Całą noc dygocemy z zimna. Ogrzewanie w tamtym miejscu było jedynie naszym marzeniem, które nigdy się
nie spełniło. Podobnie było z ciepłą wodą pod prysznicem. Bojler chodził co prawda całą noc, a wcześniej cały wieczór, ale woda nabrała temperatury jedynie na tyle żeby nie strach było umyć sobie plecy. Gorący, rozgrzewający prysznic był jedynie tym, o czym mogliśmy sobie pomarzyć.
Na szczęście przy pomocy koców, które
pozbieraliśmy z łóżek dookoła udało nam się nie zamarznąć. Ubieramy się, pakujemy drobiazgi, których nie spakowaliśmy wcześniej i wychodzimy zostawiając klucz do pokoju w drzwiach zgodnie z poleceniem właściciela dobytku. Kierujemy się do Lwowa. Jednak przed wyjściem na wylotówkę postanawiamy coś przegryźć. Wchodzimy do maleńkiego sklepiku z kratami w oknach. Na wywieszce przed nim przeczytaliśmy coś o wielkich bagietkach na ciepło za dziesięć hrywien. To około 2 zł i 50 gr w przeliczeniu na złotówki. Zamawiamy dwie bułki i czekamy aż zagrzeją się w mikrofalówce. Wtedy w lodówce zauważamy butelkę pepsi-coli! Nie coca-coli i nie pepsi! Pepsi-cola z etykietą pisaną cyrylicą. Kosztowała grosze, a my nie mogliśmy się opanować. Odebraliśmy wielgachne bagietki i podaliśmy napój sprzedawcy. Zaczęliśmy liczyć kopiejki, które nam zostały, a wtedy gość krzyknął z entuzjazmem:
- Ja Wam podaruje! Przecież nie zbiednieje!
Butelka po tym napoju do dziś ozdabia jedną z półek z pamiątkami w moim pokoju. Podziękowaliśmy, zjedliśmy i napiliśmy się, a następnie ruszyliśmy w kierunku Lwowa.
Mukaczewo nie jest małą mieściną, ale swoim wyglądem nie przypomina miasta. Ulice przyozdobione są w rozpadające się niekiedy chaty, a podwórka zasłaniają płoty wykonane ze wszystkiego. W połowie z siatki, a w drugiej połowie z jakiegoś innego - zupełnie nie pasującego na materiał na płot - materiału. Ulice nie są nawet z "kocich łbów". O asfalcie można zapomnieć. Piach i błoto.