Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uta el-Hammam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uta el-Hammam. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 maja 2014

Czarny hasz i czarna kawa

Nie budzimy się przy pomocy budzika. Budzą nas promienie słoneczne. To był dokładnie 19 września, godzina 9:00, a temperatura już o tej porze dokazywała tak, że aż strach było pomyśleć co  będzie dalej. Serio - ten dach wtedy był jak synonim patelni, a my sami jak kawałki mięsa, których zadaniem jest się usmażyć. Zrywamy się z materaca, siadamy w jedynym zacienionym miejscu na dachu, które nie było zajęte i rozważamy czy by nie spędzić kolejnego dnia w Chefchaouen. Piszę też sms'a do mamy, w którym informuję ją o piekielnej temperaturze. Spekuluje nawet w tej wiadomości, że termometry mogłyby wskazać tego dnia nawet i ze czterdzieści stopni! 

Odpowiedź przychodzi po kilku chwilach. Moja mama twierdzi, że w domu jest już tak zimno, że nie obyłoby się bez palenia w piecu. No tak... przecież ten czas zakładał, że lada moment miała nadejść kalendarzowa jesień...

Postanawiamy jeszcze jeden dzień zostać w tym spokojnym miejscu. Ustalamy, że naszym kolejnym przystankiem po wyruszeniu z Błękitnej Perły będzie Tetuan.

Idziemy na śniadanie, a potem zamierzamy poszukać mniej obleganych przez turystów miejsc w miasteczku. Ale to Maroko, a więc zjedzenie śniadania już z samej definicji jest bardzo długim zabiegiem.
Nie zamawiamy niczego wyszukanego. Jedynie jajka z frytkami i liściem sałaty. Zestaw, którego przygotowanie w najgorszym wypadku mogłoby potrwać 20 minut. Nie muszę chyba zaznaczać, że prosząc o taką kombinację na talerzu, na moim stoliku chciałabym aby wylądowało wszystko na jednym >talerzu<? Wam może i nie, ale Marokańczykom owszem.

Tak więc najpierw na nasz stolik kelner-wazeliniarz przynosi wspomniany liść sałaty. Nie dosłownie. Można było jeszcze ugryźć jakiegoś pomidora i ogórka. Przez kolejne pół godziny warzywa na stoliku puszczają wodę, a my czekamy na upragnione jajko i frytki. Promyk nadziei, który nagle pojawił się wraz z kelnerem idącym w naszym kierunku zgasł gdy położył on na naszym stoliku ... same jajka. Nerwy puszczają i idziemy zapytać o te ziemniaczane paski osobiście. Gość twierdzi, że wciąż się smażą, ponieważ wstawili bardzo dużą ilość. Przyjmujemy do wiadomości i wracamy do stołu calem zjedzenia przynajmniej tego co już dostaliśmy. Kolejne pół godziny oczekiwania na frytki umilają nam koty, którym również służy błękit miasta. Nie są tak dzikie i zaniedbane jak w innych miejscach w Maroko. Ludzie je dokarmiają, a one godzinami wylegują się pod kasbą. Przyłażą więc do gości knajp z myślą, że może uda im się co nie co wyżebrać i dostaną trochę czułości, a że są śliczne to aż grzechem byłoby ich nie głaskać.

Sprzedawcy z Chefchaouen - inny niż wszyscy

Podczas spaceru po starej części miasta zostajemy zaciągnięci do sklepu gościa, który handluje dywanami,
kocami oraz... ziołami i herbatą. Tak - haszyszem też, ale mniej oficjalnie. Z marszu powtarzamy niczym mantrę, że nic nie kupimy nawet jeśli mocno obniży cenę bo niczego nie potrzebujemy. Muszę jednak przyznać, że koce, które były w jego asortymencie były zjawiskowo piękne. Właściciel graciarni parzy dla nas herbatę, odpala swoją fajkę i mimo naszych sprzeciwów rozpoczyna pokaz wszystkiego co ma. Twierdzi on, że robi to dla przyjemności i po prostu chce się tym wszystkim pochwalić. Oprócz tego dodaje, że owszem chciałby byśmy coś kupili, ale skoro nie chcemy to i tak nas do niczego nie zmusi. A za swoje przechwalanie nie każe nam płacić.

Swoimi przemyśleniami nas mocno do siebie przekonał. Nawet jeśli był to po prostu kolejny chwyt
marketingowy... był bardzo skuteczny. Nie kupiliśmy nic, ale była chwila, że mocno zastanawiałam się czy nie wejść w posiadanie pięknego seledynowo-niebieskiego koca.

Przy wspólnej konsumpcji herbaty sklepikarz opowiada trochę o sobie, trochę o swojej rodzinie. Wspomina też o palonym przez siebie haszyszu - bo jakże mógłby podarować sobie tak interesujący temat?
Wypytuje nas o różne rzeczy. W końcu jednak decyduje się nas o coś poprosić. Prosi o to byśmy wspólnie z nim zrobili sobie zdjęcie. Nie chcemy tego robić bo lekcja w Fez nauczyła nas, że może być to pułapka. W końcu jednak udaje mu się nas namówić. Tak - było to nierozsądne, ale niczego szkodliwego nie spowodowało. Potem handlarz ciągnie drugą część prośby. Mianowicie - byśmy zrobili zdjęcie szyldu jego sklepu i udostępnili obie fotki w internecie.

Tak więc spełniam tą prośbę dzisiaj - przedstawiam jednego z wielu sprzedawców dywanów w Chefchaouen...


środa, 7 maja 2014

Uspakajający żydowski błękit - Chefchaouen c.d

Jak za każdym razem gdy lądujemy w nowym mieście pierwszą rzeczą, o którą postanawiamy się
zatroszczyć jest znalezienie noclegu.  Poszukujemy więc miejscowej mediny. Aby do niej się dostać należy przekroczyć jedną z pięciu znajdujących się w mieście bram - przynajmniej jeśli chodzi o ich oryginały bo w rzeczywistości jest ich tam całe tysiące. Można je dostać w formie breloczków, wisiorków, obrazków, odlewów gipsowych i całej masie innych hurtem lecących z Chin pierdół. Owszem - nawet na tym z tyłu można przeczytać "made in China". Wracając jednak do mediny - mijamy bramę i już jesteśmy w samym centrum błękitu Chefchaouem. Stare miasto swój urok widocznie zawdzięcza przybyszom z Hiszpanii. Nie wielkie placyki odsłaniające się za każdym zakrętem, artystycznie wykonane fontanny, w których płynie woda wprost z górskich potoków mocno przywołują do naszej pamięci wizerunki miast w Hiszpanii. Aż dziw, że ta medina nie widnieje na liście światowego dziedzictwa!

Noclegu długo nie musimy szukać. Po może pół godzinie dopada nas dwóch naganiaczy. Jako, że w mieście
są dwa rywalizujące ze sobą hotele każdy z nich chce nas zaciągnąć do tego, dla którego pracuje. Oh, jak wielkie jest nasze zdziwienie kiedy okazuje się, że ów hotele leżą dosłownie obok siebie! Oczywiście nie są to jedyne hotele w Chefchaouen, ale są niewątpliwie najbardziej rozreklamowane. No rozumiecie - ulotki, wizytówki i ubrani na niebiesko naganiacze - sama magia, nie?


W każdym razie udaje nam się stosunkowo nie drogo wynająć miejsce na dachu. Z resztą nie nam jednym - obok nas śpi tam przynajmniej trzy tuziny ludzi. Mieszanka kulturowa w czystej postaci! Za nami Amsterdam, obok śpi dwoje Niemców, po prawej przybysze z hiszpańskiej Galicji. Jeszcze w innym miejscu przeklinający bez umiaru Rosjanie, a tuż za nimi para wycieczkowiczów z Japonii...