końca więc powtarza: "No hotel.". Widząc brak zrozumienia na naszych twarzach dodaje do tych słów: "My family." Powoli zaczynamy łapać to, że chce on nas przenocować. Pomóc nam i oferuje byśmy zatrzymali się w jego rodzinnym domu. Staramy się mu odmówić. Po pierwsze ogarnął nas strach - przecież nie wiemy jak mamy zachowywać się w muzułmańskim domu, po drugie - już kilkakrotnie padliśmy ofiarą naciągaczy i
obawialiśmy się, że to może być również próba wyłudzenia forsy. Dziś przyznaje, że wstydzimy się oboje, że mogliśmy w ogóle tak pomyśleć. To zabawne, że pieniądze tak bardzo niszczą ludzi, że przestajemy wierzyć w to, że można chcieć pomóc komuś całkiem bezinteresownie. Przynajmniej w kwestii materialnej bo jeśli chodzi o aspekt duchowy to sprawy mają się odrobinę inaczej. Trafiliśmy na dobrego człowieka, ale oboje zamiast przyjąć ten fakt do wiadomości szukaliśmy miejsca gdzie tkwi haczyk - chociaż ów haczyka nie było wcale. Trzecim argumentem przemawiającym za tym aby odmówić Moradowi był fakt, że nie chcieliśmy sprawiać jemu i jego rodzinie kłopotów.
