Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bazar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bazar. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 maja 2014

Czy wszystko w porządku?

Mimo tego, że cała akcja z kawą rozeszła się po kościach i wszyscy w lokalu starali się zrobić wszystko aby
wyglądać tak jakby nic nigdy się nie wydarzyło wredny kelner, który odpowiedzialny był za całe zamieszanie spoglądał na nas z ogromną niechęcią. Gdy tylko zapłaciliśmy chcieliśmy się ewakuować jak najprędzej i wtedy Adaś zdjął aparat ze swojej szyi i zawiesił go na moją.

- On wygląda tak jakby zaraz miał mi roztrzaskać coś na głowie. Więc jakby co - to niech chociaż lustro w tym wszystkim nie ucierpi... - powiedział całkiem poważnie.

Całe szczęście, że skończyło się jedynie na obawach i kelner nie miał ochoty wyrównywać z nami rachunku. Po chwili od opuszczenia kawiarni znów zaczęliśmy błądzić ulicami miasta. Wtedy też dopada nas mężczyzna, którego imienia nie pamiętam za żadne skarby. Nie jest on przewodnikiem, a przynajmniej nie płatnym. Uważa, że zabłądziliśmy - co z resztą jest bliskie prawdy i postanawia nam pomóc dostać się na plac Hassana II. Zanim jednak dotarliśmy pod Pałac Królewski - musieliśmy odwiedzić sklepy jego przyjaciół i przede wszystkim - pracownie jego ojca. Były owszem próby namówienia nas do kupna kilku rzeczy, ale nikt nie naciskał i być może to wpłynęło na fakt, że weszliśmy w posiadanie jakiegoś olejku, który jest chyba najbardziej konkretną pamiątką jaką przywieźliśmy. Marokańczyk odprowadza nas w obiecane miejsce i po prostu znika.

wtorek, 13 maja 2014

Brawo!!! Saha!!! ... czyli chwała Tobie i na zdrowie!


Gdy pojawia się właściciel hotelu, pod którym czekaliśmy z Hassanem żegnamy się z naszym przewodnikiem

- w tym wypadku słowo "przewodnik" nie równa się w żadnym razie "naciągaczowi". Drzwi hotelu otwierają się, a wraz z nimi nasze gęby i chwile potem szczękę właściwie możemy zbierać z podłogi. Miejsce to jest wyjątkowo ładne, odpicowany jest każdy detal i w żadnym, ale to w żadnym razie nie stać nas nawet na ćwierć nocy tam. Odbywamy jednak obowiązkową rozmowę, podczas której tylko upewniamy się, że mieliśmy racje co do kosztów wynajęcia pokoju. Konwersacja zmienia odrobinę ton gdy pytamy czy w okolicy nie ma jakiegoś tańszego, sporo tańszego hotelu. Ku naszemu zdziwieniu właściciel wcale nie namawia nas do zatrzymania się u niego i od razu prowadzi nas w jakieś inne miejsce...

Trafiamy do hotelu, o jakże błyskotliwej nazwie - Africa. Jego właścicielem jest dziadek o bardzo specyficznym humorze i jeszcze bardziej popsutych zębach. Wita się niezwykle wylewnie z tym, który nas do niego przyprowadził, a potem nie zwracając na nas uwagi idą zapalić wspólnie fajkę. Gdy już całe pomieszczenie wypełnia zapach marihuany wyżej wspomniany dziadek zaczyna rozmowę z nami. Co prawda na początku bredzi coś o 300 MAD za pokój, ale na widok naszych zwieszonych uszu i pod wpływem kilku słów gościa, który nas przyprowadził do niego mówi, że za stówę wynajmie nam pokój na dachu.

piątek, 9 maja 2014

Sprzedawcy z Chefchaouen - inny niż wszyscy

Podczas spaceru po starej części miasta zostajemy zaciągnięci do sklepu gościa, który handluje dywanami,
kocami oraz... ziołami i herbatą. Tak - haszyszem też, ale mniej oficjalnie. Z marszu powtarzamy niczym mantrę, że nic nie kupimy nawet jeśli mocno obniży cenę bo niczego nie potrzebujemy. Muszę jednak przyznać, że koce, które były w jego asortymencie były zjawiskowo piękne. Właściciel graciarni parzy dla nas herbatę, odpala swoją fajkę i mimo naszych sprzeciwów rozpoczyna pokaz wszystkiego co ma. Twierdzi on, że robi to dla przyjemności i po prostu chce się tym wszystkim pochwalić. Oprócz tego dodaje, że owszem chciałby byśmy coś kupili, ale skoro nie chcemy to i tak nas do niczego nie zmusi. A za swoje przechwalanie nie każe nam płacić.

Swoimi przemyśleniami nas mocno do siebie przekonał. Nawet jeśli był to po prostu kolejny chwyt
marketingowy... był bardzo skuteczny. Nie kupiliśmy nic, ale była chwila, że mocno zastanawiałam się czy nie wejść w posiadanie pięknego seledynowo-niebieskiego koca.

Przy wspólnej konsumpcji herbaty sklepikarz opowiada trochę o sobie, trochę o swojej rodzinie. Wspomina też o palonym przez siebie haszyszu - bo jakże mógłby podarować sobie tak interesujący temat?
Wypytuje nas o różne rzeczy. W końcu jednak decyduje się nas o coś poprosić. Prosi o to byśmy wspólnie z nim zrobili sobie zdjęcie. Nie chcemy tego robić bo lekcja w Fez nauczyła nas, że może być to pułapka. W końcu jednak udaje mu się nas namówić. Tak - było to nierozsądne, ale niczego szkodliwego nie spowodowało. Potem handlarz ciągnie drugą część prośby. Mianowicie - byśmy zrobili zdjęcie szyldu jego sklepu i udostępnili obie fotki w internecie.

Tak więc spełniam tą prośbę dzisiaj - przedstawiam jednego z wielu sprzedawców dywanów w Chefchaouen...


niedziela, 4 maja 2014

"Jestem turystą! Totalnym frajerem!"

Nie musimy czekać zbyt długo by przekonać się o tym, że gość z hotelu nie kłamał. Oddaliliśmy się od
głównej ulicy tylko trochę, a już jakiś życzliwy Marokańczyk bardzo chciał nam pokazać jak bardzo tradycyjna jest jego rodzina. Był nawet bardziej nachalny niż ten z opisów. Nazywał Adasia Ali-Babą i ciągnąc go oburącz ciągle coś bełkotał o tradycjonalizmie i o tym, że nie chce on nas nawet złamanego grosza. Gdyby nie to, że byliśmy świeżo po wykładzie o takich osobach uleglibyśmy pewnie jego urokowi, ale dzięki recepcjoniście byliśmy nieugięci. Po półgodzinnych zmaganiach z natrętem w końcu odpuścił.

Nie dano nam jednak ani chwili wytchnienia. Zaraz po tym zdarzeniu od razu zaczęli napadać nas przewodnicy. Jeden po drugim. I tak bardzo skutecznie gubiliśmy ich w tłumie, że aż sami się w końcu zgubiliśmy. I tak oto trafiliśmy na miejscowy suk. Czyli nic innego jak arabski bazar. Maroko leży w Afryce Północnej więc suki w jego większych miastach odbywają się codziennie. Nie mam pojęcia z czego wynika ta zależność. Może to wpływ turystyki, a może faktycznie tradycji. Na marokańskich wsiach sprawa ma się inaczej bo suk odbywa się raz, dwa razy w tygodniu. Nie żebym zrzędziła, ale tutaj raz jeszcze mogłabym zadać pytanie dotyczące turystyki i tradycji...

Suk prawie zawsze wygląda tak samo - wąskie uliczki wypełniają stragany i sklepy znajdujące się na świeżym powietrzu - chociaż z tym świeżym powietrzem to ja też bym tak nie szalała - często całe
targowisko zasłonięte jest czymś na wzór słomianej płachty. Przechodząc przez targowiska gdyby tak usunąć ze straganów wszystko co "made in china" można by odnieść wrażenie, że odnalazło się wehikuł czasu. Stare zabytkowe ulice i ci sprzedawcy - wszyscy ubrani w stylizowane na starocie stroje... coś pięknego! Przynajmniej dopóki nie wylezą zza stoiska i nie pokażą swoich nowych jeansowych krótkich spodenek.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Kobieta w marokańskim barze

Jak już wspominałam byliśmy bardzo głodni. Przemierzaliśmy więc całe miasto niczym dwa wygłodniałe zombie w poszukiwaniu jakiejkolwiek strawy. No może troszkę przesadzam. Z naszego menu wykluczyliśmy mięso gdyż baliśmy się, że przed przygotowaniem mogło wisieć na tym samym haku co koza wspomniana w poprzednim wpisie. Nawet Adaś, który jest typowym mięsożercą bez oporów odmawiał wszystkiego co było pochodzenia zwierzęcego powołując się na bycie wegetarianinem. Jajka wydawały się być najrozsądniejszą ze wszelkich opcji, ale za to niemożliwą do znalezienia. W tym państwie panuje jakaś taka zabawna zależność, że wszędzie możesz znaleźć wszystko za wyjątkiem tego czego potrzebujesz. Więc jak na złość zewsząd unosił się zapach pieczonego i smażonego mięcha, a kucharze oprócz tego co serwowali w menu gotowi byli przygotować wszystko czego byś nie zapragnął... oprócz jajek. Kolejnym bezpiecznym żarciem, które prawdopodobnie nie grozi rewolucją żołądkową na następny dzień wydała nam się być pizza. Znalezienie pizzerii co prawda trwało naprawdę bardzo długo, ale nasze wysiłki nie poszły n marne i w końcu usiedliśmy przy stole i czekaliśmy na naszą - wegetariańską - rzecz jasna pizze. Gratisowo na naszym stole wylądował talerzyk z oliwkami wszelkiej maści - zielonymi, czarnymi i tymi, których wcześniej nie widzieliśmy - różowymi oraz w ramach troski o nasze zaschnięte gardła sprezentowano nam również butelkę wody. Miły gest, prawda? No to teraz dwie rady:

1. Takie gratisowe przekąski serwowane w ramach oczekiwania na zamówione jedzenie to może być
podstęp. Kilkakrotnie nadzialiśmy się na to, że nie był to darmowy zabieg, a po prostu kolejna forma wyłudzenia forsy. Sprawa jest prosta - zjadłeś więc zapłać. Przecież nikt nigdy nie wspominał, że jest to za darmo. A milczenie nie jest w żaden sposób przyzwoleniem.

2. Woda, którą Marokańczycy serwują w kawiarniach i restauracjach to kranówka! Butelki prawie nigdy nie są fabrycznie zakręcone. A skoro nie są to żeby nie wiem jaki pożar wypalał Wasze gardła pod żadnym pozorem nie pijcie takiej wody. Chyba, że macie spory zapas stoperanu i papieru toaletowego. Bo wypicie kranówki może skutkować dłuższym posiedzeniem w toalecie.

* Polecam też zwracać uwagę na to czy do napoi podawanych w knajpach, na bazarach czy gdziekolwiek indziej dodawane są kostki lodu. Jeśli tak to lepiej taki napój wylać. Kostki lodu bowiem na pewno nie powstały z wody mineralnej.

środa, 23 kwietnia 2014

Droga do Bani Mallal

Historii, które przywieźliśmy z Marrakeszu jest dużo więcej niż opisałam. Są one często wyrwane z kontekstu albo tak bardzo absurdalne, że aż niemożliwe do "przelania na papier". Zachowanie niektórych sprzedawców bywało tak chaotyczne, że starając się o tym napisać, każde ze słów musiałabym zakańczać w połowie, a rezultat byłby taki, że nikt nie miałby pojęcia o co wtedy chodziło. I wbrew pozorom taki efekt byłby sukcesem dla mnie jako piszącego - przecież tak naprawdę niejednokrotnie nie wiedzieliśmy o co chodzi. Trzymajmy się jednak prostego schematu jakim jest to, że inaczej się przeżywa, a zupełnie inaczej o tym piszę. Trochę jak ze snem pełnym akcji - śnisz, że bierzesz udział w bardzo niebezpiecznym pościgu i gdy się budzisz pierwszą rzeczą o jakiej myślisz to to aby opowiedzieć go komuś, ale gdy zaczynasz mówić to okazuję się, że... tak na prawdę to nie ma o czym opowiadać.
Z tego też powodu pójdziemy wspólnie na śniadanie, a następnie pojedziemy do Bani Mallal i wstąpimy na
drobne piwko do baru. O czym ja mówię?

Posłuchajcie...

Pamiętacie czym jest harsha? Placek na bazie kaszy manny. Marokańskie jedzenie, które kosztuje grosze. Do czynienia z nim mamy głównie na bazarach. W restauracjach nie spotkaliśmy się z tym ani razu. Jako, że w Maroko jest to jedna z najtańszych i najbardziej sytych opcji zjedzenia śniadania nasza dieta składała się głównie z harshy właśnie. Problem w tym, że w Marrakeszu dostanie jej graniczy z cudem. A jeśli nawet zdarzy się, że ktoś ją smaży to albo na zamówienie za spore pieniądze, albo w postaci malutkich placuszków pięć razy droższych niż w jakimkolwiek innym miejscu. Bez sensu, prawda?

sobota, 19 kwietnia 2014

Bazar i zszargane nerwy

Istnieje kilka typów jeśli chodzi o sprzedawców. Jedni atakują z zaskoczenia i nim dowiesz się co właściwie
chcą Ci sprzedać - oni już uznają, że Ci to sprzedali. Inni starają się wprowadzić potencjalnego klienta w bardzo rodzinny nastrój i gdy ten podda się choćby odrobinę tej atmosferze Ci wciskają mu swój towar. Kolejnym typem są Ci od przedmiotów stworzonych przez Berberów czy też sprowadzonych prosto z Sahary. Oferują oni niezwykle cenny towar liczący często setki lat albo nawet tysiące i nierzadko zdarza się, że głównym materiałem z którego dana rzecz została wykonana jest "średniowieczny plastik", albo "guma zwulkanizowana przez Mahometa". Opcjonalnie srebro - tak stare, że pozbawione próby i barwiące palce na zielono. Ci są niezwykle groźni ponieważ każdy tego typu defekt potrafią oni wytłumaczyć w taki sposób, że turysta nie dość, że kupi ten badziew to jeszcze odejdzie zadowolony.
A było to tak...