| Piękny zachód słońca w przeddzień wypłynięcia do Maroko. |
Kiedy wstaliśmy okazało się, że budziki były bezradne wobec naszego
zmęczenia i zaspaliśmy jakieś dwie godziny. Camping nie należał do
miejsc dzikich i wymagał zapłaty. Problem był tylko taki, że jeśli nie
wywiążemy się z płatnością do godziny 11:00 automatycznie doliczane nam
jest kolejne pół doby. A gdy wstaliśmy była już dziesiąta. W pośpiechu
spakowaliśmy się. Kolejny problem - nie mamy przy sobie gotówki, a
płatność kartą odpada, do najbliższego bankomatu jest spory kawałek
drogi. Umawiamy się, że zostanę z plecakami, a Adaś bez obciążenia
szybko pobiegnie po pieniądze.
Ale nie wracał już od
prawie godziny. Pora podwyższenia stawki była bliska chwili gdy
wzrośnie. A ja z powodu brudnych rąk - nawet nie mogłam poobgryzać sobie
paznokci ku rozładowaniu stresu. Dzwonię jeden raz, drugi... nic. W
końcu widzę, że biegnie i dosłownie w ostatniej minucie wbiega do
niemiłego właściciela pola namiotowego. Ten ze złością przyjmuje
należyte pieniądze, ze złością, bo zdawał się liczyć na naszą pomyłkę.
-
Wszystko zajęło tak dużo czasu, bo bankomat nie chciał mi wydać
pieniędzy - tłumaczy Adaś. - Wszystko przebiegło jak powinno, ale na
końcu nie dostałem ani forsy, ani potwierdzenia wypłaty i musiałem iść
do banku i udając, że rozumiem po hiszpańsku dowiedzieć się co się
stało. Rzecz jasna - nikt nie potrafił mi pomóc!
Na szczęście wszystko skończyło się dobrze.