niedziela, 31 sierpnia 2014

Droga przez Węgry!

Z uwagi na to, że przez dłuższy czas nie mieliśmy mapy Węgier doszło do drobnej pomyłki. Ubzdurało nam
się, że mamy jechać do Miszkolc, a następnie do Koszyc. Wszystko po to by dobrzeć rzecz jasna na Ukrainę... Do Miszkolc dojechaliśmy bez większych problemów. Tak coś przegryźliśmy i ruszyliśmy dalej. Niewyobrażalnych rozmiarów było nasze zdziwienie kiedy znaki drogowe poinformowały nas, że Koszyce położone są na terenie Słowacji, a nie Ukrainy!

Skąd ten paskudny błąd? Po prostu gdy nie mieliśmy mapy nasza pamięć wydawała się niezawodna, a gdy już ją dostaliśmy nie sprawdziliśmy czy aby na pewno się nie mylimy. Tak, wiemy - to nie wybaczalna pomyłka, ale sami powiedzcie... Czy coś by się zmieniło gdybym to przemilczała?

Tak więc siedzieliśmy na stacji benzynowej w Miszkolc i czekaliśmy na cud. Zapadała noc, a my musieliśmy się dostać gdzieś w okolice Nyiregyhaza żeby rano ruszyć w kierunku Czopu - przejścia granicznego Węgry-Ukraina. Było to prawie niemożliwe dlatego, że trzeba było się sporo cofnąć. A z uwagi na porę dnia nie sądziliśmy, że ktoś jeszcze będzie się wybierał w tamtą stronę.

Ludzie na stacji nas zbywali. Albo ignorowali albo nie jechali w tym kierunku. Siedzieliśmy na krawężniku przez stacją i co rusz podejmowaliśmy próby wydostania się stamtąd. I wtedy stało się najgorsze.

sobota, 30 sierpnia 2014

Takie właśnie są Węgry!

Poranek był równie ponury jak noc w miejscu, które wydawało się nam być lekko przerażające. Mgła
otoczyła nas z każdej strony. Była tak gęsta, że widoczność ograniczała się do jednego metra. Nie było zimno, za to było tak wilgotno, że założone na siebie ubrania po chwili stawały się mokre. Wygrzebaliśmy się z namiotu. Usiedliśmy na pniaku przed nim i opaliliśmy papierosy. Wszystko w totalnej ciszy. Oboje spoglądaliśmy na przekopany prostokątny fragment ziemi. Nie, nie chcieliśmy wiedzieć, ale nasza podświadomość sama sugerowała nam rzeczy takie, że strach się bać.

Po chwili w polną drogę, na której obozowaliśmy wjeżdża samochód. Niby nic dziwnego. Przecież nie tylko my mamy prawo i słuszność by tam przebywać, ale i tak gapimy się w jego stronę jakby był przynajmniej bardzo dziwnym eksponatem muzealnym. I działa to na dodatek również w drugą stronę - kierowca również wybałusza oczy w naszym kierunku tak jakbyśmy byli przybyszami z innej planety.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Opowieści z Krypty

Przez Budapeszt, do którego w końcu udało nam się dojechać, przelecieliśmy jak wicher. Nie zdążyliśmy
nawet wyciągnąć aparatu. Spowodowane było to tym, że dostaliśmy niepohamowanego ataku głodu. Jako, że kierowca, który przywiózł nas do stolicy wysadził nas na samym jej początku. Mieliśmy wtedy dwa priorytety:

- Jak najszybciej wydostać się za miasto.
- Zjeść coś jak najtaniej i jak najszybciej.

To drugie nie stanowiło prawie żadnego kłopotu. Pizza na Węgrzech jest, tak jak prawie wszędzie z resztą, bardzo ekonomicznym i zazwyczaj niedrogim jedzeniem. I trzeba im przyznać, że robią ją przepyszną.

wtorek, 26 sierpnia 2014

Polak, Węgier - dwa bratanki!

To w zasadzie całkiem dziwaczne uczucie kiedy kupując w sklepie dwa piwa pozostawia się po sobie ślad
w postaci pięciuset jednostek pieniężnych. Pięćset złotych dla niektórych Polaków to niemalże połowa wypłaty, a 500 forintów na Węgrzech to jedynie dwa średniej klasy piwa. W przeliczeniu jest to około sześciu złotych... Przeliczanie nie należy więc do rzeczy, które łatwo jest przyswoić Ines. Bo gdzie 500, a gdzie 6?!

Przyznaję się, że kupienie czegokolwiek na
Węgrzech było dla mnie drogą przez mękę. Nie mogłam się połapać. Złościłam się na to, że nie rozumiem, albo na to, że to nie logiczne. W Polsce też kiedyś mieliśmy tak - nie do końca wiem jak to nazwać - dużą (?) walutę... Ja tego jednak nie pamiętam, a słowo "forint" wywołuje u mnie dreszcze...

Gulasz Węgierski

Magyarorszag. Hungary. Węgry. Madziarzy... Zapewne istnieje jeszcze kilka języków, które wywracają węgierską nazwę Węgier do góry nogami. Nie ma się jednak co dziwić – zanim nauczyłam się poprawnie wymawiać „Magyarorszag” minęło trochę czasu.

Dlaczego? Bo węgierski to istny łamacz języka. Praktycznie w każdym kraju, który odwiedziliśmy byliśmy w stanie bez większych problemów nauczyć się kilku podstawowych zwrotów.  Na Węgrzech ledwie udało nam się nauczyć jak się mówi „dziękuję”, a i to mówiliśmy często tak bardzo niepoprawnie, że nas nie rozumiano.

Korzenie języka były tematem dość mglistym. Snuto domysły jakoby węgierski miał być odłamem języka tureckiego, aby w reszcie uznać jego pokrewieństwo z językiem fińskim. Nie były to jednak jedyne wariacje na jego temat. Utożsamiano go również z włoskimi Etruskami, identyfikowano z Sumerami żyjącymi na terenach starożytnej Mezopotamii. Łączono go również z językiem ormiańskim i dziesiątkami innych, najróżniejszych języków. Pojawiła się również teoria, która głosiła, że węgierski wywodzi się z japońskiego. Jak sami już zapewne zdążyliście zauważyć  - ciężki to temat i dosyć rozległy.

niedziela, 24 sierpnia 2014

Węgry po raz pierwszy!

To była już nasza druga wizyta w stolicy Austrii. Jednak zarówno poprzednim razem, jak i tym podczas powrotu z Maroko... nie znaleźliśmy dla niej czasu. Właściwie to nie znaleźliśmy pieniędzy na zostanie dłużej. Nie czule więc zorientowaliśmy się w jakiej części miasta jesteśmy i gdzie powinniśmy się kierować , a następnie opuściliśmy hostel i ruszyliśmy przed siebie.

No chyba mi nie uwierzyliście? Oczywiście, że pominęłam poranną wyżerkę! W cenie pokoju było śniadanie. Z uwagi, że wszyscy hostelowicze byli pod ciągłą obserwacją, która jak mniemam, miała zapobiec wynoszeniu jadła poza stołówkę, musieliśmy najeść się na miejscu.

I tu znów popełniliśmy podstawowy błąd podróżnika. Na ogół wiemy, że nie ma możliwości aby najeść się na zapas, ale kiedy jesteśmy głodni, a przed nami stoi otworem szwedzki stół... jakoś zupełnie zapominamy o tym co niemożliwe. 

piątek, 22 sierpnia 2014

Czym prędzej do Wiednia!

Stopowanie szło nam naprawdę całkiem nieźle. Postanowiliśmy spróbować dojechać jeszcze tego samego
dnia do Wiednia.  Rok wcześniej już jechaliśmy tą trasą więc nawet nie musieliśmy patrzeć na mapę by znać swój kierunek. Różnica była jedynie taka, że rok wstecz unikaliśmy autostrad w Austrii jak ognia piekielnego, a za drugim razem wręcz przeciwnie. Autostrada wiodąca do austriackiej stolicy była niemalże gwarancją dotarcia do niej jeszcze tego samego dnia.

Spieszyliśmy się bardzo. Prawie biegliśmy na wylot...kiedy nagle... poczuliśmy woń kurczaka z rożna!

Głodni jak wilki weszliśmy do baru. Ślina prawie kapała na podłogę z naszych rozdziawionych gęb.  Nie jedliśmy nic konkretnego od dłuższego czasu. Zdrowe zachodnioeuropejskie żarcie znacznie nas odchudziło, więc ten kurczak wyglądał i pachniał o sto razy apetyczniej niż robiłby to w normalnych warunkach.