Podróżowanie autostopem ma to do siebie, że nie można wpiąć czegoś w konkretne ramy. Jedni chwalą sobie czeskiego stopa, a drudzy wręcz przeciwnie. Klną na niego i gotuje im się krew na samo połączenie słów "autostop" i "Czechy". My zdecydowanie należymy do tej drugiej grupy. Każdy z wypadów do tego kraju kończył się w jakiś sposób porażką.
Moja pierwsza w życiu podróż z wyciągniętym kciukiem za granice była właśnie do Pragi. I o ile kwestia samego dojazdu nie była najgorsza bo w Náchodzie złapaliśmy ciężarówkę bezpośrednio do naszego celu to osoba, z którą pojechałam na pierwsze imię miała Cham, a na drugie Klęska. Dwóm osobom w podróży powinno towarzyszyć wzajemne zaufanie i zrozumienie. Tu tego zabrakło. Przy każdej okazji udowadnialiśmy sobie, że tak naprawdę się nienawidzimy i mamy w tyłkach wszystko poza samymi sobą. Ja miałam piętnaście lat i jak na złość zapomniałam zabrać ze sobą legitymacji (co uświadomiłam sobie dopiero po dotarciu na miejsce) i dodatkowo mój angielski wołał o pomstę do nieba więc siłą rzeczy byłam skazana na łaskę swojego towarzysza, a on zwyczajnie wykorzystywał moją niemoc.