Pokazywanie postów oznaczonych etykietą La Rochelle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą La Rochelle. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 listopada 2013

Artystka z La Rochelle

Gdy Brigitte zaproponowała nocleg u siebie długo nie musiała czekać na odpowiedź. Jednogłośnie zadecydowaliśmy z Adasiem, że jest to bardzo dobry pomysł. Choć przyznajemy się bez bicia, że pomimo wielkiej wdzięczności i zaskoczenia ową propozycją mieliśmy w sobie odrobinę mieszanych uczuć. Nigdy wcześniej nie byliśmy w podobnej sytuacji, a wydawała nam się ona o tyle dziwna, że naprawdę prawie nie rozmawialiśmy z powodu bariery językowej - jak wcześniej wspomniałam, Brigitte nie mówiła po angielsku, a więc ani ona nas, ani my jej nie zdążyliśmy "poznać". Mimo wszystko pełni nadziei, że wszystko dobrze zrozumieliśmy przekroczyliśmy próg jej mieszkania. I było ono jednym z najdziwniejszych jakie w życiu widzieliśmy. W oczy od razu rzuciły się drobne rękodzieła zawieszone na ścianach, klamkach, zasłonach... Wszystko pełne barw nie pasujących do siebie ani trochę, ale jednocześnie tworzących jedną idealną całość. Nie dało się też nie zauważyć licznych rzeźb (mniejszych lub większych) przedstawiających wszystko od ludzi i zwierząt po ciężkie do zidentyfikowania kształty. Brigitte kazała nam zostawić plecaki na przedpokoju i zaprosiła na taras. I wtedy główne skrzypce zagrał Wujek Google. Okazał się on być niezbędny do dogadania się w związku z czymkolwiek. Nasza wybawczyni w końcu zrozumiała co my w ogóle robimy i dlaczego, a my dlaczego postanowiła nam pomóc. Myśleliśmy, że jej gościnność już osiągnęła szczyt, ale pomyliliśmy się. Adaś został uraczony swoim "korytem" z kawą, ja zadowoliłam się gorącą herbatą, która została zaparzona z ziół, które nasza gospodyni sama wyhodowała. Potem zostaliśmy zapytani o to czy jesteśmy głodni, ale zanim zdążyliśmy odpowiedzieć przed nami już stały talerze z sałatką a'la grecką - oczywiście wszystkie składniki były z ogródka i dojrzały na słońcu, ser był ekologiczny i tak dalej. I musimy przyznać, że było to przepyszne. I w tym momencie znów pomyśleliśmy, że gościnność osiągnęła szczyt szczytów i znów się pomyliliśmy. Nie dość, że nie pozwolono nam nawet pozmywać po sobie to jeszcze na stół przywędrowała kolejna potrawa. Była równie dobra jak poprzednia, ale zabijcie mnie - nie mam pojęcia co to było.

niedziela, 3 listopada 2013

Czary - Mary, Hokus - Pokus

Jeszcze w Paryżu Adaś wymyślił sobie, że chce znaleźć 500euro. Oczywiście całe gadanie związane z owym życzeniem było kompletnie w otoczce żartu aczkolwiek nikt by się nie obraził gdyby się ziściło. Więc Adaś nawijał bez końca o swoich pięciuset euro, a ja powtarzałam, że w cuda wierzę, ale nie w aż takie i że najmniejszych szans na to nawet nie ma. Ale Adaś nie rezygnował i uporczywie odkurzał chodniki wzrokiem.

Po kilkugodzinnym spacerze po Paryżu zaczęliśmy się kierować na Gare de Lyon w okolicy, którego okupowaliśmy mieszkanie Severine, ale że byliśmy zmęczeni całodniowym chodzeniem postanowiliśmy wsiąść w metro. Po wyminięciu bramek (no bo kogo stać na paryskie bilety?) i złapaniu odpowiedniego usiedliśmy tuż przy drzwiach żeby w wypadku ewentualnej kontroli szybko się ewakuować unikając tym samym wszelkich konsekwencji związanych z jazdą bez biletu. Przejeżdżamy kilka przystanków i Adaś podrywa się raptownie z siedzenia i wyskakuje z metra, patrze więc na niego jakby zwariował i nie do końca rozumiem o co mu chodzi kiedy wbiega do niego z powrotem po niecałej sekundzie i siada na siedzeniu obok mnie. Pytam więc spokojnie o to co się stało i ....

- Znalazłem 15euro... 
- Jak znalazłeś 15euro?
- No jak to jak? Po ludzku.

No to co prawda nie 500, ale...

Ale to było jeszcze w Paryżu...