Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sant Julia de Loria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sant Julia de Loria. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 sierpnia 2014

Cud w Pirenejskiej Dolinie

Wjeżdżamy do „Kraju Pokrytego Zaroślami” – tak podobno początkowo nazywano Andorę. Rzecz jasna jest to jedynie jedna z wariacji na temat tego skąd dokładnie wywodzi się nazwa kraju.

Lubicie legendy? Ja je po prostu uwielbiam! Jedna z nich opowiada o Rzymianinie, który ujrzawszy piękno tej pirenejskiej doliny przyrównał je do terytorium leżącego pomiędzy górą Hermon, a Tabor w Palestynie. Ów Rzymianin zwał się Ludwik Pobożny więc nie dziwi Was chyba fakt, że piękne widoki od razu przywołały mu do pamięci Ziemię Świętą? Wtedy nadał nazwę temu miejscu – Endor.

Inna z legend niejako uzupełnia się z tą bo wciąż ma dużo wspólnego z Chrześcijaństwem.  Otóż zakłada ona, że  nazwa ta ma wiele wspólnego ze starotestamentowym miastem Endor, w którym to miejscowa wiedźma wywołała na polecenie Saula ducha nieżyjącego Samuela <1 Samuel 28;7>. Rozpowszechnienie tej nazwy w tym wypadku przypisuje się Arabom, nazywanym wtedy Saracenami, którzy znaleźli schronienie w górach otulających Andorę gdy uciekali na północ.

czwartek, 31 lipca 2014

Hiszpania - wcale nie upalna i nie gorąca

Wstajemy około 6.00. Na dworze jest jeszcze całkiem ciemno. Pakujemy śpiwory i karimaty, a następnie podejmujemy pierwszą próbę wyjścia na zewnątrz. Rzecz jasna wciąż jesteśmy w krótkich spodenkach. Nie mieliśmy nigdzie możliwości przeprania się. Ktoś z Was zapewne zasugeruje mi, że mogliśmy przebrać się w banku. Nie było tak. O ile mogliśmy spać bezustannie nagrywani przez kamery, o tyle paradować przed nimi w majtkach nie mieliśmy ochoty.

Z pierwszym krokiem postawionym poza budynek zaczęliśmy zamarzać. I to tak konkretnie. Nie wydaje mi się by temperatura wtedy przekraczała 5 stopni.
Naszym celem jest Andora. „Stopa” zaczynamy łapać jeszcze po ciemku, więc w odpowiedzi dostajemy głownie stukanie się po głowach kierowców.  Wreszcie jednak jakiś samochód zjeżdża na pobocze. Kierowca  wywozi nas na główny wylot do Sant Julià de Lòria.
Kolejne pół godziny siniejemy z zimna przy wjeździe na autostradę. Wciąż nie widać pierwszych promieni słońca, co jest dodatkowym utrudnieniem w kwestii złapania czegokolwiek.
Zatrzymuję się przesympatyczny dziadek. Mówi jedynie po hiszpańsku, ale nie przeszkadza to w niczym. Gestykuluje w taki sposób, że nawet gdyby mówił po chińsku nie było większego problemu z zrozumieniem go.