Andora była
najmniejszym państwem jakie odwiedziliśmy podczas naszej podróży. Nie
oczekiwaliśmy od niej zbyt wiele. Jeśli mieliśmy na coś nadzieje to były to
piękne górskie krajobrazy. Poza tym byliśmy całkowicie przygotowani na
zderzenie z panującą w niej komercją i
kręceniu biznesu na wszystkim.
Pierwszą osobą, która pokazała nam, że nie
należy oceniać książki po okładce był ksiądz, którego opisywałam w poprzednim
poście. Sant Julia de Loria rzeczywiście składała się głównie z restauracji,
hoteli i sklepów znanych projektantów, ale bez względu na to panowała tam
niesamowita atmosfera. Katalończycy zamieszkujący Andorę to wyjątkowo przyjazny
naród. Praktycznie każdy z nich traktował nas jak swego, a nawet jeśli zdarzyły
się jakieś odstępstwa od tego... Powszechnie wiadomo, że wyjątek jedynie
potwierdza regułę.
Miasto można
przejść wzdłuż w jakieś 20 minut, nauka poruszania się po nim nie trwa więc
dłużej niż ten właśnie okres czasu. Sant Julia de Loria było pierwszym „większym”
miastem na naszej drodze, w którym znalezienie wylotówki nie stanowiło żadnego
problemu.
Na chodzenie po
górach nie byliśmy przygotowani, więc jedynie wdrapaliśmy się w ramach spaceru
na jeden z wielu punktów widokowych aby obejrzeć miasteczko z góry. Taki widok jest lekarstwem na każdą depresję,
widząc coś tak cudnego po prostu nie można się smucić.
Miasteczko nie
ma wybitnie ciekawej historii, nie ma też najciekawszych zabytków, ale ma w
sobie to „coś”. Trzeba tam być aby odczuć klimat tego miejsca. Poczuć się jak w
miniaturowym kraju, w miniaturowej
metropolii i od czasu do czasu jak na planie amerykańskiego filmu o Bożym
Narodzeniu. Naprawdę – gorąco polecam wybranie się na wakacje czy podczas
urlopu właśnie tam.
