomysłem, ale wtedy jedynym. Kociak i tak nie odstępował nas na krok. Bezpieczniej było nieść go na rękach niż pozwolić mu iść za nami i wpaść pod samochód. 

wtorek, 15 lipca 2014

Andaluzyjski horror autostopowy

Nawet nie potraficie sobie wyobrazić jak bardzo można cieszyć się z pary czystych majtek.
Wszystkie nasze ciuchy pachniały płynem do płukania tkanin, a nie potem i wilgocią - mieliśmy więc powody do uciechy. Nie był to jednak ich koniec. Oprócz tego czekało na nas miękkie łóżko i gorący prysznic. Spakowaliśmy więc swoje plecaki tak żeby rano móc je jedynie założyć i pogrążyliśmy się we śnie.

Czy zaspaliśmy? No ba! Budzik prowadził z nami wojnę od 6.00 rano, ale my byliśmy nieugięci. Nie było na nas siły. Spaliśmy jak zabici. Zwlekliśmy się z łóżka dopiero grubo po 9.00. Mieliśmy więc bardzo mało czasu na to by się wymeldować.

Dopakowujemy resztę rzeczy i biegniemy pod prysznic. Bo jest. Bo możemy. A tak naprawdę jest to wynikiem dziwacznego przeświadczenia o tym, że w podróży można pewne rzeczy zrobić na zapas. Na zapas się więc je - co skutkuje co najwyżej bólem brzucha, a głód i tak przychodzi mniej więcej wtedy co przyszedłby normalnie. Na zapas zdarza się też kąpać jeśli jest ku temu okazja. Brudnym jest się w tym samym czasie, ale... jakoś... nikt o tym nie myśli.

wtorek, 13 maja 2014

Brawo!!! Saha!!! ... czyli chwała Tobie i na zdrowie!


Gdy pojawia się właściciel hotelu, pod którym czekaliśmy z Hassanem żegnamy się z naszym przewodnikiem

- w tym wypadku słowo "przewodnik" nie równa się w żadnym razie "naciągaczowi". Drzwi hotelu otwierają się, a wraz z nimi nasze gęby i chwile potem szczękę właściwie możemy zbierać z podłogi. Miejsce to jest wyjątkowo ładne, odpicowany jest każdy detal i w żadnym, ale to w żadnym razie nie stać nas nawet na ćwierć nocy tam. Odbywamy jednak obowiązkową rozmowę, podczas której tylko upewniamy się, że mieliśmy racje co do kosztów wynajęcia pokoju. Konwersacja zmienia odrobinę ton gdy pytamy czy w okolicy nie ma jakiegoś tańszego, sporo tańszego hotelu. Ku naszemu zdziwieniu właściciel wcale nie namawia nas do zatrzymania się u niego i od razu prowadzi nas w jakieś inne miejsce...

Trafiamy do hotelu, o jakże błyskotliwej nazwie - Africa. Jego właścicielem jest dziadek o bardzo specyficznym humorze i jeszcze bardziej popsutych zębach. Wita się niezwykle wylewnie z tym, który nas do niego przyprowadził, a potem nie zwracając na nas uwagi idą zapalić wspólnie fajkę. Gdy już całe pomieszczenie wypełnia zapach marihuany wyżej wspomniany dziadek zaczyna rozmowę z nami. Co prawda na początku bredzi coś o 300 MAD za pokój, ale na widok naszych zwieszonych uszu i pod wpływem kilku słów gościa, który nas przyprowadził do niego mówi, że za stówę wynajmie nam pokój na dachu.

wtorek, 1 kwietnia 2014

Zwierzęta

Podróżnik to nie tylko zachwycony pięknem świata człowiek, który wszystko postrzega jedynie przez pryzmat błękitu oceanu i jaskrawej zieleni przyrody. Czasami czerwona ziemia nie jest jedynie ciekawym widokiem, który jest nowy dla oka - zaraz pod jej barwą czają się spękana ziemia i piekielna temperatura, które nie dla wszystkich są znakiem, że czas zacząć się opalać...

Koty, małe puchate kulki, które całymi dniami ocierając się o nogi proszą o pogłaskanie - tutaj przypominają bardziej kocie Auschwitz. Hurtowe ilości wyliniałych szkieletów snują się po ulicach polując na cokolwiek do jedzenia. Kotów są setki bo nikt ich przecież nie sterylizuje. Mnożą się one więc bez umiaru i gdyby nie to, że stanowią one pogrom dla szczurów to być może już nikogo by nie obchodziły. Od czasu do czasu dostaną one jakieś podroby i to w sumie byłoby na tyle. 

Widok tej kociej tragedii jest całkowitym zaprzeczeniem szacunku, którym teoretycznie powinno się te stworzenia darzyć. Wszystko to ma bezpośredni związek z legendą o Muezzie. Był to ulubiony kot
Mahometa. Podobno nawet wygłaszał kazania ze zwierzakiem na kolanach, a i dokonywał symbolicznego obmycia się wodą z miski, z której pijał ulubieniec. Dlaczego tak traktował futrzaka? Otóż wedle legendy gdy Mahomet został zaatakowany przez dzikie psy i niemal konał to właśnie Muezza odnalazł go i wylizał wszystkie rany. Był z nim, aż do czasu gdy ten wyzdrowiał. Prorok tak go ukochał, że od tamtego czasu kot był ciągle przy nim. Najsłynniejszą opowieścią o relacji Mahomet - Muezza jest ta o tym, że gdy prorok obudził się na poranną modlitwę i zauważył kota śpiącego w rękawie jego szaty -  nie śmiał go obudzić. Obciął więc rękaw, a sam modły odprawił z jednym ramieniem nagim. Po zakończeniu modlitwy kot wstał i oddał Mahometowi pokłony.

Zapewne wszystko to, to jeden wieli pic na wodę, fotomontaż, ale mimo to choćby ze względu na symboliczne znaczenie opowieści przydałoby się choć trochę szacunku do zwierząt w tym kraju - nie tylko dla kotów.

wtorek, 11 lutego 2014

Larache

Busem, który o mały włos nie rozpadł się po drodze dojechaliśmy do Larache. W tym mieście raczej nie widoczny był rozkwit turystyki. Owszem, było tam sporo hoteli - tych lepszych  tych gorszych. Wszystkie jednak zamykały się w jednej europejskiej gwiazdce - nawet jeśli tam przysługiwały im cztery. Knajp przygotowanych pod turystów też było kilka - w menu można było znaleźć między innymi "tradycyjną marokańską sałatkę", która nie była niczym innym jak pomidory z pieprzem i solą. Druga sprawa, że ich tradycyjna sałatka zmieniała skład wraz z miejscowością, w której była podawana. W owych knajpach można było też spróbować miejscowego Tajin czyli warzyw z mięsem, warzyw z rybą lub po prostu warzyw przygotowywanych w konkretny sposób i w specjalnym naczyniu.

Jednak wszystko wyglądało tak jakby było przygotowane pod ewentualnego, a nie pewnego turystę. Z tego
też powodu ciężko było odnaleźć opisywane w Maroko piękne, kolorowe stragany, smakowite zapachy i cieszące oko artystyczne wyroby miejscowych. Tak ogólnie to zdanie opisane powyżej jest naszym zdaniem totalną ściemą. Dlaczego tak bardzo nie cierpimy turystyki? Bo kłamie. Pokazuje jedynie to co ludzie chcą zobaczyć w danym miejscu i zamiata pod dywan prawdziwe życie. Zarówno jego piękno jak i tą bardziej mroczną stronę.  Maroko tam gdzie nie dosięgają zorganizowane wycieczki przypomina raczej reklamę BigMaca z McDonald'sa - w telewizji wygląda jak duża, smakowita kanapka, w rzeczywistości jednak dostajemy rozlazłą bułkę z mięsem, którego pochodzenia wolelibyśmy nie znać.