piątek, 5 września 2014

Tu gdzie droga się kończy

Całą noc dygocemy z zimna. Ogrzewanie w tamtym miejscu było jedynie naszym marzeniem, które nigdy się
nie spełniło. Podobnie było z ciepłą wodą pod prysznicem. Bojler chodził co prawda całą noc, a wcześniej cały wieczór, ale woda nabrała temperatury jedynie na tyle żeby nie strach było umyć sobie plecy. Gorący, rozgrzewający prysznic był jedynie tym, o czym mogliśmy sobie pomarzyć.



Na szczęście przy pomocy koców, które
pozbieraliśmy z łóżek dookoła udało nam się nie zamarznąć. Ubieramy się, pakujemy drobiazgi, których nie spakowaliśmy wcześniej i wychodzimy zostawiając klucz do pokoju w drzwiach zgodnie z poleceniem właściciela dobytku. Kierujemy się do Lwowa. Jednak przed wyjściem na wylotówkę postanawiamy coś przegryźć. Wchodzimy do maleńkiego sklepiku z kratami w oknach. Na wywieszce przed nim przeczytaliśmy coś o wielkich bagietkach na ciepło za dziesięć hrywien. To około 2 zł i 50 gr w przeliczeniu na złotówki. Zamawiamy dwie bułki i czekamy aż zagrzeją się w mikrofalówce. Wtedy w lodówce zauważamy butelkę pepsi-coli! Nie coca-coli i nie pepsi! Pepsi-cola z etykietą pisaną cyrylicą. Kosztowała grosze, a my nie mogliśmy się opanować. Odebraliśmy wielgachne bagietki i podaliśmy napój sprzedawcy. Zaczęliśmy liczyć kopiejki, które nam zostały, a wtedy gość krzyknął z entuzjazmem:

- Ja Wam podaruje! Przecież nie zbiednieje!

Butelka po tym napoju do dziś ozdabia jedną z półek z pamiątkami w moim pokoju. Podziękowaliśmy, zjedliśmy i napiliśmy się, a następnie ruszyliśmy w kierunku Lwowa.

Mukaczewo nie jest małą mieściną, ale swoim wyglądem nie przypomina miasta. Ulice przyozdobione są w rozpadające się niekiedy chaty, a podwórka zasłaniają płoty wykonane ze wszystkiego. W połowie z siatki, a w drugiej połowie z jakiegoś innego - zupełnie nie pasującego na materiał na płot - materiału. Ulice nie są nawet z "kocich łbów". O asfalcie można zapomnieć. Piach i błoto.


Mijamy wystrojoną dziewczynę. Ma na sobie krótką spódniczkę i dopasowaną elegancką bluzkę. Wszystko
zwieńcza czarny żakiet i wysokie szpilki. Blondynka. Bardzo ładna. Groteskowo wyglądało jedynie to, że szła po istnym bagnie. Szpilki z każdym krokiem bardziej zanurzały się w błocie.

Udaje nam się złapać stopa. Jedziemy rozklekotanym samochodem ze starszym mężczyzną. Po zapachu, który wypełniał samochód wnioskuje, że jego praca ma coś wspólnego ze stadniną koni. Gość jest miły, a przynajmniej taki się wydaje. Dlaczego tylko wydaje? Bo ni w ząb go nie rozumiemy. Z Ukraińcami to jest tak, że jeśli chcą żeby Polak ich zrozumiał to tak się stanie. Ale jeśli się o to nie starają - to nici z tego wyjdą. Temu kierowcy nie zależało na tym byśmy go rozumieli. Więc nawijał po ukraińsku, a my mieliśmy jedynie nadzieję, że słowa wypowiadane z uśmiechem są czymś pozytywnym.

Udaje nam się wychwycić pojedyncze słowa. Zrozumieliśmy między innymi, że mężczyzna jedzie do Kijowa. Oznaczało to, że razem z nim dojedziemy prawie do samego Lwowa.

Ukraina to jakby wehikuł czasu. Sądzę, że Polska jakieś czterdzieści lat temu wyglądała podobnie. Z okna samochodu obserwujemy mnóstwo opuszczonych fabryk. Wybite okna, popękane ściany i zacieki. Miejsca, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu tętniły życiem dziś resztki jego utraciły. Oprócz nich krajobrazu dopełniały liczne pustostany - domy i bloki. Równie smutny widok.

Wszystko dookoła zdaje się być szare, miejscami brudne. Nawet ziemia jest jakby zardzewiała. Drogi
wołają o pomstę do nieba. Dziury, dziury i jeszcze większe dziury. Nawet jeśli kiedyś owe miejsca były wypełnione asfaltem - już nie są od dawna. Ale to, że na Ukrainie mają zły stan dróg według nas nie jest prawdą. My uważamy, że oni dróg nie mają wcale. Także mam radę dla tych, którzy lubują się w narzekaniu na polski stan dróg - zanim zrobisz to kolejny raz przejedź się na Ukrainę. Tylko najlepiej nie swoim samochodem, bo go szkoda.

Ten początkowo przygnębiający widok ratują ludzie. Oni tam są ze złota. Życzliwi i uprzejmi. To znaczy dopóki nie nadepnie się im na odcisk, ale to chyba dość normalne.

Czas tam jakby się zatrzymał i był zupełnie obojętny na to co dzieje się w świecie. Miasta przypominają raczej sporych rozmiarów wioski, a na ulicach zamiast najnowszych trendów królują głównie często tradycyjne stroje Ukrainek, które barwami powalają na kolana.

We Lwowie wysiadamy na jego obrzeżach. Do centrum dojeżdża kilka marszrutek. Jest to rodzaj komunikacji zbiorowej, w pełnym znaczeniu tego zwrotu. Ale o Lwowie więcej - w następnym wpisie.

Sądzę też, że drogom na Ukrainie należy się osobny wpis. Albo przynajmniej bardzo długa dygresja na ich temat.






4 komentarze:

  1. No wiesz, nie sądziłem ze wy tacy delikatni.... ;) no ale w krótkich rękawkach też można marznąć hi hi hi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na zimno jeszcze nie zdołaliśmy się uodpornić... ;)

      Usuń
  2. Tylko tak z ciekawości, dlaczego masz czerwone odrosty?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo znalazłam farbę za 1 euro, która miała fajne opakowanie ;)

      Usuń