Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezpieczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezpieczeństwo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 maja 2014

Haszysz i nie całkiem przyjemne przyjemności


Po raz kolejny w swojej historii zostajemy wprowadzeni w stan kompletnego osłupienia. Podczas gdy

dilerzy wytrzeszczają na nas swoje gały, my pozostajemy nie wiele lepsi od nich wybałuszając swoje oczyska w ich kierunku. Niby wiemy o co chodzi i gdzie ma swój początek absurd tej sytuacji, a jednak nie potrafimy się temu nadziwić. Po minucie ciszy, która bliska była uświęceniu słowa wypowiadanego przez blisko pięć minut przez sprzedawców >haszysz< staramy się wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji. Jednak Ci zupełnie nie rozumieją po co przyjechaliśmy do Maroko skoro nie zamierzaliśmy skosztować "miejscowej czekolady". Z resztą nie tylko Marokańczycy nam się dziwili - Polacy dziwią się po dziś dzień. 


 My natomiast dziwimy się tym, którzy odwiedzili tej kraj tylko po to by naćpać się czymś mocniejszym niż

powszechnie dostępna marihuana. Nie zrozumcie mnie źle - nie ma we mnie uprzedzenia do tego typu narkotyków. Przecież to jest indywidualna sprawa palacza. Moje uprzedzenie, jeśli jakiekolwiek istnieje, odnosi się do zbyt wysokiego poziomu ufności... Więc udzielę kilku rad dla tych, których marzeniem jest odczucie magii miejscowego haszyszu...

Kiedy spokojnie przemierzacie ulice którejkolwiek z medin, na którymś z rogów (jak nie na każdym) w końcu usłyszycie to pytanie... wypowiedzą je usta kogoś, kogo twarz dostrzeżecie dopiero gdy postanowicie poświęcić mu chwilę. Owe pytanie będzie bardzo konkretne choć i mocno ubogie w swoim wydźwięku i będzie brzmiało dokładnie tak:

- Haszysz...?

piątek, 24 stycznia 2014

Ostatnia noc w Europie

Piękny zachód słońca w przeddzień wypłynięcia do Maroko.
Kiedy wstaliśmy okazało się, że budziki były bezradne wobec naszego zmęczenia i zaspaliśmy jakieś dwie godziny. Camping nie należał do miejsc dzikich i wymagał zapłaty. Problem był tylko taki, że jeśli nie wywiążemy się z płatnością do godziny 11:00 automatycznie doliczane nam jest kolejne pół doby. A gdy wstaliśmy była już dziesiąta. W pośpiechu spakowaliśmy się. Kolejny problem - nie mamy przy sobie gotówki, a płatność kartą odpada, do najbliższego bankomatu jest spory kawałek drogi. Umawiamy się, że zostanę z plecakami, a Adaś bez obciążenia szybko pobiegnie po pieniądze. 

Ale nie wracał już od prawie godziny. Pora podwyższenia stawki była bliska chwili gdy wzrośnie. A ja z powodu brudnych rąk - nawet nie mogłam poobgryzać sobie paznokci ku rozładowaniu stresu. Dzwonię jeden raz, drugi... nic. W końcu widzę, że biegnie i dosłownie w ostatniej minucie wbiega do niemiłego właściciela pola namiotowego. Ten ze złością przyjmuje należyte pieniądze, ze złością, bo zdawał się liczyć na naszą pomyłkę. 
- Wszystko zajęło tak dużo czasu, bo bankomat nie chciał mi wydać pieniędzy - tłumaczy Adaś. - Wszystko przebiegło jak powinno, ale na końcu nie dostałem ani forsy, ani potwierdzenia wypłaty i musiałem iść do banku i udając, że rozumiem po hiszpańsku dowiedzieć się co się stało. Rzecz jasna - nikt nie potrafił mi pomóc! 

Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. 

poniedziałek, 29 lipca 2013

Najszybszy ślub na świecie

Jako jedno z "zabezpieczeń" przed niechcianymi komentarzami czy propozycjami, z których na pewno nie chcielibyśmy skorzystać wymyśliliśmy, że zwyczajnie kupimy dwie takie same złote obrączki. Wiadomo - mężatka zawsze traci na atrakcyjności więc jest to jakiś sposób na zakończenie tematu, który nas nie interesuje. Pół żartem, pół serio - nie chcę po prostu stać się przedmiotem handlu i zostać sprzedana za kilka wielbłądów. Niestety - takie sprawy jak ta zawsze zostają u nas załatwiane na wariackich papierach na ostatnią chwilę. Tak też było tym razem. Pojechaliśmy dziś do Wrocławia po resztę rzeczy na podróż. Ubrania Adasia, trochę elektroniki i kilka innych pierdół typu naczynia, kamizelki odblaskowe, kleje, taśma... Takie tam. Korzystając z tego, że i tak jesteśmy we Wrocławiu postanowiliśmy się rozejrzeć za gazem pieprzowym, którego i tak nie kupiliśmy w rezultacie. No i przypomniało nam się o obrączkach. Na złoto nas nie stać więc poszukiwania skupiły się na czymś "złotopodobnym" co tylko udawałoby obrączki z prawdziwego zdarzenia. Więc zaczęliśmy błądzić po wszelakich sklepach indyjskich, z pamiątkami i innymi upominkami i takich z drobną biżuterią. Odwiedzamy kilka sklepików w rynku, ale nie dosyć, że sprzedawcy reagują dość zabawnie gdy mówię, że chcę dwie obrączki imitujące złoto to jeszcze pytają z nutką ironii czy oszczędzamy za ślubie. Gdy jednak odpowiadamy po co nam to - baranieją i albo mówią coś totalnie nie na temat albo nic nie mówią. Ewentualnie nazywają nas dziwakami.
W jednym ze sklepów wpada mi w oko mosiężny pierścionek co odrobinę zawęża pole poszukiwania - kolor podchodzący pod złoty, cena odpowiada no i nie barwi w paskudny sposób paluchów, ale wzór jest nie do zaakceptowania. Cóż... przynajmniej surowiec, z którego mogłoby być to wykonane jest w miarę możliwości. W następnych punktach pytamy więc o obrączki z mosiądzu i dalej sprzedajemy tekst o złotopodobnym czymś. Zostaje nam zaproponowany naprawdę tandetny pierścionek ze stali ze wstawkami w kolorze złotym i gdy już prawie godziny się z myślą, że nic lepszego nie znajdziemy okazuję się, że żaden z dostępnych w sklepie rozmiarów nie pasuje na nas. Sprzedawca proponuje, że sprowadzi je dla nas co brzmi kusząco, ale gdy żąda zaliczki, ze względu na brak gotówki przy sobie i nie do końca zadowolenie z tego co proponował grzecznie dziękujemy i wychodzimy.