Stopowanie szło nam naprawdę całkiem nieźle. Postanowiliśmy spróbować
dojechać jeszcze tego samego dnia do Wiednia. Rok wcześniej już jechaliśmy tą trasą więc nawet nie musieliśmy patrzeć na mapę by znać swój kierunek. Różnica była jedynie taka, że rok wstecz unikaliśmy autostrad w Austrii jak ognia piekielnego, a za drugim razem wręcz przeciwnie. Autostrada wiodąca do austriackiej stolicy była niemalże gwarancją dotarcia do niej jeszcze tego samego dnia.
Spieszyliśmy się bardzo. Prawie biegliśmy na wylot...kiedy nagle...
poczuliśmy woń kurczaka z rożna!
Głodni jak wilki weszliśmy do baru. Ślina prawie kapała na podłogę z
naszych rozdziawionych gęb. Nie jedliśmy
nic konkretnego od dłuższego czasu. Zdrowe zachodnioeuropejskie żarcie znacznie
nas odchudziło, więc ten kurczak wyglądał i pachniał o sto razy apetyczniej niż
robiłby to w normalnych warunkach.