Moja kochana mama spisywała wszystkie smsy jakie dostawała od nas podczas podróży do Chorwacji. Nie miałam o tym pojęcia więc są prawdziwe do bólu. Razem ze skracaniem ich treści żeby zaoszczędzić na znakach, szczerą radością, smutkiem, przerażeniem czy też zmęczeniem. Dodaje to w formie relacji z tamtej podróży i jako ciekawostkę.
Chorwacja – sms
Dzień pierwszy 1 08 2012
,,Dojeżdżamy do Słowacji. Czechy, jeśli chodzi o stopa to czysta tragedia. Nogi mi wchodzą do d….Oby na Słowacji było lepiej,, 19 ; 44
,,Zatrzymaliśmy się w motelu w Makovie. To jest Słowacja. 5 euro za osobę ,, 20 ; 55
Dzień drugi 2 08 2012
,,Nigdy wcześniej nie spało mi się aż tak dobrze. Po 16 godzinnej podróży ciężko się temu dziwić. Mieliśmy własna łazienkę. Zaraz w drogę. Kawa po 60 centów. Zaraz idziemy się napić. Miła pani za barem. Dogadujemy się w trzech językach na zmianę. Górskie, cudowne widoki i kosciółek naprzeciwko okien. I supermarket niedaleko, w którym zjemy śniadanie. Napisze wieczorem,, 08 ; 03
,
,Jestem! I to w drodze do Bratysławy,, 18 ; 58
,,Jesteśmy we Wiedniu!!! ,, 20 ; 12
,,No tak, żeby tego było mało to jakiś polak zapakował nas do busa i zabrał do centrum Wiednia. Jedziemy dalej,,! 20 ; 26
,, Mamy nocleg we Wiedniu. Jak Ci wszystko opowiem po powrocie, to padniesz,, 22 ;39
,,Ze strachu nie. Ja padłam z nadmiaru szczęścia. Za długo by pisać. Ale mieliśmy ,,taksówkę,, za darmo. Facet nam noclegu szukał i nie odszedł do chwili gdy znaleźliśmy lokum. Nic za to nie chciał. Wow! ,, 22 ; 46
List
       
Strona Główna  .
Wyprawy  .
O Nas  .
Kontakt i współpraca  .
Projekty Podróżnicze  .
Lifestyle  .
Sponsorzy i Patronaci
środa, 31 lipca 2013
poniedziałek, 29 lipca 2013
Najszybszy ślub na świecie
Jako jedno z "zabezpieczeń" przed niechcianymi komentarzami czy propozycjami, z których na pewno nie chcielibyśmy skorzystać wymyśliliśmy, że zwyczajnie kupimy dwie takie same złote obrączki. Wiadomo - mężatka zawsze traci na atrakcyjności więc jest to jakiś sposób na zakończenie tematu, który nas nie interesuje. Pół żartem, pół serio - nie chcę po prostu stać się przedmiotem handlu i zostać sprzedana za kilka wielbłądów.
Niestety - takie sprawy jak ta zawsze zostają u nas załatwiane na wariackich papierach na ostatnią chwilę. Tak też było tym razem. Pojechaliśmy dziś do Wrocławia po resztę rzeczy na podróż. Ubrania Adasia, trochę elektroniki i kilka innych pierdół typu naczynia, kamizelki odblaskowe, kleje, taśma... Takie tam. Korzystając z tego, że i tak jesteśmy we Wrocławiu postanowiliśmy się rozejrzeć za gazem pieprzowym, którego i tak nie kupiliśmy w rezultacie. No i przypomniało nam się o obrączkach. Na złoto nas nie stać więc poszukiwania skupiły się na czymś "złotopodobnym" co tylko udawałoby obrączki z prawdziwego zdarzenia. Więc zaczęliśmy błądzić po wszelakich sklepach indyjskich, z pamiątkami i innymi upominkami i takich z drobną biżuterią. Odwiedzamy kilka sklepików w rynku, ale nie dosyć, że sprzedawcy reagują dość zabawnie gdy mówię, że chcę dwie obrączki imitujące złoto to jeszcze pytają z nutką ironii czy oszczędzamy za ślubie. Gdy jednak odpowiadamy po co nam to - baranieją i albo mówią coś totalnie nie na temat albo nic nie mówią. Ewentualnie nazywają nas dziwakami.
W jednym ze sklepów wpada mi w oko mosiężny pierścionek co odrobinę zawęża pole poszukiwania - kolor podchodzący pod złoty, cena odpowiada no i nie barwi w paskudny sposób paluchów, ale wzór jest nie do zaakceptowania. Cóż... przynajmniej surowiec, z którego mogłoby być to wykonane jest w miarę możliwości. W następnych punktach pytamy więc o obrączki z mosiądzu i dalej sprzedajemy tekst o złotopodobnym czymś. Zostaje nam zaproponowany naprawdę tandetny pierścionek ze stali ze wstawkami w kolorze złotym i gdy już prawie godziny się z myślą, że nic lepszego nie znajdziemy okazuję się, że żaden z dostępnych w sklepie rozmiarów nie pasuje na nas. Sprzedawca proponuje, że sprowadzi je dla nas co brzmi kusząco, ale gdy żąda zaliczki, ze względu na brak gotówki przy sobie i nie do końca zadowolenie z tego co proponował grzecznie dziękujemy i wychodzimy.
W jednym ze sklepów wpada mi w oko mosiężny pierścionek co odrobinę zawęża pole poszukiwania - kolor podchodzący pod złoty, cena odpowiada no i nie barwi w paskudny sposób paluchów, ale wzór jest nie do zaakceptowania. Cóż... przynajmniej surowiec, z którego mogłoby być to wykonane jest w miarę możliwości. W następnych punktach pytamy więc o obrączki z mosiądzu i dalej sprzedajemy tekst o złotopodobnym czymś. Zostaje nam zaproponowany naprawdę tandetny pierścionek ze stali ze wstawkami w kolorze złotym i gdy już prawie godziny się z myślą, że nic lepszego nie znajdziemy okazuję się, że żaden z dostępnych w sklepie rozmiarów nie pasuje na nas. Sprzedawca proponuje, że sprowadzi je dla nas co brzmi kusząco, ale gdy żąda zaliczki, ze względu na brak gotówki przy sobie i nie do końca zadowolenie z tego co proponował grzecznie dziękujemy i wychodzimy. piątek, 26 lipca 2013
Czechy ciąg dalszy
Jak już wiecie wyjazd do Pragi nie był spełnieniem moich marzeń. Jednak karmiłam się myślą, że prowodyrem wszystkiego była osoba, która mi towarzyszyła. Otóż... Ja zwyczajnie mam pecha do tego kraju. Autostop jest na tyle osobisty, że nie można wystawić jednoznacznej opinii, na temat tego gdzie się da, a gdzie nie da się złapać stopa, gdzie ludzie są życzliwi, a gdzie nie itd... Są jakieś tam utarte stereotypy, można też wziąć pod uwagę ilości osób podzielających konkretne zdanie. Ale zawsze są wyjątki od tych reguł, więc moje wypociny o czeskim autostopie traktujcie jedynie jako ciekawostkę, a jeśli nie byliście to jedźcie sprawdzić jak to będzie w Waszym przypadku.
Przez Czechy na Słowację:
Niewiele, prawda? Ta droga miała być skrótem. Przejechać kawałek przez Czechy, po to żeby nie robić kółeczka po Polsce. Cóż... Zamiast zyskać - straciliśmy. I to całe osiem godzin.
W sumie... Zaczęło się całkiem nieźle. Praktycznie z pierwsze czeskiej wioseczki za granicą złapaliśmy w niecałe 15 minut auto do Ostrawy.
Z gościem nie można było się z początku dogadać, bo niestety zazwyczaj wygląda to tak, że oni rozumieją nas, a my ich ani trochę... Czech musi naprawdę chcieć żebyś go zrozumiał. Jeśli już tak jest, a on mówi powoli, spokojnie i nie zapomina o gestykulacji twoje szanse na to, że załapiesz o co mu chodzi rosną dość znacznie. I wtedy faktycznie można dopatrzeć się podobieństwa pomiędzy językiem polskim, a czeskim.
Przez Czechy na Słowację:
Niewiele, prawda? Ta droga miała być skrótem. Przejechać kawałek przez Czechy, po to żeby nie robić kółeczka po Polsce. Cóż... Zamiast zyskać - straciliśmy. I to całe osiem godzin.
W sumie... Zaczęło się całkiem nieźle. Praktycznie z pierwsze czeskiej wioseczki za granicą złapaliśmy w niecałe 15 minut auto do Ostrawy.
Z gościem nie można było się z początku dogadać, bo niestety zazwyczaj wygląda to tak, że oni rozumieją nas, a my ich ani trochę... Czech musi naprawdę chcieć żebyś go zrozumiał. Jeśli już tak jest, a on mówi powoli, spokojnie i nie zapomina o gestykulacji twoje szanse na to, że załapiesz o co mu chodzi rosną dość znacznie. I wtedy faktycznie można dopatrzeć się podobieństwa pomiędzy językiem polskim, a czeskim.
czwartek, 25 lipca 2013
Co ze sobą zabieramy?
Właściwie...niewiele. W tym roku w końcu postanowiliśmy nie oszczędzać na plecakach i kupiliśmy dwa plecaki marki Feel Free. Jak na nas - biorąc pod uwagę, że w tamtym roku w podróż pojechały z nami plecaki z biedronki - wydaliśmy potężną sumę na ich zakup. Po wytargowaniu się wyszło około 200 zł za jeden. Ale fakt faktem sprawdzają się naprawdę super. Spakowaliśmy się w nie na wyjazd na Hel i zdały egzamin w stu procentach. Adaś chwilami narzekał jedynie na ból kręgosłupa, którego z resztą by nie było gdyby nie to, że zapomniał zapiąć pasa biodrowego.
![]() |
Z rzeczy oczywistych, które należy ze sobą zabrać - karimata i śpiwór. Jeśli chodzi o karimatę to także zostaliśmy zmuszeni do zakupienia nowej. Wydatek rzędu 15zł za sztukę. W TESCO na promocji.
Śpiwory zostawił nam w spadku poprzedni rok. Nic nadzwyczajnego. Marka to jeśli dobrze wyczytałam Acamper. Był tani, można było go skompresować do niewielkich rozmiarów (24 x 23 cm) i był lekki. Nie mieliśmy pieniędzy ani śpiworów wiec koniec końców kupiliśmy właśnie ten. I byliśmy przekonani, że jeśli zda egzamin to tylko taki na jeden sezon. I się zdziwiliśmy. W miejscach gdzie jest ciepło to maleństwu temu można zaufać. Nie zabrałabym go ze sobą nigdzie na północ, ale na południe jak najbardziej daję radę.poniedziałek, 22 lipca 2013
Pasja
Spotkałam niedawno koleżankę, po chwili rozmowy poprosiła mnie o to żebym w końcu zrobiła dla niej coś co obiecałam jej jakiś czas temu...niestety - w odpowiedzi usłyszała, że wyjeżdżam z początkiem miesiąca. Jednak okazało się, że nie widzi w tym problemu, a spełnieniem obietnicy zajmę się gdy wrócę... i pojawił się kolejny problem.
- Taa...Tylko możliwym jest, że wracam za rok...
(chwila wymownej ciszy) - Ty jesteś stuknięta!
Naprawdę jestem? Czy robienie tego co naprawdę się kocha jest przejawem bycia stukniętym? Zawsze wydawało mi się, że to właśnie nie spełnienie swoich marzeń i szukanie coraz to kolejnych wymówek może być tego przejawem...
Ok. Nie każdy musi kochać podróże. Ale ludzie bardzo często swoje pragnienia odkładają na drugi plan, a ich miejsce zajmują rzeczy narzucone przez świat, w którym żyjemy. Bo musi być dom, rodzina, kredyt... Zastanawiam się tylko nad tym ile z osób, które tak żyje naprawdę chciało tak właśnie żyć. Oczywiście i w tym niczego złego nie ma. Wręcz przeciwnie. Ale czy serio wszyscy chcemy tego samego?
W trasie jest różnie. Czasami po nieprzespanej nocy kiedy jest się brudnym, śmierdzącym i głodnym, a trzeba pokonać jeszcze tyle kilometrów...słońce praży, nie mamy wody, a otarcia na ramionach od plecaka zaczynają lekko krwawić całkiem poważnie zastanawiam się nad stanem swojego zdrowia psychicznego. No bo kto normalny decyduje się na taki wysiłek podczas urlopu, który z założenia ma służyć do tego by odpocząć? Otóż - człowiek z pasją. Czasem naprawdę nienawidzę tego co robię i z chęcią wyciągnęłabym kopyta na swojej wygodnej wersalce...ALE NIE! Bo chcę tam dojechać, chcę to zobaczyć i chcę osiągnąć swój cel!
Czy się boję? Tak, jak dziecko potwora spod łóżka. Boję się kilku miesięcy w drodze, boję się braku funduszy, boje się temperatur, porażek i świadomości, że nie ma sensu wracać bo jesteśmy zbyt daleko. A ten strach paradoksalnie jeszcze bardziej nakręca mnie do wyprawy. Do poznania nowych kultur, ludzi, miejsc, innego zapachu powietrza... Tak... Bardzo chcę już jechać - a wyjazd za kilka dni.
Zachęcam wszystkich do spełniania swoich marzeń. Nie ma większej satysfakcji niż to kiedy osiągnie się swój cel. Bez względu na to czy jest duży czy mały. Będzie cieszył.
- Taa...Tylko możliwym jest, że wracam za rok...
(chwila wymownej ciszy) - Ty jesteś stuknięta!
Naprawdę jestem? Czy robienie tego co naprawdę się kocha jest przejawem bycia stukniętym? Zawsze wydawało mi się, że to właśnie nie spełnienie swoich marzeń i szukanie coraz to kolejnych wymówek może być tego przejawem...
Ok. Nie każdy musi kochać podróże. Ale ludzie bardzo często swoje pragnienia odkładają na drugi plan, a ich miejsce zajmują rzeczy narzucone przez świat, w którym żyjemy. Bo musi być dom, rodzina, kredyt... Zastanawiam się tylko nad tym ile z osób, które tak żyje naprawdę chciało tak właśnie żyć. Oczywiście i w tym niczego złego nie ma. Wręcz przeciwnie. Ale czy serio wszyscy chcemy tego samego?
W trasie jest różnie. Czasami po nieprzespanej nocy kiedy jest się brudnym, śmierdzącym i głodnym, a trzeba pokonać jeszcze tyle kilometrów...słońce praży, nie mamy wody, a otarcia na ramionach od plecaka zaczynają lekko krwawić całkiem poważnie zastanawiam się nad stanem swojego zdrowia psychicznego. No bo kto normalny decyduje się na taki wysiłek podczas urlopu, który z założenia ma służyć do tego by odpocząć? Otóż - człowiek z pasją. Czasem naprawdę nienawidzę tego co robię i z chęcią wyciągnęłabym kopyta na swojej wygodnej wersalce...ALE NIE! Bo chcę tam dojechać, chcę to zobaczyć i chcę osiągnąć swój cel!
Czy się boję? Tak, jak dziecko potwora spod łóżka. Boję się kilku miesięcy w drodze, boję się braku funduszy, boje się temperatur, porażek i świadomości, że nie ma sensu wracać bo jesteśmy zbyt daleko. A ten strach paradoksalnie jeszcze bardziej nakręca mnie do wyprawy. Do poznania nowych kultur, ludzi, miejsc, innego zapachu powietrza... Tak... Bardzo chcę już jechać - a wyjazd za kilka dni.
Zachęcam wszystkich do spełniania swoich marzeń. Nie ma większej satysfakcji niż to kiedy osiągnie się swój cel. Bez względu na to czy jest duży czy mały. Będzie cieszył.
wtorek, 16 lipca 2013
Odliczanie
Cały rok rozgadywania się na temat tego gdzie to my nie pojedziemy powoli zaczyna być przeszłością. Teraz trwają porządne przygotowania do wyjazdu. Zostało coś około dwóch tygodni, większość rzeczy kupiona, trasa w jedną stronę opracowana, pozostało jedynie dograć kilka szczegółów, dokupić parę pierdół i można jechać. Coś co było tylko luźnymi marzeniami teraz nagle staje się rzeczywistością. Zawsze chcieliśmy tam pojechać! Zawsze chcieliśmy postawić nogę w Afryce.
Marrakesz jest najbardziej oddalonym punktem wyprawy. Nie jest wcale celem. Celem jest samo Maroko i posmakowanie zupełnie innej kultury. Mimo, że to państwo jest tak naprawdę najbardziej "europejską częścią Afryki" to jednak Afryki. Coś czego nasze oczy jeszcze nie widziały, język, którego naszym uszom jeszcze nie było dane słyszeć, zapachy i smaki, których nie znamy...
Na jaki czas? A co to jest czas? Na tyle na ile będzie trzeba. To nie żaden wyścig. Chcemy jechać nie jedynie po to by dojechać, a na miejscu przeobrazić się w turystów. Chcemy jechać by widzieć. Nawet gdyby pokonanie tych czterech i pół tysiąca kilometrów (jak podpowiada wujek google) miało nam zająć miesiąc, albo dwa...to co? Wiem, że tą trasę można przejechać w bardzo szybkim tempie, tylko nie rozumiem po co?
Jeśli zejdzie nam rok na włóczenie się po świecie, to zejdzie. Zero ograniczeń czasowych. W końcu nie żałuję się czasu na własną pasję, prawda?
To nie jest moja ukochana wersja papierowa, ale prawie się z nią pokrywa.
Trasa opracowana jedynie do Gibraltaru, dalej droga będzie malowała się sama ;)
Marrakesz jest najbardziej oddalonym punktem wyprawy. Nie jest wcale celem. Celem jest samo Maroko i posmakowanie zupełnie innej kultury. Mimo, że to państwo jest tak naprawdę najbardziej "europejską częścią Afryki" to jednak Afryki. Coś czego nasze oczy jeszcze nie widziały, język, którego naszym uszom jeszcze nie było dane słyszeć, zapachy i smaki, których nie znamy...
Na jaki czas? A co to jest czas? Na tyle na ile będzie trzeba. To nie żaden wyścig. Chcemy jechać nie jedynie po to by dojechać, a na miejscu przeobrazić się w turystów. Chcemy jechać by widzieć. Nawet gdyby pokonanie tych czterech i pół tysiąca kilometrów (jak podpowiada wujek google) miało nam zająć miesiąc, albo dwa...to co? Wiem, że tą trasę można przejechać w bardzo szybkim tempie, tylko nie rozumiem po co?
Jeśli zejdzie nam rok na włóczenie się po świecie, to zejdzie. Zero ograniczeń czasowych. W końcu nie żałuję się czasu na własną pasję, prawda?
To nie jest moja ukochana wersja papierowa, ale prawie się z nią pokrywa.
Trasa opracowana jedynie do Gibraltaru, dalej droga będzie malowała się sama ;)
poniedziałek, 15 lipca 2013
The road to Hel!
W związku z tym, że z początkiem miesiąca chcemy wyjechać na kilkumiesięczną podróż do Marrakeszu (gdzie jest od po prostu najdalszym punktem podróży) przed wyjazdem bardzo chciałam odwiedzić grób Kingi Choszcz, która mimo, że nie jako jedyna objechała autostopem naprawdę wielki kawałek świata jest dla mnie kimś bardzo ważnym w życiu. Pielgrzymka na cmentarz w Gdańsku nie była tylko moim celem. Oprócz mnie w wyprawie udział wzięli Adaś i moja mama. Tak, moja matka jeździ ze mną autostopem.
Start z Mostu Milenijnego we Wrocławiu gdzie droga nie rozpieszczała nas żadnym logicznym zjazdem, a jedynie rozpędówką gdzie zatrzymała się dla nas bardzo miła pani i zawiozła za Oleśnica nadrabiając kilka ładnych kilometrów specjalnie dla nas. "Ja też jeździłam stopem, dlatego się zatrzymałam. Ale teraz... nie jeżdżę już. Dwójka małych dzieciaków pozwala nam z mężem jedynie na stacjonarne wakacje pod namiotem." - opowiada. Wskazuje palcem na Anetę i mówię, że to moja mama. Kobieta uśmiecha się i mówi "Nooo... Może jak maleństwa podrosną to też dane mi będzie pojechać z nimi tak jak pani z córką.".
Nie wszystkich kierowców się zapamiętuje. Niektórzy są tak wyjątkowi, że na zawsze znajdują miejsce w naszej pamięci, są też tacy, których nigdy nie zrozumiem. Na przykład Ci, którzy zabierają trójkę pasażerów do dwuosobowego samochodu ryzykując na prawdę sporo, a przez cała drogę nie odzywają się ani słowem, są też tacy, którzy po prostu podwieźli, ale wszystkim jesteśmy wdzięczni za pomoc w realizowaniu pasji, na którą tak na prawdę nas nie stać.
Obiecywano nam piękną pogodę. Ale chmury na niebie nie wróżyły niczego dobrego. Wiatr niemiłosierny. No i co się stać miało się stało. Zaczęło lać. Niespecjalnie byliśmy przygotowani na taką kolej rzeczy. W końcu miało być 30 stopni. Więc pakując się zabrałam same lekkie ciuchy - szarawary, bokserki... I tak dobrze, że zabrałam polar. No nic... Schowaliśmy się na przystanku autobusowym w jakiejś wioseczce przez Koninem i czekamy... Czekamy... Czekamy...Dostajemy głupawki... Czekamy....
W międzyczasie marzniemy. No ale... Czarne chmury się trochę rozeszły i z ulewy zrobiła się ledwie mżawka. Więc łapanie stopa czas zacząć!
I właśnie tutaj zatrzymał się jeden z tych kierowców, których nie da się zapomnieć. Po krótkim wywiadzie skąd jedziemy, dokąd i po co nastała chwila ciszy. Kierowca rozejrzał się po aucie i krzyczy: "No! Mówcie coś! Nie po to was zabrałem żeby tutaj usnąć! Gadać!" No więc każdy z nas uruchamia na swój sposób słowotok. Rozmawiamy o wszystkim. Gościu opowiada nam o swojej żonie, teściach i kończy zdanie tym, że..."Kur....! Przez tych jej rodziców kredyt wziąłem na dom bo z nimi żyć się nie da! Teściowa tutaj Stasiu, Stasiu, cacy, cacy, a za plecami nóż by wbiła! A teściu? Dobry facet, ale tylko jak się ubzdryngoli! A co ja mam żonie z ojca alkoholika zrobić?!" Wszystko oczywiście w formie żartu. Takiego na wpół serio. Ton kierowcy sprawia, że wszyscy płaczemy ze śmiechu.
Start z Mostu Milenijnego we Wrocławiu gdzie droga nie rozpieszczała nas żadnym logicznym zjazdem, a jedynie rozpędówką gdzie zatrzymała się dla nas bardzo miła pani i zawiozła za Oleśnica nadrabiając kilka ładnych kilometrów specjalnie dla nas. "Ja też jeździłam stopem, dlatego się zatrzymałam. Ale teraz... nie jeżdżę już. Dwójka małych dzieciaków pozwala nam z mężem jedynie na stacjonarne wakacje pod namiotem." - opowiada. Wskazuje palcem na Anetę i mówię, że to moja mama. Kobieta uśmiecha się i mówi "Nooo... Może jak maleństwa podrosną to też dane mi będzie pojechać z nimi tak jak pani z córką.".
Nie wszystkich kierowców się zapamiętuje. Niektórzy są tak wyjątkowi, że na zawsze znajdują miejsce w naszej pamięci, są też tacy, których nigdy nie zrozumiem. Na przykład Ci, którzy zabierają trójkę pasażerów do dwuosobowego samochodu ryzykując na prawdę sporo, a przez cała drogę nie odzywają się ani słowem, są też tacy, którzy po prostu podwieźli, ale wszystkim jesteśmy wdzięczni za pomoc w realizowaniu pasji, na którą tak na prawdę nas nie stać.
Obiecywano nam piękną pogodę. Ale chmury na niebie nie wróżyły niczego dobrego. Wiatr niemiłosierny. No i co się stać miało się stało. Zaczęło lać. Niespecjalnie byliśmy przygotowani na taką kolej rzeczy. W końcu miało być 30 stopni. Więc pakując się zabrałam same lekkie ciuchy - szarawary, bokserki... I tak dobrze, że zabrałam polar. No nic... Schowaliśmy się na przystanku autobusowym w jakiejś wioseczce przez Koninem i czekamy... Czekamy... Czekamy...Dostajemy głupawki... Czekamy....
W międzyczasie marzniemy. No ale... Czarne chmury się trochę rozeszły i z ulewy zrobiła się ledwie mżawka. Więc łapanie stopa czas zacząć!
I właśnie tutaj zatrzymał się jeden z tych kierowców, których nie da się zapomnieć. Po krótkim wywiadzie skąd jedziemy, dokąd i po co nastała chwila ciszy. Kierowca rozejrzał się po aucie i krzyczy: "No! Mówcie coś! Nie po to was zabrałem żeby tutaj usnąć! Gadać!" No więc każdy z nas uruchamia na swój sposób słowotok. Rozmawiamy o wszystkim. Gościu opowiada nam o swojej żonie, teściach i kończy zdanie tym, że..."Kur....! Przez tych jej rodziców kredyt wziąłem na dom bo z nimi żyć się nie da! Teściowa tutaj Stasiu, Stasiu, cacy, cacy, a za plecami nóż by wbiła! A teściu? Dobry facet, ale tylko jak się ubzdryngoli! A co ja mam żonie z ojca alkoholika zrobić?!" Wszystko oczywiście w formie żartu. Takiego na wpół serio. Ton kierowcy sprawia, że wszyscy płaczemy ze śmiechu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



