wyglądać tak jakby nic nigdy się nie wydarzyło wredny kelner, który odpowiedzialny był za całe zamieszanie spoglądał na nas z ogromną niechęcią. Gdy tylko zapłaciliśmy chcieliśmy się ewakuować jak najprędzej i wtedy Adaś zdjął aparat ze swojej szyi i zawiesił go na moją.
- On wygląda tak jakby zaraz miał mi roztrzaskać coś na głowie. Więc jakby co - to niech chociaż lustro w tym wszystkim nie ucierpi... - powiedział całkiem poważnie.
Całe szczęście, że skończyło się jedynie na obawach i kelner nie miał ochoty wyrównywać z nami rachunku. Po chwili od opuszczenia kawiarni znów zaczęliśmy błądzić ulicami miasta. Wtedy też dopada nas mężczyzna, którego imienia nie pamiętam za żadne skarby. Nie jest on przewodnikiem, a przynajmniej nie płatnym. Uważa, że zabłądziliśmy - co z resztą jest bliskie prawdy i postanawia nam pomóc dostać się na plac Hassana II. Zanim jednak dotarliśmy pod Pałac Królewski - musieliśmy odwiedzić sklepy jego przyjaciół i przede wszystkim - pracownie jego ojca. Były owszem próby namówienia nas do kupna kilku rzeczy, ale nikt nie naciskał i być może to wpłynęło na fakt, że weszliśmy w posiadanie jakiegoś olejku, który jest chyba najbardziej konkretną pamiątką jaką przywieźliśmy. Marokańczyk odprowadza nas w obiecane miejsce i po prostu znika.

