czwartek, 28 sierpnia 2014

Opowieści z Krypty

Przez Budapeszt, do którego w końcu udało nam się dojechać, przelecieliśmy jak wicher. Nie zdążyliśmy
nawet wyciągnąć aparatu. Spowodowane było to tym, że dostaliśmy niepohamowanego ataku głodu. Jako, że kierowca, który przywiózł nas do stolicy wysadził nas na samym jej początku. Mieliśmy wtedy dwa priorytety:

- Jak najszybciej wydostać się za miasto.
- Zjeść coś jak najtaniej i jak najszybciej.

To drugie nie stanowiło prawie żadnego kłopotu. Pizza na Węgrzech jest, tak jak prawie wszędzie z resztą, bardzo ekonomicznym i zazwyczaj niedrogim jedzeniem. I trzeba im przyznać, że robią ją przepyszną.



Kiedy oczekiwaliśmy na ów pizzę postanowiliśmy zaczerpnąć informacji o tym jak z Budapesztu wyjechać.
Pizzer był nadzwyczajnie miłym facetem i bez stawiania najmniejszego oporu rozpisał nam w co i gdzie mamy wsiąść żeby dojechać do najdalej wysuniętej stacji w kierunku, w którym zmierzamy.

Na początku mieliśmy pokonać kilka odcinków drogi za pomocą tramwajów. Następnie czekało na nas metro. Metro w Budapeszcie jest strzeżone tak bardzo, że aż do przesady. Zdaję sobie sprawę, że ma to na celu uniknięcie pasażerów na gapę, ale prześwietlanie każdego podróżującego tuż przy pierwszych bramkach to lekka przesada. Na budapeszteńskim metrze nie da się zaoszczędzić. Kontrola biletów jest praktycznie zawsze. Kontrolują je jeszcze zanim do metra zejdziesz.

Mimo cen biletów wołających o pomstę do niebios zdecydowaliśmy się na to by z niego skorzystać. Był to przedostatni etap podróży wyjechania z węgierskiej stolicy. Kolejnym był tramwaj-pociąg, który miał wywieźć nas do miasteczka za Budapesztem - Gödöllő.

Przyznaję się do tego, że w tym wypadku podjęliśmy ryzyko pojechania na gapę. Przejechaliśmy tak kilkanaście przystanków, ale nie zdołaliśmy dojechać do końca trasy. Wypatrzyliśmy bowiem, że do wagonu, którym jechaliśmy wszedł - wcale nie tak incognito - kontroler biletów. Opuściliśmy więc wagon w trybie przyspieszonym.

Robiło się coraz ciemniej, a my nie mieliśmy żadnego planu na to gdzie będziemy spać. Okolica nie wyglądała na taką, która sprzyjałaby spaniu na dziko pod namiotem, a kolejny pociąg (albo tramwaj) miał się zjawić za godzinę. Postanowiliśmy nie marnować czasu. Stopa złapaliśmy wyjątkowo szybko. Pojawił się jednak niewielki problem z odczytaniem miejscowości miasta, do którego jechaliśmy...

Wyszła z tego taka mniej więcej komedia:

- Hi! Are you going to... to....Guloluou? Gulululu? Golou... yyyy...
Odpowiedź była jednak bardzo jasna...
- Yes, We are going to Gödöllő!

Skarżyłam się już na to, że węgierski to trudny język? ...

Od kierowcy i jego żony dostajemy mapę Węgier. Oprócz tego butelkę wody, jabłka i gruszki. A jakby tej życzliwości było mało to jeszcze wywożą nas za miasteczko i zostawiają w doskonałym miejscu gdzie możemy przetrwać noc.

Miejsce jest idealne. Blisko drogi, ale dość mocno schowane. Kiedy rozpoczynamy rozkładanie namiotu zauważam, coś dziwnego. Otóż całe to miejsce było uklepaną ziemią, z której wystawały kamienie, patyki etc.. Jeden jej fragment jednak był mocno spulchniony, trawa nie wyrastała z ziemi, a jedynie przykrywała ten prostokąt o wymiarach +/- 1,5 m na 2m. Przypominało zasypany dół... Zupełnie niepotrzebnie zapytałam Adasia o to co sądzi o tym... Przez jego odpowiedź w nocy ledwie usnęłam...


- Może to czyjś grób?

Choć mam szczerą nadzieję, że miejsce to nie było miejscem czyjegoś spoczynku... Muszę przyznać, że tak właśnie wyglądało. Na domiar złego - było jedynym w zasięgu światła, w którym mogliśmy namiot rozbić.

Do dziś mam gęsią skórkę...


2 komentarze:

  1. Wiem jak to jest zmarznąć w namiocie... podziwiam, że mogliście w taką pogodę nocowań w takiej wilgoci i chłodzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest to nieprzyjemne, ale nie najgorsze w tej historii ;)

      Usuń