Docieramy do Rabatu będącego stolicą Maroko. Mijamy wielkich rozmiarów bramę i wkraczamy do dzielnicy rządowej. Ku naszemu ogromnemu zdziwieniu na ulicach nie walają się śmieci. Nie ma pustych butelek po coca-coli, papierków po batonikach, puszek po konserwach... Pomiędzy budynkami nie przemykają się wychudzone koty. Zamiast tego widzimy przystrzyżone trawniki i klomby z pięknymi, kolorowymi kwiatami. Chodniki są czyste, a kostka brukowa jest w całości. Budynki w mieście są zadbane i niektóre wyglądają wręcz jak dzieła sztuki. Skąd ten kontrast? W dzielnicy możemy odnaleźć budynki, w których mieszczą się biuro premiera, ministerstwo i szkoła koraniczna. Znajduję się tutaj również pałac królewski, domy premiera oraz członków panującej dynastii. Ich służby też nie należy pominąć - stanowiska, które wykonują w większości przypadków są odziedziczone jeszcze po murzyńskich niewolnikach, ale również mają swoje drobne włości. Całość tworzy atmosferę odosobnionego miasteczka w wielkim mieście. Wszystko otoczone murami, zdające się tonąć w ogrodach, których barwy są piękniejsze od znanych nam kolorów. Albo inaczej - barwy, których nie ogarnęłaby nawet paleta barw Photoshop'a.
List
       
Strona Główna  .
Wyprawy  .
O Nas  .
Kontakt i współpraca  .
Projekty Podróżnicze  .
Lifestyle  .
Sponsorzy i Patronaci
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przewodnik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przewodnik. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 20 lutego 2014
Rabat
Etykiety:
dirham,
hotel,
MAD,
mar13,
Marocco,
marokańczyk,
Maroko,
medina,
przewodnik,
Rabat,
rozgniewany przewodnik,
Targ
Lokalizacja:
Rabat, Maroko
środa, 19 lutego 2014
Kierunek Rabat!
Pobudka o 7.30 rano, szybki prysznic - na zapas. Wszystko w podróży robimy na zapas. Na zapas jemy, na zapas śpimy, na zapas myjemy się gdy jest ku temu okazja i nawet na zapas korzystamy z toalety. Dlaczego? Bo nigdy nie wiadomo kiedy trafi się kolejna okazja do zaspokojenia którejś z powyższych potrzeb. Ot, tu niesmaczna ciekawostka! Każdemu z nas zapewne na imprezce plenerowej lub nawet tylko na popołudniowym spacerku zdarzyło się zniknąć na chwile w krzakach idąc za potrzebą. Faceci mają tą kwestię życia odrobinę ułatwioną, kobiety natomiast chcąc nie chcąc muszą znaleźć odrobinę prywatności. Jednakże nigdy i nigdzie nie stanowi to żadnego problemu, prawda? Dlaczego na blogu podróżniczym piszę, kolokwialnie mówiąc, o sikaniu? Ano dlatego, że w Maroko jak wam się zachce siusiu to zapewniam was, że nie znajdziecie ani skrawka odosobnienia i będziecie musieli kupić kawę lub cokolwiek innego w najbliższej knajpie żeby móc skorzystać z toalety. Ludzi niby nie wielu, niby kilometry bezdroży i niby cała kupa niezamieszkanego terenu. Chwilami nawet rzec można dzikiego, ale jak chcesz się drogi Polaku wysikać w krzakach to masz na to szanse mniejsze niż na wygranie miliona w totka!
czwartek, 13 lutego 2014
Where are you going?
Mając sprawę noclegu z głowy, ze szczękami wiszącymi niewiele nad ziemią poszliśmy do pokoju. Ani ja ani Adaś nie spodziewaliśmy się, że choćby raz podczas tej podróży będziemy spać w klimatyzowanym pomieszczeniu. A tu proszę. Klimatyzacja jest i na dodatek działa! W pokoju stało jedno ogromne łoże małżeńskie i jedno pojedyncze. To jest normą w marokańskich hotelach - możesz dziesięć razy powtarzać, że chcesz pokój z jednym łóżkiem, a i tak na 90% dostaniesz zestaw wielkie plus małe wyrko. Jakby wygód było mało w pomieszczeniu jest też telewizor. Stary, mój dziadek miał identyczny, ale mimo wieku nadal na chodzie. Nie korzystamy z niego - raz, że nie znamy arabskiego, ani francuskiego, a dwa, że mamy w planach spacer po mieście bez ciężkich plecaków.
Ledwie wystawiamy głowy z hotelu i przez chwile zastanawiamy się, w którym kierunku iść, a już stoi koło
nas - jak go nazwaliśmy - "Pomagier". Nie mam pojęcia czy takie słowo w ogóle występuje w języku polskim, ale my nazywając tak jakąś osobę mieliśmy na myśli kogoś kto niósł nam całkowicie zbędną pomoc i często swoim natręctwem wyprowadzał nas z równowagi. Tym razem rolę "pomagiera" odegrał tłusty mężczyzna średniego wzrostu. Jadł coś więc z gębą pełną żarcia zapytał nas dokąd idziemy. Zgodnie z prawdą odpowiedzieliśmy, że jeszcze nie wiemy. Ale on wiedział doskonale. Pokierował nas abyśmy poszli do portu gdzie można kupić przepyszne sardynki. Tak się o tych rybach rozgadał, że aż sama zrobiłam się potwornie głodna. A potem powiedział żebyśmy przyszli do lokalu na rogu (wskazał go palcem) na herbatę.
Etykiety:
alkohol,
galabija,
handel,
haszysz,
hotel,
mar13,
Marocco,
marokańczyk,
Maroko,
medina,
piwo,
połów,
port,
prohibicja,
przewodnik,
ryby,
sardynki,
Targ
Lokalizacja:
Al-Araisz, Maroko
wtorek, 4 lutego 2014
Insha'Allah
Budzimy się wypoczęci. Pakujemy swoje rzeczy i po chwili jesteśmy gotowi do wyjścia. Pozostaje jeszcze kwestia zapłacenia (poprzedniego dnia nie mieliśmy przy sobie gotówki) i zapytania o drogę. Recepcjonista zdaje się być w pełni tego słowa znaczeniu - wczorajszy. Pytamy jeszcze czy może nie miałby ochoty na zrobienie sobie wspólnego zdjęcia. Zgadza się, ale prosi abyśmy mu dale chwile na małe ogarnięcie się. Idzie bardzo powolnym krokiem w kierunku łazienki. Od jego markotnego wyrazu twarzy aż mnie samą zaczyna boleć głowa. Gość zachowuje się tak jakby był na klasycznym kacu. Nawet kacu-mordercy. Choć tak na prawdę nie wiem jakie skutki dnia następnego niesie ze sobą palenie haszyszu w tak potężnych ilościach - ale jeśli są choć w połowie takie na jakie wyglądały w jego przypadku to nadal nie chcę nigdy próbować.
Do rzeczy. Po kilku minutach wyskakuje niemalże razem z drzwiami, już pełen uśmiechu i życiowej energii. Robimy sobie wspólne zdjęcie. On wykrzykuje, że od teraz Polacy i Marokańczycy to przyjaciele, a ja zastanawiam się kiedy i co on znowu wypalił.
Sympatyczny koleś wskazuje nam drogę na dworzec. Już mamy się żegnać kiedy przypominamy sobie o braku mapy. Pytamy gdzie tutaj można ją kupić. Tłumaczy nam większość trasy, a następnie każe pytać po prostu o to gdzie jest medina, czyli stara dzielnica miasta.
Do rzeczy. Po kilku minutach wyskakuje niemalże razem z drzwiami, już pełen uśmiechu i życiowej energii. Robimy sobie wspólne zdjęcie. On wykrzykuje, że od teraz Polacy i Marokańczycy to przyjaciele, a ja zastanawiam się kiedy i co on znowu wypalił.
Sympatyczny koleś wskazuje nam drogę na dworzec. Już mamy się żegnać kiedy przypominamy sobie o braku mapy. Pytamy gdzie tutaj można ją kupić. Tłumaczy nam większość trasy, a następnie każe pytać po prostu o to gdzie jest medina, czyli stara dzielnica miasta.
Etykiety:
Afryka,
Allah,
arab,
arabski,
Asilah,
autostop,
dirham,
insha'allah,
mar13,
Marocco,
marokańczyk,
Maroko,
medina,
muzułmanie,
przewodnik,
wielbłąd
Lokalizacja:
Asila, Maroko
Subskrybuj:
Posty (Atom)