wtorek, 15 lipca 2014

Andaluzyjski horror autostopowy

Nawet nie potraficie sobie wyobrazić jak bardzo można cieszyć się z pary czystych majtek.
Wszystkie nasze ciuchy pachniały płynem do płukania tkanin, a nie potem i wilgocią - mieliśmy więc powody do uciechy. Nie był to jednak ich koniec. Oprócz tego czekało na nas miękkie łóżko i gorący prysznic. Spakowaliśmy więc swoje plecaki tak żeby rano móc je jedynie założyć i pogrążyliśmy się we śnie.

Czy zaspaliśmy? No ba! Budzik prowadził z nami wojnę od 6.00 rano, ale my byliśmy nieugięci. Nie było na nas siły. Spaliśmy jak zabici. Zwlekliśmy się z łóżka dopiero grubo po 9.00. Mieliśmy więc bardzo mało czasu na to by się wymeldować.

Dopakowujemy resztę rzeczy i biegniemy pod prysznic. Bo jest. Bo możemy. A tak naprawdę jest to wynikiem dziwacznego przeświadczenia o tym, że w podróży można pewne rzeczy zrobić na zapas. Na zapas się więc je - co skutkuje co najwyżej bólem brzucha, a głód i tak przychodzi mniej więcej wtedy co przyszedłby normalnie. Na zapas zdarza się też kąpać jeśli jest ku temu okazja. Brudnym jest się w tym samym czasie, ale... jakoś... nikt o tym nie myśli.


Bierzemy więc prysznic wierząc w to, że zapewni nam on ochronę przed potem przez cały dzień, a następnie biegniemy do recepcji się wymeldować. Prosimy by na mapie miasta zaznaczyli nam drogę, którą należy iść by wydostać się z Malagi. Kierowaliśmy się do Almerii. Dziewczyna z recepcji chętnie spełniła naszą prośbę. A my uradowani ruszyliśmy zgodnie z jej wskazówkami, zupełnie nieświadomi jaki autostopowy horror nas czeka...

Otóż jak powszechnie wiadomo podróżowanie autostopem to czysta loteria. Jeden ma szczęście, a drugi wręcz przeciwnie. Na przykład wiele osób chwali sobie stopowanie w Czechach - my natomiast zaczynamy mieć mdłości gdy tylko połączy się słowo "autostop" z nazwą tego państwa. I tak też jest w tym przypadku. Nie mogę powiedzieć, że stopowanie w Andaluzji jest do niczego bo być może są tacy, którym właśnie tam szło bardzo dobrze, ale w naszym przypadku była to totalna porażka. Malaga sprawiała wrażenie jakby nigdy miała się nie skończyć. Kierowcy uparcie dawali znać, że są miejscowi - nawet wtedy kiedy tablice rejestracyjne mocno kłóciły się z tym co mówili. Nogi po kilu godzinach zaczęły nam wchodzić tam gdzie nie powinny, a odpowiedniego miejsca do łapania widać nie było.

Czy narzekam? Oczywiście, że tak. Nienawidzę Malagi, a jeszcze bardziej cieszę się, że w niej byłam! To jest bardzo ładne miasto! Najwyraźniej rzadko przejeżdżają przez nie autostopowicze i mieszkańcy nie są do nich przyzwyczajeni. No chyba, że mieliśmy aż tak potężnego pecha.

Z resztą... nie tylko my. Po drodze spotkaliśmy dwóch autostopowiczów z Niemiec. Tkwili w Maladze już drugi dzień. Podobnie jak my postanowili się zresetować w hostelu gdy przez kilka godzin dnia poprzedniego nie udało im się nikogo zatrzymać. Łudzili się, że kolejny dzień będzie bardziej obfity w pomocnych kierowców i rozczarowali się podobnie jak my. Poza tym, że nabawili się kilku dodatkowych odcisków i pęcherzy na stopach - nie zyskali nic. Umawiamy się, że gdyby któreś z nas złapało samochód, w którym byłyby wolne cztery miejsca poprosimy kierowcę o zabranie siebie nawzajem. Gdziekolwiek. Nie ma to znaczenie - byleby z dala od Malagi.

Rezultat jest taki, że faktycznie nasza czwórka kończy w jednym samochodzie kilka godzin później. Niestety - jest to autobus jadący to pierwszej wsi za Malagą. Tylko on jeden zatrzymał się na naszą prośbę, a i to ledwie - bo przystanek był na żądanie.

Wysiadamy z autobusu i żegnamy się z Niemcami. Oni idą w swoim kierunku, a my z wiarą w
sercach, że gdy już wydostaliśmy się z dużego miasta będzie szło lepiej idziemy na wylotówkę. Jesteśmy zirytowani i głodni, a jak powszechnie wiadomo - jak Polak głodny to zły. Urządzamy sobie więc małą awanturkę i na całe pięć minut rozchodzimy się w przeciwnych kierunkach. Rzecz jasna takie zagrania nie mają sensu bo każde z nas ma coś bez czego drugie sobie nie poradzi. Jedno trzyma pieczę nas forsą, drugie ma namiot, śpiwory... Nie spoglądając nawet na siebie wracamy do punktu wyjścia. Obrażeni na siebie łapiemy stopa. Z durnymi minami, które prawdopodobnie miały symbolizować dumę lub coś takiego. Wszystko to po to by końcu wybuchnąć śmiechem, przeprosić się i w reszcie - złapać pierwsze auto od rana! Babka podwiozła nas na wylot na autostradę, a tam powoli wszystko zaczęło się układać. Najpierw z pewnym prawnikiem dojechaliśmy do Motril. Potem po ciemku już zabrało nas dwóch wędkarzy. Uparli się żebyśmy napili się z nimi kawy, a następnie wysadzili przy drodze na stacji benzynowej a Adra. Pożegnaliśmy się z nimi i szczęśliwi z faktu, że dzień jednak nie był zmarnowany zaczęliśmy szukać miejsca by się rozbić.

Wtedy Adaś zauważył pewien brakujący element w swoim plecaku. Mianowicie - zgubił karimatę. Najprawdopodobniej zostawił ją w prezencie wędkarzom. I od tamtego czasu zaczął sypiać na kartonach.

Niedaleko stacji benzynowej, na której wysiedliśmy był kawałek niezagospodarowane ziemi. Nie docierało tam światło latarni, podłoże było proste... Żyć, nie umierać! Idealne miejsce na namiot. Kiedy szliśmy tm nagle usłyszeliśmy miauczenie. A wręcz kocią rozpacz! Za nami szedł mały kotek. Rasowy. Najprawdopodobniej ktoś go wyrzucił. Przyczepił się i nie dawał się wygonić. Łasił się, ocierał o nogi i mruczał. A na końcu wszedł na siłę do naszego namiotu. Nie mieliśmy serca wyrzucać go na zewnątrz. Gato - bo tak nazwaliśmy tego kotka, całą noc mruczał i przytulał się do nas...


6 komentarzy:

  1. Po co Ci te metalowe pryszcze w twarzy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ...to jest wielka tajemnica Nieustannego Wędrowania ;)

      Usuń
  2. Malaga piekne Miasto.. Poznalem z postoju na urzedzie celnym w Porcie... calutenki tydzien... Prysznicowanie bylo ale jednak zapewnione na ciut wiekszym zaglowcu z szwecji ktory tez byl przez celnikow przykuty... :)
    Tirowe Pozdrowienia Peter

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My również Cię pozdrawiamy i być może do zobaczenie kiedyś w drodze ;) Malaga faktycznie jest bardzo przyjemna dla oka...aczkolwiek nie dla autostopowiczów :)

      Usuń
  3. Panuje przeświadczenie, że autostopowicze w Hiszpanii nie są mile widziani, chociaż, na szczęście znajdą się i tacy, co chętnie pomogą. Zanim miałam okazję sama się o tym przekonać, mówili mi to już na studiach. Co do samego miasta... byłam w Maladze cały tydzień i potwornie się wynudziłam, nie wiem czy to kwestia tego, że byłam zmęczona po 3-miesięcznym pobycie w Andaluzji, czy to miasto faktycznie jest fajne tylko na parę chwil. Zwiedzić (chociaż dużo do zwiedzania tam nie ma), popatrzeć, napić się tinto de verano i uciec, najlepiej do Sevilli. A stamtąd koniecznie do Portugalii! Tam już problem z autostopem zanika. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nam nawet obiło się o uszy, że autostop na terenie Hiszpanii jest zakazany. Co jest nieprawdą. Nikt z kierowców, z którymi mieliśmy do czynienia nie miał o tym pojęcia. Andaluzja była dla nas przekleństwem. A Malaga... Ładna, ale właściwie - szału nie ma. Portugalia jest bardzo przyjazna autostopowiczom ;)

      Usuń