Wstajemy około
6.00. Na dworze jest jeszcze całkiem ciemno. Pakujemy śpiwory i karimaty, a
następnie podejmujemy pierwszą próbę wyjścia na zewnątrz. Rzecz jasna wciąż
jesteśmy w krótkich spodenkach. Nie mieliśmy nigdzie możliwości przeprania się.
Ktoś z Was zapewne zasugeruje mi, że mogliśmy przebrać się w banku. Nie było tak.
O ile mogliśmy spać bezustannie nagrywani przez kamery, o tyle paradować przed
nimi w majtkach nie mieliśmy ochoty.
Z pierwszym
krokiem postawionym poza budynek zaczęliśmy zamarzać. I to tak konkretnie. Nie
wydaje mi się by temperatura wtedy przekraczała 5 stopni.
Naszym celem
jest Andora. „Stopa” zaczynamy łapać jeszcze po ciemku, więc w odpowiedzi
dostajemy głownie stukanie się po głowach kierowców. Wreszcie jednak jakiś samochód zjeżdża na
pobocze. Kierowca wywozi nas na główny
wylot do Sant Julià de Lòria.
Kolejne pół
godziny siniejemy z zimna przy wjeździe na autostradę. Wciąż nie widać pierwszych
promieni słońca, co jest dodatkowym utrudnieniem w kwestii złapania
czegokolwiek.
Zatrzymuję się
przesympatyczny dziadek. Mówi jedynie po hiszpańsku, ale nie przeszkadza to w
niczym. Gestykuluje w taki sposób, że nawet gdyby mówił po chińsku nie było
większego problemu z zrozumieniem go.